Już nie.
Nawet już o tym nie pamiętam.
Gdy wiosną 1989 r. pojawił się pomysł startu kandydatów "Solidarności" do parlamentu, prędko uznałem, że chciałbym znaleźć się w tym parlamencie. "S"
jako instytucja była związkiem zawodowym. A ja nawet z przekonania nie byłem związkowcem, poza kilkumiesięcznym epizodem bycia "sekretarką" w zespole adwokackim nawet nie
pracowałem. Marzyłem, aby powstała "S" polityczna. Ona narodziła się tak naprawdę, kiedy 18 grudnia 1988 r. powstał Komitet Obywatelski.
Nie pamiętam. Na pewno chciałem być posłem i była to kwestia kontrowersyjna, bo dla podziemia solidarnościowego pozostawałem ciągle młodzieżowym radykałem. Bardziej pasowałem do
wycinanych kontestatorów, których Wałęsa, Geremek, Michnik i Mazowiecki nie zamierzali dopuszczać do parlamentu. Pamiętam, że kluczowym momentem były głosowania, które odbywały się w
Krakowie w kościele bernardynów. Tam krakowski KO miał dokonać wyboru kandydatów na posłów. Udało mi się je wygrać.
Miałem chwilę zwątpienia. Było to posiedzenie KO, na którym doszło do sławetnego głosowania, czy ma być szeroka lista reprezentująca całą opozycję, czy lista wąska. Stałem po stronie
Olszewskiego, Halla, Mazowieckiego, Czaputowicza, czyli mniejszości, która przegrała, głosując za listą szeroką. Moi współtowarzysze oznajmili, że oni w takim razie nie kandydują do
parlamentu. Przyjąłem do wiadomości porażkę, ale zrobiłem odrębną kampanię, przygotowałem własny program. Pamiętam, jak na rynku w Krakowie - ku entuzjazmowi tłumu, ale zdziwieniu
kolegów z "S" - mówiłem z ganeczka wieży ratuszowej, że idziemy do Sejmu po to, by przywrócić niepodległość. Kto wie, czy nie byłem jedynym tak mówiącym kandydatem.
To nie była nowomowa, ale niepodległość była poza programem KO, przynajmniej tym werbalnie deklarowanym. Miała być celem ewentualnym, osiągalnym w przyszłości. Ale moja postawa została
ukarana. Ktoś w Warszawie postanowił, że należy mnie wystawić na ten mandat w Pogórzu, o który ubiegał się Leszek Moczulski - skoro jesteś taki radykał, to będziesz musiał wejść w
ostre starcie z kimś bardziej radykalnym. Z moimi poglądami - człowieka, który Moczulskiego wziąłby z entuzjazmem na listę KO - miałem mu zablokować drogę do parlamentu. Albo z nim
przegrać, bo Moczulski był postacią legendarną, a ja funkcjonowałem jako działacz studencki z obrzeża solidarnościowego mainstreamu. Odbyłem z Moczulskim serdeczną rozmowę, a on z daleko
idącą wielkodusznością powiedział, że nie ma do mnie pretensji. A także, że możemy zrobić coś wyjątkowego, na przykład prawdziwą debatę. Zorganizowaliśmy ją na Uniwersytecie
Jagiellońskim. Zgromadziła tłumy studentów. To była jedna z najlepszych dyskusji w moim życiu, zapewne bardziej z powodu atmosfery niż bogactwa programowego. Dość, że jej sława jako
precedensu - moim zdaniem pierwszej debaty w Polsce po okresie komunizmu - była tak duża, że jej powtórzenie zaproponowało nam Radio Wolna Europa. A i tak, według słynnego powiedzenia, że
nawet wieprz z etykietką Lecha Wałęsy wygra, pokonałem Leszka Moczulskiego w stosunku astronomicznym. Miałem 154 tys. głosów, a on 20 tysięcy. Ciekawostką jest to, że o ten sam mandat z
krakowskiego Podgórza ubiegał się obecny prezydent Jacek Majchrowski. Jako bezpartyjny, ale związany z ówczesną władzą. Miał 10 tys. głosów.
Był gadatliwy, ale co do celów politycznych się zgadzaliśmy. Było jasne, że chodzi o niepodległość i wolny rynek. Te debaty umożliwiły nawet wyostrzenie tych postulatów. To była polityka
bardziej prawdziwa niż ta, z którą zetknęli się inni kandydaci. Oni wychodzili na wiece, mówili, że są z "S", i to wystarczało. Do tej pory czuję wdzięczność wobec
Moczulskiego za sposób, w który przeprowadziliśmy tę kampanię.
Okrągły Stół przyjąłem dobrze. Głównym problemem dla mnie była jedynie kwestia reprezentatywności. To, że KO nie otwierał drogi dla całej opozycji, ale był zalążkiem potencjalnej
partii, która zresztą nie powstała. Napisałem wtedy poważną, ale w podtekście złośliwą relację z pierwszego posiedzenia KO z grudnia 1988 r.: "Nie ulega wątpliwości, że
komitetowe grono w swoim obecnym składzie nie stanowi realnej reprezentacji kierunków politycznych opozycji. Liczebnie jest ono zdominowane przez tzw. intelektualistów, na polityce się
nieznających i niezdolnych odpowiedzialnie jej poprowadzić. (...) Wyjścia z tej sytuacji są dwa: albo poszerzyć bazę polityczną Komitetu, przed czym Wałęsa najwyraźniej się broni w strachu
o powodzenie negocjacji z rządem, albo jasno i wyraźnie przestać uznawać się za jedyną i prawdziwą reprezentację narodu".
Gdy zostałem zamknięty w 1982 r., przemyślałem swój los. Wiedziałem, że albo będę uczestnikiem społecznego marginesu, w przypadku gdy system potrwa, może nawet do mojej śmierci, albo
zostanie on rozwalony, a wtedy Bóg jeden wie, co się zdarzy. W związku z tym nie myślałem serio o tym, że komuniści pozwolą mi być adwokatem. Sam fakt wygrania konkursu w radzie adwokackiej
był dla mnie takim zaskoczeniem, że dopiero "prawidłowe" orzeczenie Sądu Najwyższego przywróciło mi sprawy do właściwych proporcji.
Wtedy, jeszcze w grudniu 1988 r., ten argument podnosił Jan Józef Lipski. Bardzo drastycznie polemizował z nim Adam Michnik, który przeforsował rezolucję mocno piętnującą NZS-owskich
uczestników jakiejś bójki z milicją, chyba w Gdańsku. Mówiono w niej, przesadnie, o groźbie terroryzmu. Ale dla mnie argumentem rozstrzygającym in plus było to, że ogląd stanu państwa,
wszystkich instytucji publicznych, pozwalał diagnozować stan kompletnej katastrofy. Fundamenty egzystencji narodu mogły być zagrożone z powodu rozpadu struktur publicznych. A alternatywą dla
polityki KO nie był inny projekt opozycji. Nie było widać sił, które mogły zrobić rewolucję.
Nawet Leszek Moczulski ubiegał się o mandat. Wydawało mi się, że budowa politycznego skrzydła "S" to spełnienie planu z 1981 r. Planu, aby "S" wyrwała się
ze statusu ruchu protestu i przeszła w fazę polityki państwowej. Właśnie przechodziła w tę fazę.
W Krakowie byłem jednym z pierwszych, który uświadomił skalę zwycięstwa "S". Bo wcześniej nikt nie wierzył w taki rezultat. Razem z moim przyjacielem Zbyszkiem Fijakiem w
nocy z 4 na 5 czerwca objechaliśmy ze dwadzieścia komisji obwodowych. Indagowaliśmy mężów zaufania "S" o wyniki jeszcze przed ich ogłoszeniem. Pamiętam swoje zaskoczenie - w
Krakowie to było po 90 - 95 proc. głosów za "S". W blokach, w których mieszkali milicjanci i wojskowi, 70 - 75 proc. Szok.
Nigdy nie wierzyłem, że komunistyczne państwo nie drapnie ani jednym swoim pazurem. Do dzisiaj w to nie mogę uwierzyć. Da się to tylko uzasadnić jakimś totalnym brakiem charakteru i
zdeprawowaniu ludzi, którzy dysponowali całym aparatem. Oni nie byli gotowi zaryzykować nawet paznokcia dla uratowania swojej władzy.
W drodze powrotnej ja i Fijak zastanawialiśmy się, czy oni rano czegoś nie zrobią. I czy jest bezpiecznie wracać do domu. Zadecydowałem, by nie wracać. O trzeciej nad ranem zadzwoniłem do Kozłowskiego. On zaspany, zaskoczony skalą zwycięstwa zaczął się ze mnie śmiać. Minęły dwa lata, Kozłowski do mnie dzwoni i mówi, że coś chce mi pokazać. Znalazł w archiwach szyfrogram, jeden z pierwszych, które 5 czerwca rano trafiły na biurka Jaruzelskiego i Kiszczaka. To była informacja o nastrojach opozycji, dla których jedyną przesłanką był zarejestrowany z podsłuchu mój telefon do Kozłowskiego. Tytuł brzmiał: "Opozycja boi się aresztowań".
Nie uważałem tego za uzasadnienie dobre dla polityki pasywnej. Przeciwnie, za sygnał dla większej ofensywności. Dziś z perspektywy czasu widać, że komuniści byli spragnieni nie władzy, ale
wygodnego życia. 5 czerwca zachwiała się moja mackiewiczowska wizja komunizmu. Przestałem wierzyć, że oni są groźni. Krzysztof Kozłowski opowiadał, że jeszcze latem 1990 r. jako minister
spraw wewnętrznych, w sytuacji gdyby odchodzący Kiszczak czy Siwicki postanowili zbuntować tylko jeden batalion, on nie miałby nic, by się temu buntowi przeciwstawić. Pewnie ma rację. Ale
okazało się, że wtedy byli już nikim. Zacząłem nimi pogardzać. Wcześniej jak Mackiewicz uważałem antykomunizm za najważniejszy polityczny pogląd. Za obronę cywilizacji przed - nie boję
się tego powiedzieć - diabłem, czystym złem. 5 czerwca zrozumiałem, że oni nie są już w ręku prawdziwego szatana, ale rozleniwionego skorumpowanego wiejskiego diabełka. Przestał to być
dla mnie spór z szatanem.
Zaczęła się polityka. Rozważanie racji, odcieni szarości. Zostałem posłem. Poszedłem bardzo buńczuczny na pierwsze posiedzenie klubu parlamentarnego. I tam zacząłem się przeciwstawiać
jakimś ewidentnym machinacjom Wałęsy i Geremka. Sala była też oburzona w związku z kompromisem z listą krajową, więc ci bardziej niezadowoleni zgłosili mnie jako kandydata na zastępcę
Geremka.
I Bronek Geremek mnie ujął. Na posiedzeniu twardo przeciwstawił się mojemu wyborowi, ale gdy wygrałem głosowanie, z dnia na dzień otoczył mnie życzliwością, pomocą, opieką. Okres
współpracy z nim pamiętam jako ważne doświadczenie życiowe. Nauczyłem się od niego dużo. Potem w zaciszu jego gabinetu zaczęliśmy wspólnie narzekać, jaki to niedobry mamy rząd -
chodziło już o gabinet Mazowieckiego. Ale cóż my możemy zrobić, kiedy premier jest świętością. Jesienią 1989 r. odbyło się posiedzenie klubu z premierem. To było wydarzenie, bo premier
nie przychodził do posłów, był dla nich Królem Słońce.
Trochę tak, choć dziś to wynika ze służalstwa, wtedy z czegoś innego. Na tym spotkaniu w zaaranżowany przez Geremka sposób na kilka głosów krytykowaliśmy politykę rządu. Ja atakowałem
politykę wobec MSW i Kiszczaka. Ale z drugiej strony miałem poczucie zobowiązania wobec gabinetu, który był jednak traktowany przez Polaków jako ikona.
Grało tu rolę poczucie lojalności wobec Geremka. Lojalności bardziej osobistej niż politycznej. Ale proszę też pamiętać: ja wtedy nie byłem po stronie Wałęsy. To teraz przyjąłem do
wiadomości, że on jest taki, jaki jest, i nie mam już żadnych oczekiwań względem niego. Uprzedziłem się do niego już w 1981 r. na zjeździe "S", gdy wygadywał straszne,
bezsensowne rzeczy. A jego zachowania antyrządowe z wiosny 1990 r. odbierałem jako czyste rozrabiactwo, a w dodatku próbę obalenia budowania kapitalizmu w Polsce. Dziś wiem, że tak nie było,
ale wtedy tak myślałem. Bałem się próby powrotu do najbardziej absurdalnej części obrad Okrągłego Stołu, indeksacji, poprawiania gospodarki w stylu późnego Gierka. To mój stan ducha z
tamtych czasów. Dziś jestem świadom, że rozumniejsze w 1990 r. było poparcie Lecha Wałęsy.
Naturalnie, ale za wiele nie pamiętam. Nie przypominam sobie pierwszego kontaktu z komunistami. Nie było wtedy tej atmosfery z późniejszych kadencji, czyli fraternizacji, gdy wszyscy się znają.
Bardziej pamiętam zaskoczenia natury obyczajowej. Krążyły legendy, jak dobrze dają jeść w Sejmie. Raz przyjechałem z Krakowa bardzo głodny. I dostałem w restauracji obrzydlistwo. Spalony
kotlet z zimnymi ziemniakami. Pryskały mity o standardzie życia komunistycznej elity. Pamiętam, że to jedzenie przyniosła mi słynna tam kelnerka, pani Gienia. Wręczając mi ten spalony kotlet,
poklepała mnie po ramieniu i powiedziała: "Jedz, dziecko".
Tak. Byli Ziemianie i Marsjanie. Zderzenie cywilizacji. To nie był normalny parlament.
Wszyscy byli kiepsko ubrani. Oni rzeczywiści byli bardziej spod sztancy. Ale polska polityka zaczęła się ubierać w normalne, nawet jeszcze nie dobre, garnitury gdzieś dopiero za rządów
Bieleckiego, Suchockiej.
Coś takiego jak OKP nie miało prawa istnieć. To było pewnego rodzaju dziwactwo: Andrzej Wajda i Andrzej Szczypiorski siedzieli obok chłopów z Białostockiego, którzy wyglądali jak postaci z
Reymonta. W sensie socjalnym OKP był przekrojem polskiego społeczeństwa - od jego warstw absolutnie najniższych po topelity.
To było w jakiejś mierze piękne. Ale jako formacja parlamentarna dość dziwaczne. Tam był potrzebny etnograf, by to opisać. Natomiast komuniści mieli swój PZPR-owski sznyt. Nie najlepiej
skrojone urzędowe mundurki. Przyzwyczajeni do siedzenia na zebraniach. Przez długie godziny, nawet jak jest nudno. Myśmy dopiero się do tego przyzwyczajali. Oni byli spod partyjno-politycznego
strychulca. A po naszej stronie świat różnorodny, dziwny. Nie mieliśmy doświadczenia w organizowaniu frakcji parlamentarnej. Od pierwszego dnia uczestniczyłem w próbach zarządzania tą
wielką grupą ludzi. Nie mieliśmy wzorów, więc porządek był wymyślany od zera. Zespoły, komisje, sposoby głosowania. I ta nieszczęsna Sala Kolumnowa, która doprowadziła do upadku OKP w
równym stopniu co "wojna na górze". W pięćdziesięciu procentach.
Nie. Gdyby najdoskonalsi sowieccy agenci chcieli wymyślić, jak uniemożliwić normalną pracę solidarnościowcom w polskim Sejmie i stworzyć nieuchronny mechanizm konfliktów, to powinni dać OKP
Salę Kolumnową jako stałe miejsce obrad. Aparatura nagłaśniająca i akustyka powodowały, że nikt nie mógł słyszeć nikogo. Przez tę salę komunikacja została zerwana od pierwszego dnia.
To było miejsce, w którym rozpadł się OKP, nie słysząc nawet, że się rozpada.
Zaczynałem jako ekstremistyczny antykomunista, potem wydawało mi się, że to są problemy stosunkowo mało ważne. U końca lat 90. zacząłem tej przemiany żałować. Teraz przyznam się, że
nachodzi mnie bluźniercza myśl: więcej racji miałem wtedy, gdy myślałem, że nie jest to bardzo ważne, niż wtedy, gdy myślałem, że to ważne. Lepiej by oczywiście było, gdyby na
początku lat 90. przeprowadzono dwie rzeczy: lustrację oraz skazanie Jaruzelskiego i Kiszczaka. To by oczyściło atmosferę.
To była wyłącznie kwestia woli. Natomiast w przypadku koncepcji, by setkom tysięcy działaczy partyjnych pozwolić na zasymilowanie się ze społeczeństwem, chyba jednak rację miał tu nie
Michnik - bo nie on był autorem - tylko Kościół, który stworzył moralną podstawę dla przyjęcia dawnych komunistów do narodu.
Oni wzbogacali się w sposób nieuchronny. Pies był pogrzebany gdzie indziej. Kluczową rzeczą było stworzenie nowego sprawnego systemu prawa i sprawiedliwości. Rafał Matyja zadał mi kiedyś
pytanie, co by się stało, gdyby u początku lat 90. w cudowny sposób zamontowano w Polsce niemiecką machinę administracyjną. Urzędników, sędziów i prokuratorów, bynajmniej
nieowładniętych duchem rewanżu antykomunistycznego. Oni by nomenklaturę skosili, nie w imię antykomunizmu, ale w imię praworządności. Tu państwo polskie poniosło fiasko. Jeśli należało
zrobić z komunistami porządek, to na zasadzie Rechtsstaat, rządów prawa.
Polityka kadrowa nie załatwiała wszystkiego. Ludzie "S" deprawowali się tak jak ludzie nomenklatury. To kwestia dobrego budowania instytucji. Były takie rzeczy, których nie
dało się zmienić. Na przykład jedno z największych zaniechań, czyli nieprzeprowadzona reforma uniwersytetów, była chyba niemożliwa.
Duchem "S" była autonomia uniwersytetu. Im jej więcej, tym lepiej. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że najpierw robimy rewolucję na uczelniach, potem dajemy im autonomię, to
cała Polska by go uznała za prowokatora. Kogoś, kto zazdrości rektorom i profesorom, którzy przecież nosili "S" na rękach. Wręcz byli symbolami tego ruchu. Natomiast dałoby
się zrobić porządek w sądach i prokuraturach.
Bo potem pojawiła się ścieżka ku deprawacji, która około 2005 r. została trochę ukrócona. Pod względem standardów życie publiczne jest dzisiaj w Polsce daleko bardziej przyzwoite niż w
2000 r. Ale proces anomii dotknął bardzo duże segmenty państwa - administrację, służby specjalne, policję, sądownictwo. I został przyjęty powszechnie do wiadomości jako status quo.
Proszę spojrzeć na stan publicystyki - ona nie zajmuje się już tym obszarem. Wiem to i po sobie, przestało to budzić także moje emocje. Ostatni moment w moim życiu, kiedy byłem silny, zwarty
i gotowy do walki o to, przypadał na 2005 r.
Nie będzie żadnej katastrofy. Nic na razie nie wskazuje na to, by w nieodległej przyszłości istniała dynamika społeczna albo pojawili się przywódcy zainteresowani postawieniem na nowo
kwestii naprawy państwa. Zacząć trzeba od konstytucji, a tego zrobić się nie da. Więc nic się nie zmieni. To może być dziedzictwo historyczne państwa rozlazłego, które towarzyszyło nam
zawsze. Może trzeba się do tego przyzwyczaić i uznać za element polskości.