JACEK SANTORSKI*: Osoba czująca się naprawdę pewnie nie odreagowuje w taki sposób. Wysyłanie takiej wiadomości jest więc wyrazem słabości i bezradności. Akcje takiego człowieka w każdej
firmie poszłyby w dół.
Dokładnie tak. To forma odreagowania, która jest poza standardami jakiejkolwiek współpracy zawodowej i najmniej służy temu, który ją stosuje.
W świecie biznesu, na którym znam się nieco lepiej niż na świecie polityki, istnieją dwa dość ogólne typy firm. Są mianowicie takie, w których nawet w najgorszej sytuacji –
choćby takiej jak obecny kryzys ekonomiczny – traktuje się zawsze priorytetowo zachowanie podstawowych zasad korporacyjnej współpracy. Chodzi o standardy związane z wzajemnym
szacunkiem, hermetyzacją informacji, oddzielaniem ludzi od problemów. W takich firmach zachowanie podobne do tego, co wydarzyło się między posłami, byłoby traktowane jako obciach.
Ale jest też drugi rodzaj firm – często mniejszych, jeszcze częściej funkcjonujących na nie do końca dojrzałych rynkach, takich jak polski – w których przestrzeganie tych
zasad niespecjalnie się liczy. To firmy, w których dopuszczalne jest choćby rzucenie komuś wypowiedzenia na biurko. I w których mogłoby się zdarzyć, że koledzy z konkurujących ze sobą
działów wysyłają do siebie sms-y z pogróżkami. O takich przedsiębiorstwach mówi się po prostu, że obowiązuje tam niska kultura korporacyjna.
Może po prostu jej nie ma. Bo i to jest możliwe – zamiast kultury może być żywioł. Życie większości polityków czy parlamentarzystów przypomina właśnie taką żywiołową
firmę, w której nie ma kultury o tradycyjnym rozumieniu niż taką korporację, gdzie działają wysokie standardy. Mnie zresztą polityka kojarzy się bardziej z tym, co dzieje się pomiędzy
konkurującymi ze sobą firmami a nie wewnątrz nich.
Dobry argument. Spójrzmy więc na to w inny sposób. Są firmy, które powołuje się po to, żeby szybko zrobić kasę, po czym interes jest zwijany. Ale są też firmy budowane po to żeby zyskać
długoterminowe rezultaty biznesowe i żeby budować wartość firmy i marki. Standardy są zachowane w tych drugich. Można więc powiedzieć, że tu nikt nie pracuje na wartość marki, która się
nazywa parlament.
W zachowaniach członków komisji dominują działania reaktywne, a nie proaktywne. To działania nastawione na doraźne transakcje i wyraźne interesy. Ale nie długoterminowe. Polscy politycy
wyraźnie działają na rzecz pewnych odruchów, kierują się impulsami i oczekują krótkoterminowego efektu, a nie długoterminowych rezultatów.
Choćby takich, które polegają np. na tym, że buduję relację wzajemnego szacunku - nawet z przeciwnikiem politycznym – wystarczającą do tego, abyśmy mogli się spotkać jeszcze w
kilku sejmowych komisjach.
Tak – tylko, że bez takiej relacji twórcza dyskusja przeradza się bezproduktywny spór. Byłem kiedyś świadkiem sytuacji, w której kilku członków zarządu i konsultantów od godziny
dyskutował na radzie nadzorczej wykazując, kto ma rację, a kto jej nie ma. Wtedy wszedł właściciel firmy i powiedział jasno, że nie płaci im za to żeby mieli rację albo żeby stosowali
erystykę, by wykazywać, kto racji nie ma. Płaci im za to za rozwiązywanie problemu. Po czym ogłosił przerwę i poprosił o pozostanie po niej tylko tych, którzy są gotowi pomóc.
W niej niestety brakuje właściciela czy głównego akcjonariusza, który by powiedział: sprawdzam, co robicie ze swoją energią i czasem. Sprawdzam, jaki jest zwrot inwestycji, jakie
podjęliśmy. Gdyby komisja śledcza była powołana przez właściciela firmy, wykonałaby swoje zadanie. W dużej firmie uruchamia się ze sto projektów, a kontynuuje tylko 60. Tych czterdzieści
zostaje rozwiązanych, gdy okazuje się, że nie są rentowne. Istnieje przecież szereg metod oceny rentowności projektów. Przerywa się je zawsze, gdy okazuje się, że para idzie w gwizdek. Albo
że dany projekt nie przyniesie oczekiwanego rezultatu biznesowego. Być może komisja jest takim projektem, co do którego trzeba sprawdzić, czy jest jeszcze efektywny.
Świetny pomysł. W korporacjach pojawiają się ciekawe analogie do sytuacji polskiego Sejmu. Mówi się wtedy, że w danej korporacji jest zbyt rozdrobniony akcjonariat i zaczyna być jak w
polityce, czyli mówiąc krótko - nie ma właściciela. To przejaw patologizacji korporacji. Mamy takie góralskie powiedzenie - gdzie nie ma gazdy, tam jest głupi każdy. Byłoby więc bardzo
ciekawe, gdyby audyt zbadał prace takiej sejmowej komisji. Mogę taką firmę sprowadzić ze Szwajcarii - oni są zawsze neutralni. Nazywa się Energy Factory. Oni badają, co robią ludzie z
energią w organizacji. Ile pary idzie w gwizdek, a w jakim stopniu ludzie są naprawdę skoncentrowani. Tylko pytanie, gdzie inwestor, który by za to zapłacił?
W odniesieniu do pojedynczego projektu mówimy o kilku tysiącach euro. A w odniesieniu do całego parlamentu mówimy o kilkuset tysiącach.
Nawet więcej. I jeszcze bym się pomodlił.
________________________
jest psychologiem biznesu