Dziennik Gazeta Prawana logo

"Lech Kaczyński nie jest silnym prezydentem"

12 października 2007, 13:26
Ten tekst przeczytasz w 68 minut
Sytuacja, w której prezydentowi Kaczyńskiemu przyszło sprawować swój urząd, okazała się trudniejsza, niż można było przypuszczać zaraz po jego wyborze. Dlatego pewne niedociągnięcia pierwszych miesięcy prezydentury były – być może – nie do uniknięcia.

Fakt, że nie powstała planowana koalicja PO PiS, sprawił, że prezydent został postawiony wobec konieczności współrządzenia z partią, którą współtworzył, i z której programem się utożsamiał. Z pewnością łatwiej mógłby nadać swej prezydenturze wyrazisty profil, gdyby premierem koalicyjnego rządu został np. ktoś z PO.

Na pewno mocną stroną tej prezydentury i potwierdzeniem wcześniejszych zapowiedzi jest to, co określa się mianem polityki historycznej czy szerszej polityki symbolicznej. Jest przecież wielkim skandalem, że Polska niepodległa dopiero po siedemnastu latach przyznaje odznaczenia takim historycznym postaciom, jak gen. Emil Fieldorf Nil, czy rotmistrz Witold Pilecki. Trzeba było prezydenta Kaczyńskiego, by to nieprzypadkowe zaniedbanie naprawić. Podobnie dziś dopiero została oddana sprawiedliwość takim wielkim postaciom „Solidarności jak Anna Walentynowicz czy Andrzej Gwiazda. Uhonorowanie dwóch bohaterów zamordowanych przez komunistów oraz dwojga działaczy spychanych w ostatnich latach na margines życia społecznego, docenienie roli tych ludzi w najnowszej historii Polski, to dobitne podkreślenie wagi tradycji niepodległościowej, ale zarazem odcięcie się od ambiwalencji i niedomówień III RP. Nie sposób przecież nie stawiać pytania: dlaczego w tej rzekomo tak otwartej III Rzeczpospolitej, „kraju bez barier, wykluczono i zdemonizowano tak wiele osób zasłużonych dla sprawy naszej wolności. W tej mierze prezydent Lech Kaczyński skutecznie przywraca właściwe proporcje. Podkreślając znaczenie patriotycznych tradycji, przypominając je, umacniając, definiuje tym samym świadomość narodową a to jest jedno z głównych zadań głowy państwa. Ostatnie obchody rocznicy powstania „Solidarność, odznaczenie jej działaczy, którzy dokonali potem bardzo różnych wyborów politycznych, potwierdzają w pełni tę opinię. Tu rola prezydenta jest tym ważniejsza, że przechodzimy bolesny, lecz konieczny proces przewartościowań.

Niespieszny reformator

Zgodnie z zapowiedziami Lech Kaczyński wykazuje się większą aktywnością legislacyjną niż jego poprzednik, choćby w kwestii likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych. Ale brakuje mu spektakularnych skucesów, a prace zdają się toczyć wolnym rytmem. Oczywiście trudno mu w tym względzie konkurować z parlamentem. Wyraźnie szwankuje prezentacja tych dokonań opinii publicznej.

Komunikowanie się ze społeczeństwem to chyba jeden z największych problemów tej prezydentury, zwłaszcza że obywatele mają w pamięci gładkiego i elokwentnego prezydenta Kwaśniewskiego. W polskiej demokracji media odgrywają ogromną rolę, tymczasem można odnieść wrażenie, że rozmowa z mediami i poprzez media nie jest ulubioną formą dialogu prezydenta ze społeczeństwem. Prezydent nie znalazł jeszcze właściwej dla siebie formy komunikowania się z ludźmi.

Nazbyt dużą wagę przywiązuje do tego, żeby wygłaszać przemówienia bez posługiwania się gotowym tekstem. Sądzę, że w pewnych szczególnie ważnych przypadkach powinien odstąpić od tego zwyczaju. W dzisiejszej polityce często trzeba ważyć każde słowo, istotne są także poszczególne sformułowania. Prezydent mógłby mieć, gdyby zechciał, do dyspozycji doskonałe pióra powinien z nich skorzystać. Poza tym teksty ważnych przemówień przechodzą przecież do historii i powinny być utrwalone na piśmie.

W ogóle spodziewałem się, że wokół prezydenta powstanie silny ośrodek myśli politycznej, z którego będą wypływać strategiczne wskazania. Miałem nadzieję, że prezydentura Lecha Kaczyńskiego będzie promieniowała blaskiem intelektualnym i pod tym względem trochę czuję się zawiedziony. Zgadzam się z Rafałem Matyją, że wielkim przełomem lat 2003 2005 była zmiana języka debaty publicznej („Dziennik, 1.08.2006). Ona też przyczyniła się do zwycięstwa PiS i Lecha Kaczyńskiego. Nowy sposób myślenia o Polsce nie został jednak rozwinięty i udoskonalony po wygranych wyborach. Nowej władzy nie udało się jasno zakomunikować społeczeństwu, jakie są jej cele i czemu mają służyć zmiany. Nie widzę też strategicznej myśli ani określenia zasadniczych celów państwa. Projekt IV Rzeczpospolitej rozpływa się w ogólnikach, brakuje jego konceptualnej konkretyzacji politologicznej, prawnej, ekonomicznej. W otoczeniu głowy państwa znaleźli się zaufani od lat współpracownicy, brakuje jednak wśród nich postaci wyrazistych, nadających ton debacie.

Il Magnifico?

Wydaje mi się, że Lech Kaczyński zaniedbuje nieco prezydencką rolę otwierania się na różne środowiska i różne racje. Rolą prezydenta jest przecież budowanie konsensu ponad politycznymi podziałami. Szczególnie istotne mogłoby być zasypywanie podziałów między środowiskiem PiS a inteligencją, działania w tym kierunku wciąż jednak są zbyt mało zdecydowane. Oczywiście w czasach tak zasadniczej przebudowy państwa i nazbyt ostrego konfliktu politycznego nie jest to łatwe zadanie, ale pierwszy po odzyskaniu niepodległości prezydent-inteligent, a w dodatku profesor prawa, ma ogromne w tym względzie możliwości. Nie znaczy to jednak, że nie są podejmowane istotne inicjatywy. Mniej więcej raz w miesiącu odbywają się spotkania prezydenta z intelektualistami w Lucieniu, które bardzo sobie cenię. Dyskutowane są kwestie ogólne, dalekie od bieżącej polityki. Odnoszę wrażenie, że tam prezydent pokazuje się z najlepszej strony. W przeciwieństwie do swoich poprzedników może i potrafi podjąć merytoryczną dyskusję z intelektualistami i ludźmi nauki. W spotkaniach tych biorą udział ludzie różnych politycznych opcji. Sądzę, że dla wielu osób krytycznych wobec prezydenta i PiS widok Lecha Kaczyńskiego pogrążonego w przyjacielskiej rozmowie z Wojciechem Sadurskim, czy Aleksandrem Smolarem, z którymi łączą go wspólne wspomnienia sięgające jeszcze czasów studenckich, były wielkimi zaskoczeniem. Niektórzy z naiwnych czasami świadomie naiwnych korespondentów zgranicznych zapewne nie uwierzyliby własnym oczom i uszom. Trudno zresztą byłoby się im dziwić, skoro niektórzy uczestniczący w tych spotkaniach intelektualiści, którzy mimo odmiennych sympatii politycznych potrafią w kuluarach odnosić się ze zrozumieniem do stanowiska prezydenta, w wystąpieniach publicznych, także niestety w prasie zagranicznej, prawie nigdy takiego zrozumienia nie wykazują, wspierając agresywną, niesprawiedliwą krytykę tej prezydentury i w ogóle Polski po rządami PiS. Należy też żałować, że spotkania te pozostają wydarzeniami doraźnymi, z których niewiele przedostaje się do opinii publicznej i które nie owocują ideami „promieniującymi na zewnątrz.

Prezydent poza partią

Prezydentowi stawia się zarzut, że nazbyt sprzyja inicjatywom i celom bliskiego sobie PiS, że jego prezydentura jest „polityczna. Rzeczywiście występowałby przeciwko swej ważnej roli, gdyby po prostu reprezentował wąsko pojęty interes partyjny takiej czy innej partii. Do powinności prezydenta należy przypominanie o pewnych pryncypiach, również wówczas, gdy podstawowe zasady naruszane są w obozie rządzącym. Oczekuje się, że będzie dbał o dobro ogólne, o to, co leży w interesie Polski i Polaków, niezależnie od ich politycznych orientacji.

Ale polityka polega przecież także na różnych sposobach artykułowania dobra wspólnego. Nie chodzi o to, żeby być „prezydentem wszystkich Polaków w sensie całkowicie apolitycznego sprawowania urzędu, ograniczenia się jedynie do funkcji reprezentowania państwa. Nie tak polska konstytucja definiuje urząd prezydenta. Prezydentura Aleksandra Kwaśniewskiego na pewno nie była mniej polityczna. Nie ma więc nic złego w fakcie, że prezydent czuje się związany z programem PiS. Wzmocnienie państwa, pielęgnacja tradycji wolnościowych, zwalczanie korupcji, zaostrzenie polityki karnej, solidarność społeczna to nie tylko program partyjny PiS, nie tylko hasła jednej partii, są to cele służące Polakom w ogólności, niezależnie od tego, kto by je realizował.

Prezydent nie jest jednak od taktyki, tylko do strategii. Powinien na poziomie nieco bardziej abstrakcyjnym opisywać i podtrzymywać tę wizję Polski, jaką chciał zrealizować, ubiegając się o urząd, zachowując dystans wobec bieżących utarczek politycznych. Jeżeli zawierane są koalicje, nieraz bardzo trudne do zaakceptowania, nie oznacza to, że należy zaprzestać rozmowy o wizji państwa, której mają takie koalicje służyć. Lech Kaczyński zbyt łatwo oddaje pole, gdy idzie o opisywanie standardów, do których IV RP ma aspirować. W rozmowach na gruncie mniej oficjalnym Lech Kaczyński znakomicie tłumaczy, czemu ma służyć np. reforma Służby Cywilnej. W przekazie oficjalnym jednak brakuje wskazywania ogólnych celów. To ułatwia opozycji szermowanie hasłem „partyjniactwa. Niewątpliwie prezydent powinien wsłuchiwać się uważnie w głos opozyji, zwłaszcza wtedy, gdy zachodzi podejrzenie, że mogły zostać naruszone istotne reguły życia politycznego.

O sile spokoju

Również w sferze polityki zagranicznej Lech Kaczyński od razu napotkał na trudności. Jego wybór spotkał się z niechętnymi reakcjami na Zachodzie, szczególnie w Niemczech. Nie wszystkim spodobały się zapowiedzi prowadzenia polityki zagranicznej, która będzie bardziej akcentować polską rację stanu. Zapamiętano mu sporządzenie bilansu wojennych strat Warszawy oraz zapowiedź sprzeciwu wobec projektu gazociągu bałtyckiego.
Poczynania prezydenta świadczą o tym, że stara się realizować to, co obiecywał, ale trudno być zadowolonym z rezultatów. O ile w pełni podzielam prezydenckie zamierzenia i wizję prowadzenia polityki zagranicznej, o tyle można mieć zastrzeżenia co do sposobu jej realizacji. Nie zyskaliśmy sojuszników i w wielu sprawach zostaliśmy zepchnięci do defensywy.

Trzeba jednak pamiętać, że dużo łatwiej można poruszać się na scenie polityki europejskiej czy światowej, gdy uprawia się politykę bardzo koncyliacyjną, niż gdy dobitnie formułuje się polskie postulaty i oczekiwania, jak to ma miejsce obecnie. Wielkie sukcesy polskiej polityki zagranicznej minionych lat osiągnięto również dlatego, że leżały w żywotnym interesie naszych europejskich partnerów. Ale od tego czasu sytuacja radykalnie się zmieniła. Kiedyś popierano nasze wejście do NATO i EU, teraz sami musimy sobie wywalczyć odpowiednie miejsce w Europie, w której coraz wyraźniej zaznaczają się różnice interesów narodowych. Niełatwe warunki wymagają niezwykle zręcznej, zdecydowanej, ale i intelektualnie bardziej wyrafinowanej polityki zagranicznej. Pozytywne rozstrzyganie napięć w polityce zagranicznej wymaga więcej rozwagi, a mniej emocji, a zwłaszcza mniej emocjonalnych, kontrowersyjnych wypowiedzi, z których natychmiast korzystają przeciwnicy. Bardzo dobrym początkiem takiej polityki była wizyta premiera Jarosława Kaczyńskiego w Brukseli.

Niewątpliwie szczególnie trudne są nasze stosunki z Niemcami. Nie sądzę, aby przyczyny ich dość dramatycznego pogorszenia leżały po polskiej stronie. Ale niestety pozwoliliśmy na to, że opinia publiczna w Europie i USA jest przekonana, że to Polska nastawiona jest nieprzychylnie do Niemców, że to ona podejmuje działania szkodzące wzajemnym relacjom, że odrzuca przyjaźnie wyciągniętą rękę.

Aby skutecznie uprawiać politykę, musimy obalić szkodliwe mity rozpowszechniane o Polsce, trwając przy własnych zasadach, musimy zmienić retorykę, by nie uchodzić za stronę agresywną. Nie możemy także dać się izolować na scenie europejskiej. Musimy zabiegać o poparcie innych krajów, przekonywać europejską opinię publiczną do naszych racji. Takich inicjatyw jednak jak dotąd nie widać. Głośno było za to o nieszczęsnej „wojnie kartoflanej, w której z góry skazani byliśmy na porażkę. Zachodnia, a szczególnie niemiecka prasa bardzo ostro sobie poczynała krytykując polskie władze na każdym polu, a z naszej strony nie płynęła szybka, jasna, rozważna odpowiedź na tę falę krytyki. Brakowało na przykład konferencji prasowych dla zagranicznych dziennikarzy. Poza zbyt nerwowymi reakcjami na obrzydliwy tekst w „Tageszeitung nie doszło do przemyślanych, strategicznych działań przedstawiających polskie racje na szerszym forum, a przecież na tym także polega rola prezydenta.

Lipcowy kryzys wyraźnie pokazał osamotnienie ośrodka prezydenckiego zarówno poza granicami, jak i wewnątrz kraju. Zamieszanie wokół nieobecności prezydenta na Szczycie Weimarskim zakończyło się listem byłych szefów MSZ, którzy skrytykowali Lecha Kaczyńskiego, i jego ostrą, ale uzasadnioną, reakcją na ten list. Oświadczenie ministrów, niewysłane do prezydenta, lecz upublicznione na Zachodzie, uważam za skandal. Trudno już będzie uwierzyć w mit mężów stanu, którzy tylko dobro Polski mają na względzie. Jeszcze bardziej skandaliczne było wystąpienie ambasadora Byrta, gdyż wypowiadał się w czasie, gdy ciągle jeszcze sprawował swoją funkcję.
Jest jednak z pewnością poważnym niedociągnięciem otoczenia prezydenta Kaczyńskiego, że nie znalazł się sposób na zapobieżenie tego rodzaju zachowaniom, że nie udało się zawczasu wyjaśnić sytuacji i porozmawiać z osobami, które przez lata budowały polską politykę zagraniczną przynajmniej niektórymi z nich. Tu po raz kolejny dał się zauważyć brak kontaktu prezydenta z rozmaitymi, często bardzo wpływowymi, środowiskami. Zapewne nie wszystkich można a nawet nie wszystkich trzeba pozyskać dla nowej polityki zagranicznej, ale można było podjąć bardziej energiczne działania w celu poszerzenia porozumienia.

Słabość polskiej polityki zagranicznej wynika z faktu, że polska opinia publiczna jest podzielona i że znaczna część polskich elit w irracjonalny sposób kontestuje polskie władze. Nie udało się zbudować konsensu wokół polskiej polityki zagranicznej: o ile jednogłośnie potępialiśmy przed paru laty np. pomysły budowy Centrum Przeciwko Wypędzeniom, o tyle w sprawie niedawnej wystawy berlińskiej zdania już były bardzo podzielone. Günter Grass, który okazał się wyjątkowym hipokrytą, znalazł wśród polskich intelektualistów przede wszystkim obrońców, choć wszystko wskazuje na to, że poczynione przez niego wyznanie ciągle jeszcze mija się z faktami. Także artykuł w TAZ, w którym nie chodziło bynajmniej tylko o wyszydzanie braci Kaczyńskich szydzono i naśmiewano się z Polski, ze zniszczenia Warszawy oraz z faktu, że znalazła się w sowieckiej sferze wpływu po 1945 r., porównywano polskiego prezydenta do autorytarnych polityków zagrażających bezpieczeństwu światowemu potraktowano zbyt ulgowo. Taki artykuł, nieprzypadkowo opublikowany w przeddzień wizyty prezydenta w Niemczech, powinien spotkać się z ostrą reakcją polskiej opinii publicznej, która bez wątpienia wybuchłaby oburzeniem, gdyby podobny tekst na temat Angeli Merkel i Republiki Federalnej ukazał się w jakieś polskiej gazecie. Gdyby tak się stało, ośrodek prezydencki miałby łatwiejszą sytuację i nie wdałby się w dyskusje, które nie powinny toczyć się na poziomie państwowym.

Parę niewątpliwych dokonań Lecha Kaczyńskiego to wciąż za mało, by mówić o silnej prezydenturze. Zarazem reakcje na podejmowane przez niego działania pokazują, jak słuszna jest diagnoza, dzięki której wygrał on wybory państwo polskie jest niezwykle słabe. Słabe są jego instytucje i duch obywatelski osłabiony ideologią „otwartego na rozcież społeczeństwa. Słabość ta wynika także z tego, że znaczna część polskich elit zdaje się sądzić, że wzmocnienie państwa zarówno wewnętrznie, jak i na arenie międzynarodowe, jest niepotrzebne, iluzoryczne, anachroniczne, że może zagrozić ich własnym żywotnym interesom, definiowanym coraz bardziej transnarodowo. Jeśli Lechowi Kaczyńskiemu, któremu nawet najbardziej zacięci przeciwnicy nie mogą odmówić integralności charakteru i patriotyzmu, uda się choćby część zapowiedzi przekuć w czyny, możemy być spokojni o historyczną ocenę tej prezydentury.

Zdzisław Krasnodębski

-------------------------------------------------------

Zdzisław Krasnodębski filozof i socjolog, profesor Uniwersytetu w Bremie i Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, współpracownik „Dziennika. Jego najważniejsze książki to „Rozumienie ludzkiego zachowania, „Upadek idei postępu, „Postmodernistyczne rozterki kultury, „Demokracja peryferii. Ostatnio opublikował zbiór esejów „Drzemka rozsądnych







Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj