Platforma chce zrobić legislacyjne porządki, by z czystym kontem wejść w przyszły wyborczy rok. Władze partii chcą jak najszybciej, czyli jesienią, przegłosować ustawy, które mogą albo skonfliktować ją z koalicjantem, albo wywołać niesnaski w swoich szeregach. Zamysł szczytny, bo zawsze lepiej mieć porządek niż bajzel we własnych sprawach. Jest jednak pytanie o szanse powodzenia i sens takiego planowania.

Reklama

Plany dotyczą przede wszystkimi trzech kwestii: in vitro i ustaw bioetycznych, nowelizacji ustawy o IPN i zmian w ordynacji wyborczej. Kontrowersje wokół tych spraw mogą rzekomo pogorszyć szanse Donalda Tuska w wyborach prezydenckich. Także – co też ważne – utrudnić utrzymanie władzy w samorządach wielkich miast. Lub jej zdobycie tam, gdzie nadal są bezpartyjni prezydenci.

Waga rzeczy do uporządkowania jest różna i skala trudności niejednakowa. Najprościej będzie z nowelizacją ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Dziś zdaje się, że będzie to szczegół polegający na ograniczeniu władzy prezesa (już nie Janusza Kurtyki, któremu kończy się kadencja) na korzyść kolegium IPN. Nawet jeśli zdarzy się o to spór, to bez śladu w sondażach.

Trudniej może być ze zmianą ordynacji. PO chce, by okręgi jednomandatowe w wyborach samorządowych obowiązywały także w gminach większych niż 20 tys. mieszkańców. Dla PSL – bo zgoda koalicjanta jest tu kluczowa – to wygodne miejsce do rozgrywki. Ludowcom jest wszystko jedno, czy takie okręgi będą tylko w gminach małych, czy też w średnich. Za to w zamian będzie można gdzie indziej uzyskać profity. A w razie koalicyjnego kryzysu sprawa ordynacji – przedstawiona np. jako zamach rządu na samorządność lub zmiana wyborczych reguł tuż przed głosowaniem – może być nośnym hasłem uzasadniającym zerwanie z partią Tuska. Nie tak nośnym jak niezgoda na winiety dla kierowców za czasów koalicji z Leszkiem Millerem, ale dobre i to.

Za to schody zaczną się przy ustawodawstwie bioetycznym. Już teraz w Sejmie są cztery projekty – w tym dwa sprzeczne ze sobą platformerskie. Debata nad nimi swymi emocjami przypomni najgorsze momenty kłótni o dopuszczalność aborcji. Dla PO będzie to mało komfortowy moment. To partia, w której posłami są ludzie o często kompletnie odmiennych poglądach. Zetrze się konserwatywny punkt widzenia Jarosława Gowina, który przygotował jeden projekt ustawy, z liberalnymi poglądami Małgorzaty Kidawy-Błońskiej – autorki konkurencyjnej koncepcji. Do tej pory Platforma lawirowała w tej kwestii, udając, że jest reprezentantką wszystkich Polaków – tych za in vitro i tych przeciw. Przy 50 proc. poparcia społecznego to zrozumiałe. Jesienią jednak przyjdzie czas na bardziej wyraziste deklaracje: np. nie jesteśmy tacy konserwatywni, jak myślicie. Lub odwrotnie: partia podziękuje – co mniej prawdopodobne – wyborcom centrowo-liberalnym.

Kalkulacja oparta na wcześniejszych porządkach ma jeszcze inne słabości. Po pierwsze – opozycja. Wprawdzie słaba i nieprofesjonalna, ale i tak może przysporzyć wiele kłopotu. Np. żądając jasnego określenia się w sprawie in vitro. Prawicowego lub lewicowego, bo akurat w tej kwestii nie ma miejsca dla centrystów.

No i wreszcie samo wewnątrzpartyjne życie. Liderzy PO mogą planować sobie porządki, ale nie są w stanie zapobiec takim wypadkom, jak bitwa o halę KDT czy dozorcostwo ministra Grasia. Żart, że obecne hasło PO brzmi: „Nam wszystko wolno”, nie jest wcale absurdalny. Sondaże uderzają do głów i to widać już całkiem wyraźnie. Widać to z zewnątrz, bo z wyżyn platformerskich władz raczej nie.