W ostatnich dniach nasze media gorąco komentowały sprawę obsadzenia stanowiska sekretarza generalnego Sojuszu Północnoatlantyckiego. W mojej ocenie gra rządu w tej sprawie była niejasna.
Powiem więcej – niepotrzebnie narobiono sporego zamieszania. Jeżeli rzeczywiście chodziło o to, by wypracować nowy, bardziej przejrzysty i sprawiedliwy sposób podejmowania decyzji co
do obsady tego stanowiska, to błędem było jednoczesne wysuwanie naszego własnego kandydata. To jest mieszanie dwóch spraw ze sobą. Sprawialiśmy wrażenie, że domagamy się, by Radosław
Sikorski został szefem sekretariatu NATO, a podobno chodziło nam o to, by wybór sekretarza był bardziej sprawiedliwy. Trzeba zauważyć, że on jedyny konsekwentnie podkreślał, że sam nie jest kandydatem, a „kandydatów jest
wielu”. Tymczasem tak prezydent, jak i premier, a także media i komentatorzy, traktowali sprawę jego kandydowania jako podstawową. Po wszystkim okazało się, że nikt nie odniósł z
niej żadnego pożytku, a już z pewnością najmniejszy sam Radek Sikorski.
Nie tylko dlatego, że jest tam politykiem
lubianym, szanowanym i widać wyraźnie, że ma szansę na zdobycie tej funkcji, ale również dlatego, że państwo polskie ma wobec niego polityczno-moralne zobowiązania. Były premier jest
rzadkim okazem polityka, który po prostu służy Polsce. Można było się przekonać o tym przekonać od czasu, kiedy prowadził słynny pierwszy zjazd „Solidarności”. Choć
nie ukrywa swoich sympatii politycznych, to nie wdaje się w przepychanki i rozgrywki partyjne. Nie sprawia również wrażenia człowieka przesadnie ambitnego, któremu zależy na stanowiskach, ale
takiego, któremu przede wszystkim zależy na załatwianiu pewnych spraw, czego symbolem są cztery reformy wprowadzane w czasie, gdy był szefem rządu. Styl jego działania politycznego wyróżnia
się i tym, że profesor Jerzy Buzek łagodzi obyczaje. To wszystko wzmacnia jego szanse, ale na Polskę nakłada także poważny obowiązek wspierania jego kandydatury. Warto zauważyć, że
politykiem, który prezentuje podobny co Jerzy Buzek styl, jest również Janusz Lewandowski.
Dlatego konkretne decyzje w polityce zagranicznej musi podejmować rząd, bo to on jest za nie odpowiedzialny przed Sejmem. Natomiast prezydent,
zamiast udawać własnego brata i ścigać się z premierem do udziału w kolejnych międzynarodowych szczytach politycznych, może reprezentować Polskę w sprawach zasadniczych, które nie są
przedmiotem negocjacji międzyrządowych. W tej chwili pełni taką rolę podczas wizyty w Afganistanie. Obszarem niewykorzystanej i zaniedbanej aktywności prezydenta jest Ukraina. Prezydent Lech
Kaczyński powtarza, że szczególnie interesuje się polityką wschodnią, a Ukrainą zwłaszcza. Tymczasem prasa francuska czy niemiecka niejednokrotnie podnosiły fakt wspierania przez obóz
prezydenta Juszczenki nacjonalistycznych ugrupowań politycznych na Ukrainie Zachodniej. Znane jest ich zaangażowanie w upamiętnianiu udziału Ukraińców w dywizji SS
„Galizien”, stawianie pomników przywódcom UPA takim jak Bandera czy Szuchewycz. W Polsce prawie się o tym nie wspomina. Rządowi niezręcznie się na ten temat wypowiadać.
Natomiast prezydent RP mógłby zwrócić uwagę koledze prezydentowi w Kijowie, że takie działania są nieprzyjazne wobec Polski i zdecydowanie osłabiają pozycję Ukrainy w staraniach o wejście
do struktur zachodnich. Prezydent rozpieszcza Ukraińców, nie przypominając im, że jeśli chcą być brani na serio jako kandydaci do NATO i UE, muszą zrobić w swoim państwie porządek. Nie
wolno im do reszty wypłukiwać tego kapitału, który – zresztą przy naszej pomocy – został zgromadzony przy okazji pomarańczowej rewolucji. Więcej pisze się o tym na
Zachodzie niż u nas. Ostatnio z kół prezydenckich w Kijowie wychodzą oficjalne informacje, że Ukraina planuje przywrócenie wiz dla obywateli Unii Europejskiej. Uderzy to przede wszystkim w
Polaków. Decyzja jest motywowana niechęcią UE do formalnej obietnicy w oficjalnym zapraszaniu tego państwa do struktur wspólnoty oraz ujawnionym tam przypadkami pedofilii z udziałem zachodnich
turystów. Nie wiem, w jaki sposób Ukraińcy, udzielając wiz wjazdowych, będą identyfikowali potencjalnych pedofilów. Najwyraźniej więc jest to jakiś wykręt, dlatego należałoby jak
najszybciej wyjaśnić naszym ukraińskim przyjaciołom, że działając w ten sposób, zaszkodzą głównie sobie. Podróże bezwizowe obywateli Unii Europejskiej przyzwyczajają kraje Unii do tego,
że Ukraina jest im bliska, że jest częścią europejskiej rodziny. Brak wiz jest dla Kijowa inwestycją, która nic Ukraińców nie kosztuje. Turyści zostawiają tam pieniądze. Obrażanie się
na to, że nie wprowadzono dla nich bezwizowego ruchu na terenie krajów Unii, jest naiwne i niepotrzebne, tym bardziej że Ukraina nie ma strzeżonej granicy z Rosją. Do integracji z UE Ukraina
musi się po prostu porządnie przygotować.
. W tym samym czasie, gdy politycy to hasło podnosili, odbywały się
konferencje, debaty między ekspertami, w których zresztą często osobiście uczestniczyłem. Mamy naprawdę spore grono fachowców na międzynarodowym poziomie. W tych naradach, organizowanych
przez Centrum Stosunków Międzynarodowych, Polski Instytut Spraw Strategicznych czy Instytut Spraw Publicznych, dość zgodnie twierdzono, że opór przeciwko nowemu traktatowi dla Unii to
polityczny błąd. Argumenty były rozmaite, ale dość zgodnie wskazywano, że traktat nicejski jest dla Polski mniej korzystny niż zapisy traktatu reformującego. Te dyskusje eksperckie toczyły
się w zupełnie innych kategoriach niż hasłowa i często demagogiczna „debata” między politykami. Współpracownicy polskich think tanków nie sądzili, że najistotniejsza
jest kwestia liczbowej siły polskiego głosu w Radzie Europejskiej i że trzeba nadstawiać narodową pierś w obronie Nicei. Zwracano uwagę na koszty przeciwstawiania się zdecydowanej
większości członków UE. Ta większość chciała nowej, bardziej spoistej i ambitnej umowy. Traktat lizboński daje nam większe możliwości realizowania naszych celów w obrębie wspólnej
polityki zagranicznej i obronnej.
Niestety, rozziew między tym, co podkreślają analitycy i specjaliści od polityki międzynarodowej, a tym, co mówią politycy, jest nadal bardzo widoczny. Można czasem odnieść wrażenie, że oba środowiska żyją w innych światach. Było tak w czasach minister Anny Fotygi, która ze stanowiska dyrektora Państwowego Instytutu Spraw Międzynarodowych usunęła Romana Kuźniara tylko dlatego, że podważał sensowność angażowania się Polski w instalację tarczy antyrakietowej. Dzisiaj natomiast sporo mówi się o Partnerstwie Wschodnim zaproponowanym wspólnie przez Polskę i Szwecję. Ale konferencje na ten temat organizowane w Ośrodku Studiów Wschodnich i innych ośrodkach wydają się odbywać w świecie innym niż ten, w którym żyją politycy. Tymczasem chodzi przecież o coś bardzo ważnego, o silne usadowienie się Polski w systemie Unii Europejskiej, o dbanie o interesy swoje i sąsiadów, a o tym niestety nasi partyjni politycy nie potrafią mówić i nie umieją nawiązać dialogu ze specjalistami.
Rząd prezydenta Obamy chce w Europie współpracować przede wszystkim z Unią Europejską. Jeśli będziemy liczącym się członkiem Unii, a więc takim, który liczy na innych, bo także na niego można liczyć, to z pewnością nasza pozycja w oczach Ameryki będzie się umacniała. To jest oczywiście trudniejsze niż jakiekolwiek stosunki bilateralne. Trudniejsze, ale i pewniejsze.
To, co działo się w ostatnich tygodniach, można przyrównać do bardzo szybkiego slalomu, który odbywa się w ogromnych tumanach wzbijanego przez narciarzy śniegu. Jeden zawodnik szusuje obok
bramek, omijając te, w które należy i można spokojnie trafić. Jako państwo właśnie takie bramki kilkakrotnie ominęliśmy. Ale