Dostać się tam to sielanka – czternaście godzin w autobusach cuchnących moczem wszystkich stworzeń tego świata. Afrykańczycy podróżują bowiem nie tylko z drobiem (kury, indyki, kaczki), ale też z królikami czy mniejszymi kozami. Zostawmy jednak drobiazgowe opisy. W każdym razie po dotarciu do składającego się z dwóch uliczek Moroto, dumnej stolicy regionu, wynająłem motor, przewodnika i w drogę.
Mieszkańcy jerozolimskiej Mea Sharim wyglądają, jakby ich rzeczywiście przeniesiono z dziewiętnasto- lub wręcz osiemnastowiecznego sztetlu gdzieś w Polsce. Ich tradycyjne stroje i zwyczaje nie przeszkadzają im jednak w prowadzeniu biznesu używać komórek i komputerów. Mieszkający kilka tysięcy kilometrów dalej Karamojo też korzystają z dobrodziejstw cywilizacji. Konkretnie z kałasznikowów.
Nie tłumaczy to co prawda ich fatalnej reputacji i tego, że uchodzą za tyleż walecznych, ile nieprzyjaznych światu, ale muszę przyznać, że wobec mnie byli bardzo mili. W jednej z wiosek próbowano mnie nawet wyswatać z pewną rosłą dziewoją noszącą naszyjnik oznaczający, że jest gotowa do zamęścia. Moja niedoszła wybranka (nie jestem w stanie powtórzyć jej karamodzańskiego imienia) miała 13 lat, ale wyglądała na 15 i była gotowa – jak zapewniał chief wioski – dać mi wielu synów. Tłumaczenia, że mam już i syna, i białą żonę, przyjęto z niedowierzaniem. Bo rzeczywiście, od kiedy to białym przeszkadza? Przyznałem więc, że chcę się wykpić, bo nie mam krów, którymi musiałbym opłacić bogdankę, co przyjęto ze zrozumieniem.
Choć i na krowy jest sposób. Mirinda ogłosiła bowiem w Ugandzie wielki konkurs „Shuwa Deal”. Biorąc pod uwagę, że napojów Pepsi pije się tu sporo i skrzynka pęka w dwa dni, to za cztery lata wrócę do Warszawy z krową. Albo bez krowy, ale za to z żoną.
Zastanawiam się tylko, czy „Shuwa Deal” działa w obie strony. Moi przyjaciele Karamojo mają bowiem sporo krów, ale ze względu na suszę nie mają co pić.