Kilka tygodni temu definitywnie zamknął pan dyskusję o eutanazji. Pana rzecznik tłumaczył wtedy, że chodziło panu nie tyle o samą eutanazję, co o pomaganie ludziom, którzy znaleźli się w tak trudnej sytuacji, iż jedynym wyjściem wydaje im się śmierć.
W naszym kraju są takich ludzi tysiące. My sami opisywaliśmy w „Dzienniku” wiele dramatycznych historii.
Ze łzami w oczach powtarzała, że z dnia na dzień traci siły i boi się, że kiedy jej zabraknie, Krzysztofem nie będzie się miał kto zająć. Jak zrozpaczona i samotna musi być matka, która codziennie głaszcze syna czule po głowie i równocześnie prosi, by pozwolono mu umrzeć? Nie zrobiłaby tego, gdyby ktoś jej pomógł: wysłał do opieki nad chorym pielęgniarkę środowiskową albo dał zasiłek na wynajęcie prywatnej. Tymczasem pani Jackiewicz musiała sobie ze swoim nieszczęściem radzić całkiem sama.
I wreszcie historia chorej na stwardnienie rozsiane Marleny Ptak, która nawet nie ukrywa, że mówi o śmierci, ale tak naprawdę błaga o pomoc. Bo ta, którą do tej pory dostała od państwa, nie uchroniła jej od nędzy i powolnego umierania w slumsach z socjalnego przydziału.
Nie dalej jak wczoraj dostaliśmy do redakcji list od matki, która płacze, że jej syn od kilku miesięcy leży w śpiączce, a rodzina powoli stacza się w otchłań desperacji. „Nie mamy znikąd pomocy” – napisała zrozpaczona kobieta.