Roman Giertych, polityk wyrzucony werdyktem wyborczym 2007 r. z wielkiej gry, próbuje do niej wrócić. Jeśli nie da się drzwiami – to akurat w przypadku jego środowiska bardzo trudne – to oknem, a nawet kominem. Znakiem starań Giertycha jest jego tekst, właściwie manifest polityczny, opublikowany w dzienniku "Polska".

Reklama

Giertych pisze tam: „Na naszych oczach powstaje brunatno-czerwona koalicja, która jeśli zacznie rządzić, może doprowadzić Polskę do ekonomicznej katastrofy”. To o faktycznych i rzekomych porozumieniach między PiS i SLD. Brunatni to nie LPR, tylko właśnie partia Kaczyńskiego, a czerwoni – wiadomo. Zdaniem Giertycha porozumienie Kaczyński – Napieralski to tylko kwestia czasu. I nie ma tu niczego doraźnego ani przypadkowego. Będzie to wynik wykalkulowanego działania obu stron, którego celem ma być odepchnięcie Platformy Obywatelskiej od władzy. A wtedy – martwi się historyczny lider LPR – dojdzie właśnie do ogólnonarodowej katastrofy.

„Nie ma wątpliwości, że gdy ceną za powrót PiS do władzy będzie sojusz z SLD, to Jarosław Kaczyński tę cenę zapłaci. Ta koalicja może powstać w nieodległej przyszłości, gdyby kryzys w Polsce się nasilał i doprowadził do społecznych rozruchów. (...) Dla panów Kaczyńskiego i Napieralskiego będzie to droga do polityki Janosika, czyli zabierania bogatym, aby oddawać biednym. Socjalistyczny rodowód braci Kaczyńskich stanowi doskonałą płaszczyznę porozumienia ze spadkobiercami PPS i Polskiej Partii Robotniczej, za których uważają się politycy SLD” – przestrzega Giertych. I chce zatrzymać brunatno-czerwone niebezpieczeństwo: „Tolerowanie siły ugrupowań radykalno-socjalistycznych jest absolutnym zagrożeniem dla demokracji i stabilności państwa. W tym kontekście w sposób oczywisty istnieje konieczność zniesienia finansowania partii politycznych i umożliwienia biznesowi wspierania ugrupowań politycznych”.

To nie wszystko, co zaleca rządzącym dawny koalicjant PiS. Według Giertycha władza ma jeszcze jeden gruby kij na Kaczyńskich: „Brak rozliczeń roku 2006 i 2007 w kontekście działań bezprawnych (rządu PiS – red.) jest kardynalnym błędem. Obecne nieudolne próby komisji ds. nacisków wyjaśnienia niektórych zagadnień żenują swoją płytkością i brakiem profesjonalizmu”.

Tezy Giertycha mogą zaskakiwać, bo zdawałoby się, że Liga i jej przywódca powinni chcieć wrócić na swoje dawne miejsce – czyli gdzieś między PiS a prawą ścianę. Ale Giertych – pamiętajmy, że to dziś dobrze sytuowany mecenas – nie chce chyba już być przywódcą wąskiego marginesu. To zresztą niemożliwe, bo stracił zaufanie radykalnie prawicowego elektoratu (który teraz woli „socjalistę” Kaczyńskiego). Ponadto już od długiego czasu Giertych jest zwalczany przez Radio Maryja. Wygląda więc na to, że pragnie być częścią mainstreamu. W swym manifeście nawrócony radykał martwi się o los klasy średniej – biznesu, lekarzy i prawników – według niego zagrożonych eksterminacją w przypadku przejęcia władzy przez brunatno-czerwoną koalicję.

Giertych wyciąga więc rękę do Platformy Obywatelskiej. W wianie wnosi jej prezesa Farfała w TVP. To dużo. Ale wszystko do tej pory odbywało się dyskretnie – jak np. odwiedziny Donalda Tuska i Grzegorza Schetyny w domu Giertycha. Jest jednak inaczej, gdy Giertych nazbyt ostentacyjnie oferuje swoje usługi partii rządzącej. Tego wyborcy, którym przedstawiano Giertycha jako jednego z najstraszniejszych potworów czasu „kaczyzmu”, mogą jednak nie zdzierżyć.