Rola komentatora wydarzeń i zjawisk politycznych w mediach, dla kogoś kto - jak ja - zajmuje się nauką, ma swoje plusy i minusy. Z jednej strony mam możliwość
szybkiego "sprzedania" swoich pomysłów, również teoretycznych. Dziś na przykład na jednej z debat będę mówiła o kosztach ujawnionych przez kryzys, zmianach kierunków i
typów zależności. Staram się więc pokazywać ten znacznie dłuższy horyzont zjawisk, opisywać mechanizmy, niż mówić o ludziach - choć nie zawsze mi się to udaje.
Ze względu na swój zawód i na to, że staram się ciągle rozwijać, mogę przede wszystkim do debaty wprowadzać ten wymiar, który często dziennikarze bardziej nastawieni na konkretny moment,
newsa, lub wydarzenie, całkowicie pomijają.
Mówiłam o tym w książce, "Ja. Próba rekonstrukcji". Poprzez te gorące wystąpienia człowiek w jakiś sposób rozładowuje swój akumulator. W czasach komunizmu, nie tylko nie
miałam możliwości występowania w mediach, ale ze względu na cenzurę byłam również nieobecna w publikacjach naukowych. To tworzyło we mnie wewnętrzną mobilizację i wysiłek, który
zmuszał mnie do tego by opisać, czy wymyślić coś ważnego. Tymczasem to codzienne komentowanie, te napięcie, które wtedy mi wówczas towarzyszyło, po prostu rozładowuje. Człowiekowi nie
chce się wtedy pisać na jakiś temat poważnej książki, jeśli powiedział to samo w formie felietonowej.
To kwestia rozdzielenia, tego, co jest wiedzą, która powinna być przedstawiana bezstronnie, a osobistymi emocjami. Mnie jest łatwiej, bo zawsze ceniłam sobie niezależność, także rozumianą w
ten sposób, że dzięki jej zachowaniu, żadnemu z aktorów politycznych niczego nie zawdzięczam. W tym sensie nie ma żadnych uwikłań, długów wdzięczności, lojalności w tym także tych
towarzyskich. Oczywiście często łapię się na tym, że najpierw pojawia się emocja, a potem muszę do jej uzasadnienia dobierać argumenty obiektywne.
Ja sama się w nią wikłałam. Po wydarzeniach marcowych z 1968 roku siedziałam w więzieniu, potem była "Solidarność"....
Oczywiście unikam wszelkich sytuacji związanych z wchodzeniem w politykę i kandydowaniem, bo to oczywiście zniszczyłoby niezależność i w takiej formule się nie widzę. Może tylko w tym
sensie, że człowiek czasem może być przez polityków jakoś używany, np. biorąc udział w dyskusjach panelowych, spotkaniach i debatach, które ze względu na skład uczestników, są już
jakimś przyporządkowaniem politycznym. Mam tego świadomość. Jednak takich sytuacji staram się unikać i nie robić na przykład tego, co w fatalny sposób uczynił Wałęsa i to jeszcze za
pieniądze. Czasem otrzymuję z różnych źródeł inspiracje, informacje, które pewne osoby chcą bym przy najbliższej okazji przekazała w mediach. Mam tego świadomość, ale tego typu
sygnałów otrzymuje tak wiele, z tak różnych kierunków, że te typy manipulacji się znoszą. Opinia dziennikarzy jest oczywiście dla mnie wyróżnieniem, choć mam nadzieję, że bardziej dla
mojej wiedzy, niż dla pewnej energii medialnej, którą mi przypisują, ceniąc raczej sposób bycia niż treść.
Media, a w szczególności programy telewizyjne nadawane na żywo, wydobywają z człowieka nie tyle osobowość, ale pewien potencjał energetyczny, rejestrują tempo wypowiedzi, skupienie. Kamera
ujawnia również wady i kompleksy. Czasem po takim występie telewizyjnym, ludzie zaczepiają mnie w tramwaju, ale rzadko kiedy pamiętają o tym co mówiłam, a dostrzegają i przypisują mi
zaangażowanie, pewną solenność wypowiedzi, a więc coś z czym mogą się identyfikować. I jest to dla mnie czasami kłopotliwe, bo zdaję sobie sprawę, że im chodzi o formę, a nie o
treść.
Większość wywiadów udzielam przez telefon. Lubię występować na żywo, choćby w radio, gdzie miałam kilka dobrych rozmów z Krzysztofem Skowrońskim, albo w TVN 24 , którą to stację sobie
bardzo cenię. Jest to dla mnie wysiłek, ale również mobilizacja.