: Musimy sobie wyżej zawiesić poprzeczkę, bo nie jesteśmy nowicjuszami. Delegacja, do której należę, ma świadomość większej mocy. Powinno się to przełożyć na
ważną i zaszczytną funkcję dla Jerzego Buzka, która się dzisiaj potwierdzi. Zależy nam na wypełnieniu luki, jaką po tych pierwszych pięciu latach była słaba obecność w administracji
Unii Europejskiej. Poczuwamy się do odpowiedzialności wobec młodszego pokolenia, wspaniale przygotowanego językowo i merytorycznie, by przyspieszyć jego awans na szczeble decyzyjne. Nie chodzi
tylko o funkcje w Parlamencie Europejskim czy mocną tekę w Komisji, ale również o wpływy w administracji. Dotychczas było to naszą piętą achillesową.
To cena debiutu. Było kilka krajów mniejszych, ale sprytniejszych, natomiast Polakom, z małymi wyjątkami, z różnych przyczyn się nie układało. Istotne zadanie kadrowe na dziś to
przygotować sobie grunt pod możliwość zajmowania stanowisk decyzyjnych w przyszłości.
Podział dokonuje się w tym tygodniu. Zaczynamy z najwyższego piętra, a więc od potwierdzenia Jerzego Buzka jako przewodniczącego. Ale mamy dobrą kadrę młodych ludzi i zadaniem starszych jest
torowanie im drogi. Na Buzku i komisarzu się nie kończy.
Buzek na stanowisku przewodniczącego PE jest bezcenny. To jedna z tych postaci, która będzie wyrażała opinie w imieniu całej Europy. Dążymy, choć nie bez trudności, do zdobycia komisji
rozwoju regionalnego dla Danuty Huebner. Po raz pierwszy chcemy też sięgać po funkcje, które na początku działalności w Parlamencie były przez nas mało rozumiane, a więc stanowiska
koordynatorów.
To osoby, które wewnątrz grup politycznych uzgadniają stanowiska w istotnych sprawach, zmierzając do jednolitego głosowania frakcji w komisjach parlamentarnych i na sesjach plenarnych. W małych
grupach taka funkcja nie ma może wielkiego znaczenia, ale jeśli liczy już 265 osób jak frakcja chadecka, do której należymy, to jej znaczenie jest kolosalne – co zauważyłem,
kierując Komisją Budżetową. Funkcje koordynatorów przypadały zazwyczaj ludziom doświadczonym. Dzielili się nimi Niemcy, Francuzi i Brytyjczycy, niekiedy Hiszpanie.
Uzgodnienia są w toku. Może nie osiągniemy wszystkiego, co zamierzamy, ale nie nazywałbym tego „ceną za Buzka”. Choćby dlatego że funkcja ta w opinii wielu, którzy nam jej
dziś zazdroszczą, jest celem numer jeden w parlamencie, poza zasięgiem większości z 27 krajów. Choć rzeczywiście jej zdobycie sprawia, że Polska musi ograniczyć swoje aspiracje,
przynajmniej w pierwszej połowie kadencji.
Pilnym zadaniem jest zmaterializowanie unijnego Economic Recovery Plan, który opiewa na 5 mld euro i powinien finansować m.in. inwestycje istotne dla polskiej energetyki, choćby pilotażowy
projekt gazyfikacji węgla w Bełchatowie. Pieniądze są do wykorzystania w latach 2009 – 10. Dziś musimy się zmobilizować, by zmieścić się w terminach.
Tak, ważnym i stałym zadaniem będzie szukanie równowagi pomiędzy ambicjami UE w zakresie ochrony środowiska, konkretnie w walce z ociepleniem klimatu, a konkurencyjnością europejskiej
gospodarki w przekroju globalnym. Z uwagi na wyśrubowane cele ograniczenia emisji gazów cieplarnianych jest to dobrze rozpoznany problem dla polskiej energetyki zbudowanej na węglu. W dobie
kryzysu rośnie wrażliwość na skutki pakietu klimatyczno-energetycznego dla obrony miejsc pracy w innych krajach. Znalezienie złotego środka jest więc zadaniem wieloletnim. Nie chodzi tutaj
tylko o emisję gazów cieplarnianych, ale o też wrażliwość ekologiczną, łatwiejszą do sfinansowania na Zachodzie, który już od końca II wojny światowej przestawiał się na czyste
technologie, a trudniejszą dla krajów, które wyszły z brudnych technologii RWPG.
Obrona przed pokusą egoizmu i protekcjonizmu, która wzmogła się w czasie kryzysu, to jedno z najtrudniejszych wyzwań. Niedokończona pozostaje budowa w pełni swobodnego rynku, zwłaszcza w
zakresie usług. Na horyzoncie jawi się kolejna batalia, związana z rewizją kompromisowej dyrektywy usługowej – prawdziwy test wierności ideałom wspólnego rynku dla kryzysowej Unii!
Dlatego polskie interesy, jeśli chodzi o Komisję Europejską, koncentrują się właśnie wokół spraw rynku i obrony przed protekcjonizmem.
Tendencje te oceniam jako groźne. Europa, do której wkraczaliśmy w 2004 r., była pełna nadziei. Drugą kadencję rozpoczynamy pod znakiem lęków, jakie wypełniają nasz kontynent i
podpowiadają fałszywe recepty. Histeria wokół „polskiego hydraulika” była zwiastunem odmienionych nastrojów, podobnie jak udramatyzowana kwestia tzw. delokalizacji
przemysłu, czyli ucieczki miejsc pracy na wschód. Kryzys to pogłębił, zwiększając polityczną pokusę protekcji kosztem sąsiada.
Naszą rzeczą jest pracowanie na lepszy scenariusz, a nie spekulowanie co do przyszłych trendów. Siła argumentacji polega na tym, że będąc w zgodzie z interesami polskiej gospodarki, stajemy
zarazem w obronie tych zasad, które UE wypisała na swoich sztandarach. Chodzi o cztery swobody, wpisane od początku w europejskie traktaty: wolny przepływ towarów, usług, kapitału czy ludzi.
Naszą misją na najbliższe pięć lat jest więc dokończenie budowy wolnego rynku europejskiego, wbrew egoizmom i tendencjom, które zrodził kryzys.
Bronisław Geremek to jedna z pomnikowych postaci, która całym swoim życiem pracowała na swój autorytet w UE. Zaletą kandydatury Jerzego Buzka jest to, że był szefem polskiego rządu, gdy
zbliżaliśmy się do Unii. Pojawiał się często w zachodnich mediach, stając się postacią rozpoznawalną. To, wraz z piękną kartą, jaką zapisał w europarlamencie – zyskując
sobie sympatię i szacunek – znakomicie ułatwiło powszechną zgodę na jego kandydaturę. Teraz zapisuje nową kartę, już jako postać formatu europejskiego. Uczestnicząc w jego
sukcesie, nie zapominamy o Bronisławie Geremku. Ani my, ani europosłowie z innych krajów, bo jest to symboliczna postać w dziejach jednoczącej się Europy. Jego imię nosi dziedziniec parlamentu
w Strasburgu. Powszechne poparcie zyskał postulat, jaki przeforsowałem w rezolucji kończącej poprzednią kadencję, by powołać do życia europejską katedrę im. Bronisława Geremka. Teraz
trzeba to ubrać w konkret, a dla mnie konkret to linia budżetowa...