Nigdy nie miałem wątpliwości, że tak będzie. Choć obserwatorzy mieli prawo do dezorientacji. Przy słabych notowaniach prezydenta i jego widocznym zmęczeniu normalna zachodnia partia rozważyłaby różne możliwości. Można by się po tej konstatacji poświęcić natrząsaniu się z jego kiepskiego wizerunku i braku animuszu. A jednak, choć dziś „szczęśliwym wojownikiem” jest nadal Donald Tusk, nie skreślałbym jego głównego konkurenta.
Nie nagnie się w żadnej sprawie, nie zrezygnuje na przykład z narzekania na premiera podczas wyprawy na miejsce głośnego pożaru. Właśnie z takich wpadek, niedotyczących linii politycznej, będzie tkał swą drogę do klęski. Będzie dobrze, jeżeli wejdzie do drugiej tury.
Ale załóżmy, że czasy będą ciężkie, że spełnią się katastrofalne zapowiedzi profesora Stanisława Gomułki i innych zwolenników tezy, że zje nas kryzys. Aaa, wówczas to niczego nie byłbym pewien – zaskakujący sondaż przyznający rację związkowcom w zwarciu z Tuskiem pokazuje, że nastroje z wolna się zmieniają. Koalicji, w której skład wejdzie część wyborców lewicowych i populistycznych, także ludzi, którzy dziś „Kaczora” nie cierpią. Ale którzy przestraszą się rządu dokonującego cięć budżetowych i pacyfikującego związkowe manifestacje.
Trzy i pół roku temu Kaczyński okazał się człowiekiem szybko mobilizującym się w kampanii. Prezydenta odrzuca 70 procent Polaków, ale rząd – ponad 60. Premierowi nie ufa 50 procent. Następne wybory mogą być wojną o to, kogo bardziej znielubiliśmy, a nie kogo pokochaliśmy.
Na tym budują nadzieje ludzie prezydenta. Jest jedno „ale”. Więc jednak Tusk? Tyle że on także, zepsuty z kolei powodzeniem, traci instynkt. A cuda w polityce się zdarzają, choć rzadko.