Dziennik „Daily Telegraph”, publikując w odcinkach listy tysięcy podobnych wydatków poselskich, rozliczanych przez lata bez problemu z funduszów Izby Gmin, zatrząsł podstawami brytyjskiej polityki. Nawet ostrożny „The Economist” argumentujący, iż uposażenia brytyjskich parlamentarzystów spadły ostatnio (o zgrozo!) „poniżej poziomu bankierów i prywatnych lekarzy”, musi przyznać w końcu, że „parlament znalazł się na kolanach”. Zaprzyjaźniony mieszkający w Krakowie Anglik mówi mi wczoraj: „To nie jest kraj, w którym się urodziłem”. Skalę wstrząsu uświadamia fakt interwencji podjętej przez tradycyjnie milczącą królową, która uznała za stosowne ostrzec premiera Browna przed pokusą tolerancji dla postępowania posłów. Angielska demokracja wpadła w dwie „liberalne” pułapki: „prawo pozwala” i „wszyscy tak robią”. Postępowanie chciwych polityków interpretowano jako legalne. Liberalna wykładnia brytyjskich praw dozwalała na refinansowanie najrozmaitszych wydatków posłów wedle ich sumienia i uznania.
To stało się powodem, dla którego marszałek Michael Martin do końca bronił Izby Gmin w procesie sądowym przed ujawnieniem listy poselskich wydatków. Bogu dzięki przegrał, a teraz kończy swoją karierę. Drugim uzasadnieniem wieloletniego tolerowania złych praktyk stała się ich powszechność. Jeśli na liście „Daily Telegraph” marszałek Izby figuruje obok ministra spraw zagranicznych, a liderzy torysów obok przywódców Labour Party, to także dla posłów z tylnych ław musiało być jasne, że z istoty zawodu posła wynika prawo do kupowania mebli do sypialni i żarcia dla ulubionego psa za publiczne pieniądze. Demokracja łatwo wpada w pułapki miękkich interpretacji praw i upowszechniania się złych praktyk, wtedy gdy państwo nie wywiązuje się z powinności formułowania i egzekwowania standardów. To brak standardów nadwerężył dzisiaj mocno brytyjską demokrację. Nagłe rozczarowanie kondycją „brytyjskich standardów” każe zarazem – choć na chwilę – lepiej pomyśleć o polskiej polityce.
Nie ma racji prof. Zdzisław Krasnodębski, gdy przy okazji brytyjskiego krachu nadal (chyba z przyzwyczajenia) piętnuje polskie praktyki. Co prawda premier Tusk przywiązuje przesadną wagę do swojej osobistej i absolutnej władzy nad ludźmi jako jedynej rękojmi ich etycznego zachowania. Lepiej by było na przykład, gdyby niedobre doświadczenie z trwającym i nagannym konfliktem interesów wicepremiera Pawlaka wykorzystał dla wprowadzenia obowiązującego wszystkich ministrów kodeksu dobrych praktyk.
Lecz nie w tym rzecz. Być może standardy wydatków polskich posłów nie są stworzone nazbyt mądrze. Ale są. I to są coraz bardziej restrykcyjne. W Polsce wystarczył przypadek Łyżwińskiego, aby zapobiec upowszechnianiu się złych praktyk. W Wielkiej Brytanii, kraju posiadającym słynną Niezależną Komisję Standardów Życia Publicznego, trzeba było aż wysadzić w powietrze całą Izbę Gmin.