Nie od dziś wiadomo, że od orzekania o prawomocności czegokolwiek w Polsce są sądy i Trybunał Konstytucyjny. Teoretycznie konstytucja jasno stanowi coś dokładnie odwrotnego niż to, co powiedział wicepremier Grzegorz Schetyna. A mianowicie - że przyszły prezydent będzie mógł zachować nie tylko swoją legitymację partyjną, ale i przewodnictwo. Na razie mamy zapis, według którego prezydent nie powinien pełnić innych funkcji publicznych poza sprawowaniem prezydentury.

Pojawia się jednak pytanie, czym jest funkcja publiczna, bo nie mamy jednoznacznej definicji. Wątpliwości mają prawnicy i konstytucjonaliści. Wniosek z tego prosty: wicepremier powinien wypowiadać mniej kategoryczne sądy na ten temat.

Do tej pory prezydenci Polski wybierani w wyborach powszechnych byli jednocześnie reprezentantami ruchów politycznych albo partii, do których wcześniej należeli. Tak jak Lech Wałęsa był reprezentantem "Solidarności", a prezydenta Kwaśniewskiego wysunął na najwyższy urząd SLD. W drugiej turze wyborów w 2000 roku jasne było, że startuje on jako polityk lewicy. Nie było też wątpliwości, że do wyborów w 2005 roku kandydatem PiS jest Lech Kaczyński oraz proponowany przez Platformę Obywatelską Donald Tusk. Prezydenci Polski to osoby, które nie biorą się z politycznej próżni, ale zawsze z konkretnych partii politycznych. Są też przykłady na to, że tzw. kandydaci ponadpartyjni nie zdobywają w wyborach liczącego się wyniku. W tym konkretnym sensie Grzegorz Schetyna opisuje sedno problemu i ma rację. Kolejni prezydenci w Polsce nie są ponadpartyjni. Ale jedną sprawą jest mechanizm, który prowadzi ich do urzędu, a czym innym już sam urząd prezydenta.

Nasi prezydenci mają wyraźne sympatie polityczne. Trudno jest im się odciąć od swojej politycznej przeszłości. Jedynie Aleksander Kwaśniewski regularnie wchodził w spory z własnym środowiskiem. Co więcej, najostrzejszy konflikt miał z Leszkiem Millerem - ze swoim politycznym współpracownikiem, a wcześniej partyjnym kolegą. W tym sensie prezydentura Lecha Kaczyńskiego jest przełomowa. Aktualny prezydent już nie kryje, że przede wszystkim jest prezydentem Prawa i Sprawiedliwości. Nie ma też szansy, by otwarcie wyraził inną opinię niż PiS. Być może usankcjonowanie tego, co i tak jest stanem faktycznym, jest dobrym wyjściem? Właśnie to proponuje Grzegorz Schetyna. Wydaje się jednak, że nasze społeczeństwo woli żyć w politycznej iluzji i tworzyć fikcję, że prezydent jest osobą ponadpartyjną. A prawdę mówiąc nic by się przecież nie zmieniło.

Ludzie nie zagłosują na prezydenta - szefa partii. Najwięcej straciłby na tym Donald Tusk. Poza tym, jeśli Platforma uzasadnia, że tylko podąży drogą utartą przez PiS, to niech ryzykuje. Nikt nie będzie mógł im przecież zarzucić, że robi to, czego nie praktykowali ich poprzednicy. Przypomnę tylko, że Platforma zdobyła władzę i utrzymuje wysokie poparcie społeczne będąc w kontrze do działań PiS. Przejmowanie więc praktyk, które uważało się wcześniej za naganne, jest zupełną niekonsekwencją. Wyborcy natomiast mogliby powiedzieć, że nie to im obiecano i pomysł prezydenta - szefa partii obróciłby się przeciwko Platformie.

Ciekawe, czy Schetynie to wszystko się tylko wymsknęło, czy konsekwentnie będzie on brnął w ten temat? Być może jest to tylko element strategii, nietypowy sposób zorientowania się, czy takie połączenie funkcji mogłoby przynieść premierowi Tuskowi i Platformie większe poparcie.