Ministertswo Zdrowia, które firmuje to szaleństwo, na pewno nie kieruje się chęcią poprawy sytuacji Polek. Przeciwnie, tylko ją komplikuje. Zupełnie nie przemawia do mnie argument, że tego typu resortowe pomysły mają bronić losów nienarodzonych dzieci.
Owszem, to dobrze, że próbuje się dodatkowo motywować kobiety, by dbały o siebie i odwiedzały ginekologa. Ale to nie może być jedyne kryterium przyznawania ludziom pieniędzy.
Wydaje mi się, że rozsądne kobiety, a takich jest większość, chcą dla swoich dzieci i siebie jak najlepiej.
Tym bardziej uważam, że becikowe w roli nagrody za zestaw papierów jest kłodą rzucaną pod nogi. I nie będzie to efekt ich złej woli. Bywa, że matkami zostają kobiety bardzo młode lub bardzo dojrzałe, które nie spodziewały się dziecka. Orientują się, że nimi zostaną dużo później. Wtedy, jak rozumiem, na becikowe jest już za późno.
Takie rozwiązanie na pewno będzie nabijało kieszenie prywatnym ginekologom. Bo kobieta wcześniej czy póżniej stanie przed wyborem: albo wizyta w prywatnym gabinecie za spore pieniądze, albo długie tygodnie czekania na przyjęcie u państwowego lekarza.
Tymczasem w ogóle się tym nie zajmuje. Dlatego dla mnie to całe zamieszanie jest przejawem fałszywej troski. Państwo tworzy kolejny, zupełnie nieżyciowy przepis, który będzie tylko skłaniał niektórych lekarzy do nadużyć.
Moim zdaniem to systemowe rozwiązanie nie zostało do końca przemyślane. O wiele większe pieniądze powinny trafiać tylko do osób najbardziej potrzebujących.
Ministerstwo Zdrowia ma mnóstwo pilniejszych problemów na głowie. Wystarczy wspomnieć o nieruszonej reformie systemu opieki zdrowotnej, o zadłużonych szpitalach. Zamiast tego resort zdrowia woli utrudniać życie zmęczonym, upodlonym kobietom.