Prezydent Lech Kaczyński ma kłopot ze swymi dwoma nieharmonijnymi powinnościami. Chce wykorzystać prezydenturę dla wzmocnienia PiS i to na tyle nieostentacyjnie, iżby dać swym urzędnikom szansę zaprzeczania temu z kamienną twarzą, bez ironicznego przymrużania oka. Wymaga tego zarówno interes, jak i układ zależności, w jakim prezydentowi przyszło działać.

Trudno wyobrazić sobie, że Kaczyński może mieć szansę na obronę swojej drugiej kadencji, jeśli kierowana przez brata partia ponosiłaby tylko druzgocące porażki. Trzeba by zaiste jakiegoś geniusza propagandy, aby spróbować na serio przekonać Polaków, że – mówiąc bardzo kolokwialnie – jeden Kaczor i jego partia jest be, ale drugi jest całkiem cacy. Ów układ zależności polega zaś na tym, że prezydent, jako słabsze polityczne ogniwo tandemu bliźniaków, nie może po prostu zapomnieć o codziennym interesie partii brata, chyba żeby za jakiś czas ów sam przyjął taką właśnie strategię działania na najbliższy rok. Jest to zresztą całkiem możliwe po porażce PiS w wyborach europejskich, albowiem polityczny los braci rozstrzygnie się w przyszłym roku nie w rezultacie pozycji partii, ale przyszłości prezydentury. Nawiasem mówiąc, tego zagrożenia dla samej siebie winna być świadoma PiS-owska armia.

Lecz jednocześnie Lech Kaczyński szarpany jest przez pokusę cząstkowego choćby odklejenia się od PiS. O ile partia pójdzie na dno, prezydentura Kaczyńskiego podąży jej śladem. Jeśli jednak – dzięki wyczerpywaniu się w czasie kryzysu autorytetu chwiejnych rządów Tuska – kondycja partii lekko się poprawi, zadanie obrony prezydentury wymaga i tak czegoś więcej niż partyjnego żołnierstwa. Widać, że Lech Kaczyński próbuje rozwikłać tę kwadraturę koła. Potrzebuje konfliktu z Tuskiem, bo brak konfliktu utrwalałby tylko aktualny stan nierównowagi na jego niekorzyść. Jednak w przeszłości bywało tak, że zwady o samolot, politykę wschodnią czy awanse Sikorskiego wywoływała ekipa Tuska, ale większą cenę płacił prezydent. Popkultura zakwalifikowała bowiem Kaczyńskiego jako figurę ambicjonerską i małostkową, i niezależnie od faktów, w każdej waśni znajduje potwierdzenie dla tej gęby. Warto więc odnotować, że Kaczyński na tyle, na ile to możliwe, stara się ostatnio nie kontynuować małostkowych tarć o wojsko (choć Klich dostarcza co dzień dobrych powodów), o ambasadorów (choć przegrał chyba Fotygę), o unijne krzesła (tu uratował go niemal spod stryczka wyrok Trybunału).

Typowe dla polskiej polityki waśnie zajadłe i małostkowe chciałby rozsądnie zostawić bratu i jego partyjnym bulterierom. Na najbliższy czas Lech Kaczyński ma na oku dwa cele. Już stał się jednocześnie twardym krytykiem i nieodzownym partnerem premiera w polityce antykryzysowej. W orędziu rozprawia się z realiami polityki gospodarczej Rostowskiego (tu prezydent = PiS), a zarazem wchodzi w rolę arbitra, gotowego podjąć wspólnie z rządem antykryzysowe trudy (tu prezydent to coś zupełnie innego niż PiS). Nie jest przy tym przypadkiem, że za Gilowską, a wbrew Bugajowi (i własnej socjalistycznej duszy) Kaczyński docenia wartość takich liberalnych metod ożywiania gospodarki, jak obniżanie podatków. Za chwilę – darem losu jest tu rocznica 4 czerwca – prezydent pochyli się pod Gdańskimi Krzyżami nad losem skrzywdzonych i poniżonych w III RP prawdziwych bohaterów „Solidarności”, po czym już całkiem w duchu owej III RP pospieszy na Wawel, uczcić z Tuskiem mądrość i wizjonerstwo elit 1989 roku.

W tym wszystkim dodatkową przewagą Kaczyńskiego jest to, że i kryzys, i historia to pola, na których Tusk (po świeżych wynikach gospodarki i absurdalnej przygodzie z Wałęsą) czuje się coraz bardziej niepewnie i obawia się twardo pisowskich pozycji prezydenta. Jeśli więc – paradoksalnie – z pomocą Tuska Kaczyński zdołałby się utrzymać w tych dwóch rolach: arbitra w walce z kryzysem i strażnika właściwych proporcji narodowej pamięci, jego powrót na front realnej walki o prezydenturę, dość nieoczekiwanie, okaże się możliwy.