Teatr F aktu TVP zafundował nam nową premierę. Tym razem o Stanisławie Mikołajczyku zatytułowaną "O prawo głosu". "Gazeta Wyborcza" zarzuca mu "czytankowość". Ja natomiast pochwalam brak łopatologi i unikanie stawiania kropek nad i. Co przez to rozumiem?
Potrafili także postawić trudne pytanie. Chodzi o ocenę ucieczki Mikołajczyka z Polski jesienią 1947 r. J Spośród jego współpracowników na Zachód udało się jeszcze wydostać jedynie Stefanowi Korbońskiemu i Zalewskiemu. Pozostali z jego wierną sekretarką panią Hulewicz spędzili w kazamatach bezpieki długie lata.
Generał starał się za wszelką cenę odwieść byłego już premiera (rozmowa miała miejsce w lutym 1945 r.) od powrotu do Polski. Wskazywał na złudność nadziei Mikołajczyka i na bezwzględność Stalina. Na uwagę zasługuje też wywód Andersa, gdy mówi o odpowiedzialności za losy ludzi, którzy za nim pójdą w kraju uwiedzeni rzekomym poparciem Zachodu. Słuchając tego, Mikołajczyk milczy.
Warto powiedzieć, że do dziś nie znamy ostatecznej liczby ofiar terroru politycznego w okresie wyborów i referendum. Skala represji była ogromna. Na sześć tysięcy z górą lokali wyborczych ledwie w dwustu kilkudziesięciu dopuszczono mężów zaufania z PSL. Było to późną jesienią 1945 r. po serii morderstw działaczy Stronnictwa dokonanych przez bezpiekę. Mikołajczyk zażądał zezwolenia na posiadanie broni dla działaczy Stronnictwa i domagał się posad wiceministrów w resortach siłowych dla ludzi PSL. Gomułka odpowiedział histerycznie, oskarżając go o mordowanie komunistów w czasie wojny przez podziemie londyńskie. Ta akurat scena odtworzona jest blado. A z naszej pamięci powoli umyka fakt, że Gomułka do połowy 1947 r. był wiernym rabem Stalina i ani w głowie mu było jakiekolwiek odchylenie nacjonalistyczne, o które później był oskarżany. Z długiego letargu przebudził się, gdy na wszystko już było za późno.
Warto było pokazać przy tej okazji skalę dyktatu sojuszniczego i chęć odfajkowania za wszelką cenę problemu, któremu było na imię: zdrada Polski. Czyli kraju, który nie tylko pierwszy chwycił za broń w 1939 r., lecz także, fakt mało znany, nie posłuchał syrenich śpiewów Hitlera. Ten ostatni chciał, pamiętajmy, jeszcze zimą 1939 r. mieć u boku armię polską w czasie inwazji na ZSRR. Gdy Fuhrer oburzony na Warszawę odwrócił sojusze, Stalin pospieszył mu z pomocą, zagarniając pół Polski.
Uważam, że takie spektakle powinny być szkołą historii. Nie tylko ku pokrzepieniu serc, lecz także ku przestrodze dla następnych pokoleń.
Mimo wskazanych słabości chwalę autorów.