Mała knajpka na warszawskiej Ochocie. Późny sobotni jesienny wieczór. Przy kilkunastu stolikach nie dla wszystkich starcza miejsca. Część gości tłoczy się przy barze. Kelnerki ledwo nadążają z podawaniem piwa i mocniejszych trunków. Nagle w rogu sali dwóch facetów podrywa się i zaczynają do siebie coś krzyczeć. Jeden uderza butelką o kant stolika. W ręku zostaje mu szyjka ostra jak nóż, w przestępczym slangu nazywana tulipanem.

Od sąsiedniego stolika podchodzi do niego mężczyzna, wykrzykuje mu coś do ucha i pokazuje palcem ładną blondynkę siedzącą przy stoliku służbowym obok barku. Awanturnik odkłada "tulipana" na stół i z daleka kłania się grzecznie dziewczynie. Cóż takiego przekazał mu knajpiany sąsiad, że niedawny zbir przemienił się w klienta pełnego galanterii? Otóż uprzedził go, że bar ma protektorat "Pruszkowa".

Prowadzi go dziewczyna młodego gangstera Adama D., syna "Wańki", jednego z liderów pruszkowskiej mafii. Wyjazdy do najdroższych kurortów, zabawy w najbardziej luksusowych restauracjach, bogate stroje, drogie samochody - oto świat młodych dziewcząt wiążących się z gangsterami. Dla większości z nich jest on nowy i ekscytujący, pozwala im mieć złudzenie, że są księżniczkami z bajki. Na początku daje im też poczucie siły i bezpieczeństwa. Stąd dla wielu z nich tak pociągający są "chłopcy z miasta". Dopiero po jakimś czasie wychodzą na jaw ciemne strony związku z gangsterem. W miejsce wymarzonego raju pojawia się codzienne piekło, z którego na ogół nie ma już wyjścia.

Zmienna Monika
Ach, co to był za ślub! A właściwie, co to były za śluby jednego z największych polskich gangsterów Andrzeja Zielińskiego, pseud. Słowik, z Moniką B. Pierwszy cywilny w Las Vegas w 1995 r. Drugi kościelny, pięć lat później, w Jerozolimie. W Las Vegas było skromne - jak na miasto hazardu - przyjęcie w podrzędnej knajpce, w którym brali udział tylko świadkowie i kilku znajomych z półświatka. Panna młoda, atrakcyjna brunetka ubrana na ciemno, gdyby jej dodać 15 cm wzrostu, mogłaby spokojnie znaleźć się na każdym wybiegu dla modelek. W Jerozolimie była już w białej jak śnieg koronkowej sukience, ciągle jeszcze błyszcząca urodą i świeżością. Z wiankiem na głowie.

Ślubu udzielało dwóch duchownych. Za pieniądze można wiele załatwić. Uroczystości powtórnych zaślubin towarzyszyła miniaturowa wprawdzie, ale pompa. Doświadczenie potwierdza, że z im większą pompą coś się zaczyna, tym marniejszy jest tego koniec. Taki los spotkał i tę parę. Poznali się w połowie lat 90. "Słowik" w środowisku gangsterów był na szczycie. Ona od kilku lat pracowała jako sekretarka Wojciecha P., uznawanego za kasjera "Pruszkowa", mózg gangu od spraw finansowych i organizacyjnych, oficjalnie przedsiębiorcy budowlanego na warszawskiej Saskiej Kępie. Starzy i młodzi gangsterzy, którzy odwiedzali biuro Wojciecha P., zaglądali głęboko nie tylko w oczy 30-letniej Moniki. Ona, już doświadczona kobieta, nie wzbraniała się.

Latem 1994 r. kilkuosobowa "ekipa Pruszkowa" pojechała na Mazury do ośrodka rządowego Kormoran w Mierkach. "Słowik" namówił do wyjazdu Monikę B. Swoim kompanom powiedział: "Muszę k... ogładzić" No i "ogładzał" ją dwa tygodnie. Wielkiej zrodzonej wtedy miłości nic nie mogło zmącić. Nawet to, że gdy "Słowik" wyjeżdżał po wędzone węgorze, naga Monika przyjmowała w swoim pokoju jego przyjaciół.

Zawsze starała się być elegancka, ale dopiero związek z Andrzejem Zielińskim umożliwił jej korzystanie z najdroższych strojów i kosmetyków. Przez blisko 10 lat małżeństwa używała francuskiej wody Angel firmy Thierry Mugler. Na wszelkie uroczyste wyjścia zakładała kostiumy i sukienki wyłącznie firmy Gai Mattiolo. Pijąc calvadosa, lubiła trzymać w ustach drogie kubańskie cygaretki. Jej mocną stroną zawsze były nogi. Toteż, mając już ponad 40 lat, wciąż nosi, jak w czasach młodości, minispódniczki.

Zetknęliśmy się na kilka miesięcy przed złapaniem ukrywającego się w Hiszpanii "Słowika". Opowiadała mi bajeczkę, w jak cudowny sposób znalazła za szybą swojego mercedesa dyskietkę z tekstem książki jej męża. Było to tuż po wydaniu jego kłamliwych wspomnień - "Skarżyłem się grobowi". Za chwilę mieliśmy z Moniką Zielińską wystąpić na żywo w programie telewizyjnym poświęconym nieuchwytnemu wtedy jeszcze "Słowikowi".

Używając taniej kokieterii, próbowała delikatnie wymusić na mnie życzliwość w komentowaniu historii jej męża. Wtórował jej adwokat "Słowika". Była zawiedziona, że jej zalotny szczebiot nie zrobił na mnie wrażenia. Dziś mogę przyznać, że o mej stanowczej odmowie zdecydowała ma małostkowość. Rozsierdziło mnie jej bogactwo, którym była obwieszona: złote łańcuszki, pierścionek z brylantem i złoty sygnet. Kłuł też w oczy jej srebrny mercedes CLK coupe wart około 120 tys. złotych. Kiedy przed kilkoma dniami rozmawiałem z policjantami rozpracowującymi "Pruszków", powiedzieli mi, że w tamtym czasie Monika Zielińska jeździła też służbowym luksusowym autem agencji nieruchomości na Mokotowie, w której była do niedawna zatrudniona.

Że nie mając żadnych kwalifikacji, brała tam niezłą pensję tylko dlatego, że nazywała się Zielińska "Słowikowa". I bywała rzadko w pracy. Bo prowadziła sprawy męża. Gangsterskie. Obracała nieruchomościami w okolicach Warszawy. Oczywiście za pieniądze z przestępczej działalności "Słowika". Zrobiło się o niej głośno kilka miesięcy temu, kiedy media informowały o jej zatrzymaniu przez CBA. Monika Zielińska pośredniczyła w skorumpowaniu wysokiego rangą wojskowego lekarza, aby wystawił fałszywe zaświadczenie lekarskie umożliwiające "Słowikowi" wyjście z więzienia.

Dzisiejszym aresztem zapłaciła za stary grzech, którego teraz by nie popełniła. Przynajmniej dla "Słowika". Od ponad trzech lat żyje bowiem na stałe z młodszym o kilkanaście lat Vadimem S., rosyjskim gangsterem związanym z gangiem żoliborsko-mokotowskim. Sama potwierdza, że jej "nowy mężczyzna ma duże pieniądze", ale zaprzecza, by był związany ze światem przestępczym. "To biznesmen" - wyjaśnia.

Łatwe dziewczyny
Trudno znaleźć w świecie gangsterów przyzwoite dziewczęta. Większość preferuje swobodne obyczaje. Część z nich wcześniej pracowała w agencjach towarzyskich, lokalach go-go, gabinetach masaży, solariach. Sporo to byłe kelnerki, ale zdarzają się i pomoce kuchenne. Niewysychającym źródłem napływu dziewczyn są nocne dyskoteki, których stałe bywalczynie już przy pierwszym poznaniu przystają na składane im propozycje seksualne. Siłą rzeczy większość amatorek życia z gangsterami to dziewczyny atrakcyjne, z których niejedna miałaby szansę w konkursach piękności. Przynajmniej na szczeblu lokalnym.

Zwyciężczynią takiego właśnie konkursu (Miss Mazowsza) była długonoga Małgorzata, żona nieżyjącego dziś gangstera pruszkowskiego Wojciecha Kiełbińskiego, pseud. Kiełbasa (zastrzelony w lutym 1996 r.). Kiełbiński poznał ją na dyskotece w warszawskim Parku. To on i kasjer "Pruszkowa" Wojciech P. wylansowali ją w wyborach na Miss Polonia. Ci, którzy znali żonę "Kiełbasy", mówią, że: "Poszła na Kiełbińskiego, bo obwieszony był złotymi łańcuchami, jeździł dużą bryką i miał wypchany portfel". Jego z kolei, jak większości jego kompanów, nie interesowało u Małgorzaty nic ponad urodę i gorący temperament.

Syrena z Wybrzeża
Te warunki spełniała też konkubina słynnego bossa mafii pruszkowskiej Andrzeja Kolikowskiego, pseud. Pershing. Wysoka, szczupła blondynka o figurze jak z żurnala. Pewnie kilkanaście lat temu mogłaby z sukcesem startować w castingach do roli w komedii romantycznej. Do dziś zachowała młodzieńczą sylwetkę, ale trzeba ogromnej wyobraźni i dużej dozy życzliwości, aby doszukać się u niej śladów dawnej urody. Na jej twarzy odcisnęły swoje piętno wszystkie nieszczęścia, jakie towarzyszyły jej przez lat życia z "Pershingiem". Ten proces szybkiego zniszczenia urody jest zresztą typowy dla wielu kobiet mafii.

Poznali się, gdy pracowała w nocnym klubie na Wybrzeżu. Już po kilku tygodniach sprowadził ją do swojej olbrzymiej willi w Ożarowie pod Warszawą. Był w tym czasie po rozwodzie ze swoją pierwszą żoną, z którą miał córkę. Syrena z Wybrzeża, jak nazwał swoją nową kobietę, a tak naprawdę Beata S., została olśniona przepychem miejsca, w którym przyszło jej żyć. Willa w Ożarowie po małej klitce na Wybrzeżu wydawała jej się pałacem. Pierwsze lata były idyllą.

Nigdy nie marzyła, że może szusować na nartach w szwajcarskich lub austriackich Alpach czy opalać się na hiszpańskiej Majorce. Na własnej posesji obok willi grać w tenisa, a wieczorami w upalne lato kąpać się w przydomowym basenie ze swym nowym towarzyszem życia i sławnym polskim bokserem Andrzejem Gołotą (to właśnie w willi "Pershinga" Gołota ukrywał się przed ścigającą go policją. Z domu "Pershinga" na fałszywym paszporcie ruszył na podbój pięściarskiej Ameryki).

W końcu jednak do Beaty S. dotarło w końcu, jak jej partner zdobywa pieniądze. Że nie pochodzą one - jak mówił - z handlu butami z Austriakami, lecz z rabunków, haraczy i machlojek na wyścigach konnych na warszawskim Służewcu. Że potrafi być wulgarny, a po pijanemu bić, gdzie popadnie. Równie boleśnie zaczęła odczuwać ograniczenia finansowe. Skończyły się czasy, kiedy mogła sięgnąć do sejfu i wyjąć plik dolarów, aby zaspokoić każdy kaprys.

"Pershing" zaczął wydzielać jej pieniądze. Czasami nie starczało na zakupy podstawowych produktów. Z każdym rokiem oddalała się też szansa wyjścia za mąż za "Pershinga" i nabycia praw do dziedziczenia połowy domu. Bo że inne nieruchomości kupował na inne bliskie mu osoby, była pewna. Ale najgorzej przeżywała niepewność. W każdej chwili jej konkubentowi groziło aresztowanie albo zamach ze strony konkurencji mafijnej. Tak się w końcu stało. "Pershing" został zastrzelony w grudniu 1999r. w Zakopanem.

Spędzał tam czas z jedną ze swoich "sympatii", studentką ze Szczecina. Beata S. twierdzi, że nie ma już nic wspólnego z dawnymi ludźmi, że poszła do pracy, która umożliwia jej skromne utrzymanie. Faktem jest, że córka "Pershinga", dorosła już dziś kobieta związana z gangsterem pruszkowskim prawie w wieku jej ojca, bezwzględnie wyeksmitowała Beatę S. z willi ojca. Lecz nie wprowadziła się do jego domu. Opustoszały dom niszczeje z każdym rokiem.

Gniazdo żądz
Dla gangsterów nie ma żadnego znaczenia, że ich dziewczyny nie potrafią gotować, utrzymać porządku, że nie mają głowy do interesów. I tak nie mają czasu jeść w domu. Korzystają z restauracji, moteli, kasyn i burdeli. Ich żony i konkubiny mają pieniądze, które pozwalają im w razie potrzeby zamówić jedzenie na telefon. Wszystkie święta i uroczystości, śluby, chrzciny, stypy, urodziny, imieniny gangsterzy urządzają często we własnych restauracjach, które tylko formalnie należą do podstawionych osób.

Jedynie w święta Bożego Narodzenia i Wielkanocy poświęcają kilka godzin rodzinom. Jednak główne uroczystości spędzają we własnym gronie. Towarzystwo rozsiada się przy jednym ogromnym stole, każdy z własną kobietą, nierzadko z dziećmi. Siedzą obok siebie parami i rodzinami, ale tylko do pierwszego toastu i pierwszego posiłku. Najpierw wstają od stołu mężczyźni. Zaczynają tworzyć grupki według hierarchii. Każda osobno: bossowie, dowódcy oddziałów, żołnierze. Po jakimś czasie w grupki zbijają się też kobiety.

Częściowo według stopnia zażyłości, ale z grubsza stanowią zwierciadlane odbicie grupek mężczyzn. Nawet jeśli jedna nie przepada za drugą, to gdy ich mężczyźni są np. bossami, muszą ze sobą śmiać się i żartować. "Gdyby tego nie robiły, mogłyby powstać kwasy między nami" - mówi mi jeden z gangsterów. Dopiero gdy przyjęcie zamienia się w huczną zabawę z tańcami i śpiewami, a alkohol leje się strumieniami, towarzystwo miesza się według sympatii i wzajemnego pociągu. Ujawniają się też wtedy nieokiełznane temperamenty seksualne uczestników zabawy.

"W sprzyjających warunkach, np. latem w ogrodzie albo w motelu, nasze dziewczyny jednego wieczoru potrafiły przyjąć trzech, czterech partnerów. Nigdy z tego powodu nie było żadnych ansów, bo każdy z nas korzystał z takiej swobody. Bywało, że po takim przyjęciu dziewczyny czy żony po tygodniu przeprowadzały się na stałe do innego partnera. Ale nikt z tego powodu do siebie nie strzelał" - dodał mój rozmówca.

"Ich życie przypomina trochę sytuację dawnej SB, kiedy rodziny funkcjonariuszy żyły w pełnej izolacji od reszty społeczeństwa. Zarówno życie codzienne, jak i odświętne ze względu tajemnice, jakich wymagała ich profesja, toczyć się musiały wyłącznie we własnym gronie" - mówi jeden z byłych szefów CBŚ.

"Git falbana"
Wśród kobiet mafii do wyjątków należą kury domowe, które zajmują się jedynie wychowywaniem dzieci i prowadzeniem domu. Ale nawet te lubią pieniądze i doskonale wiedzą, skąd one pochodzą. Mimo że pieniądze przychodzą łatwo, często są tłem konfliktów. Bo choć sami gangsterzy wydają je lekką ręką, nie lubią, jak ich kobiety szastają nimi bez opamiętania. A przecież większość z nich po to właśnie wiązała się z gangsterami, żeby mieć, co dusza zapragnie.

Jednak trudno spotkać wśród kobiet mafii taką, która potrafiłaby wydać pieniądze z korzyścią dla siebie. Mimo że noszą drogie ciuchy, wyglądają tandetnie. Ubierają się krzykliwie, po nowobogacku, króluje bezguście. Ale choćby wisiało na nich 100 tys. złotych, nie są w stanie ukryć swojego pochodzenia, niskiego poziomu wykształcenia i kultury. To ogranicza ich możliwości radzenia sobie w sytuacjach, kiedy partner trafia do więzienia albo ginie. Nie potrafią wyjść poza gangsterski świat. Jeśli mają szczęście, wiążą się z nimi inni gangsterzy. Częściej bywa jednak, że partnerki gangsterów są wprowadzone w mafijne szczegóły po to, aby kiedy go zabraknie, mogły nadzorować i kierować interesami.

Najbardziej znaną kobietą polskiej mafii, która skutecznie kierowała gangsterskim "przedsiębiorstwem", jest żona Jerzego Wieczorka, pseud. Żaba, Lucyna Wieczorek. Jako młoda dziewczyna siedziała kilka lat za napad na warszawskiej Pradze. W więzieniu zyskała pseudonim dziś nie do końca czytelny - "Git Falbana" - ale który całe środowisko ujął swą egzotyką. W ostatnich latach oficjalnie prowadziła dwa punkty: pralnię chemiczną na Woli i stragan na bazarze w Rembertowie. Ale już w pierwszej połowie lat 90., kiedy tylko "Pruszków" wszedł w narkotykowy biznes, "Git Falbana" brała w nim aktywny udział, łącznie z ważeniem i dzieleniem kokainy.

W akcie oskarżenia, który kilka tygodni temu wpłynął do sądu, głównym oskarżonym o kierowanie potężnym gangiem narkotykowym jest "Żaba". Ale znający ich dobrze policjanci twierdzą, że to jego żona Lucyna była prawdziwym mózgiem. Wprawiła się w swoją profesję parę lat temu, kiedy "Żaba" odsiadywał kilkuletni wyrok.

Media mają skłonność do idealizowania swoich bohaterek - żon, kochanek i konkubin gangsterów. Zapominają, że życie tych wszystkich kobiet w gruncie rzeczy jest koszmarem. Dlatego tak szybko na ich twarzach pojawiają się ślady zniszczenia. Codzienne, nawet bierne uczestnictwo w najróżniejszego rodzaju przestępstwach sprawia, że obojętnieją na zadawanie bólu i krzywdę innych ludzi. Rozwiązłość oraz alkohol pogłębiają spustoszenie psychiczne. Na to nakłada się nieustanny strach o każdy następny dzień. Po kilku latach takiego życia niedawne lalki Barbie zamieniają się w maszkary.