Dziennik Gazeta Prawana logo

"Konserwatyści zamieniają się w Zielonych"

12 października 2007, 13:27
Ten tekst przeczytasz w 8 minut
Idea, że w ochronie środowiska jest coś zasadniczo antykonserwatywnego, to wymysł dziennikarzy.
To był polityczny ekwiwalent wybuchu w fabryce barwników. Od Sacramento po Tokio tradycyjnie czerwoni republikanie i niebiescy torysi zielenieją. Tydzień temu gubernator Kalifornii Arnold Schwarzenegger zaaprobował projekt ustawy, która ma w jego stanie, w ciągu 15 lat zmniejszyć emisję dwutlenku węgla o jedną czwartą. W czwartek konserwatywny minister finansów z brytyjskiego gabinetu cieni George Osborne powiedział swoim japońskim słuchaczom, że przyszły rząd torysów rozważyłby zwiększenie udziału podatków ekologicznych w dochodach budżetu.

Republikanin popierający wprowadzenie restrykcji dla działalności gospodarczej? Konserwatysta biorący pod uwagę podniesienie podatku dla zmotoryzowanych? Brzmi jak nowa wersja tego, co wydarzyło się pod koniec XIX w. w okresie tak zwanego transformismo we Włoszech, kiedy partia lewicy utworzyła koalicję z partią prawicy. Teraz jednak partie prawicy przeobrażają scenę polityczną za pomocą ruchu, który wygląda na skręt w lewo.

Miłośnicy jazzu na pewno pamiętają „Blue in Green Milesa Davisa, jeden z najbardziej przejmujących utworów z legendarnego albumu „Kind of Blue. Zieleń na niebieskim tle to muzyczny motyw przewodni wygrywany przez Davida Camerona, odkąd został wybrany szefem Partii Konserwatywnej.

Purpurowe twarze torysów

Ale twarze niektórych starszych torysów robią się nie zielone, lecz purpurowe, kiedy konserwatywni weterani widzą, że Cameron idzie ręka w rękę z dyrektorem organizacji ekologicznej Friends of the Earth i wzywa do wprowadzenia ustaw zmniejszających emisję dwutlenku węgla, jak to uczynił w piątek. Konserwatyści mają być partią prężnych przedsiębiorców, mruczą torysowscy seniorzy, a nie ekobojowników w rodzaju nieokrzesanych demonstrantów, którzy (mało przekonująco) oblegali w zeszłym tygodniu elektrownię węglową z sieci Drax w Selby.

Podobny spór toczy się w łonie Partii Republikańskiej. Arnold Schwarzenegger nie jest odosobniony w swoim dążeniu do wyrobienia sobie „zielonych papierów. John McCain, który ma szansę zostać kandydatem Republikanów na prezydenta w 2008 r., jest projektodawcą ustawy, która ma ograniczyć łączną emisję gazów cieplarnianych i wprowadzić ogólnokrajowy system handlu uprawnieniami do emisji. „Zmiana klimatu jest czymś rzeczywistym powiedział w swojej rodzinnej Arizonie parę miesięcy temu i w sposób znaczący odbija się na naszym codziennym życiu. Chwileczkę czy to nie jest tekst Ala Gore’a? Czy Republikanie nie powinni być zwolennikami spalających hektolitry benzyny terenówek i odwiertów naftowych w parkach narodowych?

Idea, że w ochronie środowiska jest coś zasadniczo antykonserwatywnego, to oczywiście wymysł dziennikarzy. Od czasów Benjamina Disraeliego u sedna brytyjskiego konserwatyzmu leży romantyczne umiłowanie ziemi i pragnienie złagodzenia szkód wyrządzonych przez industrializację. To Marks i Engels szydzili z „ogłupiającego wiejskiego życia. To obsesyjne upodobanie Lenina i Stalina do zionących dymem hut stali zamieniła wielkie połacie Rosji w skażoną pustynię.
Poza tym konserwatyści w Wielkiej Brytanii i Ameryce nigdy nie pozostawali na dłużej u władzy, jeśli funkcjonowali w społecznym odbiorze jako reprezentanci interesów przede wszystkim wielkiego biznesu błąd ten popełnili Republikanie w latach 20. ubiegłego wieku i grozi im jego powtórzenie za prezydenta Busha.

Debata u Bushów

Rozmawiając w czerwcu tego roku z dziennikarzami, pan Bush po raz kolejny wyraził swoje dalekie od ortodoksji poglądy na przyczyny globalnego ocieplenia. „Toczy się debata powiedział czy globalne ocieplenie spowodował człowiek, czy ma ono przyczyny naturalne. Być może taka debata toczy się w rodzinie Bushów, lecz nie wśród naukowców, których przytłaczająca większość uważa obecnie jak powiedział w zeszłym tygodniu w telewizji BBC mój uniwersytecki kolega John Holdren że już teraz „doświadczamy niebezpiecznego zakłócenia przez człowieka globalnego klimatu i zjawisko to nasili się. Jeśli utrzyma się obecne tempo globalnego ocieplenia, to według Holdrena poziom oceanów może wzrosnąć w tym stuleciu aż o cztery metry. To wystarczy, żeby pod wodą znalazła się większość Florydy, zamieniając Miami w nową Atlantydę.

Komu wolicie wierzyć w tej kwestii, prezydentowi Stanów Zjednoczonych czy prezesowi Amerykańskiego Stowarzyszenia Postępu Naukowego (który przypadkiem jest również profesorem polityki ekologicznej na Uniwersytecie Harvarda)? Trudny wybór.

Krótko mówiąc, konserwatyści tak samo jak liberałowie muszą zacząć coś robić w kierunku co najmniej zahamowania tempa zmian klimatycznych. Nawet jeśli miałoby się okazać, że z jakichś jeszcze nieznanych przyczyn nauka się pomyliła, to roztropność nakazuje podjąć działania. Pytanie brzmi jedynie, jakiego rodzaju działania.

Samo wyznaczenie limitów emisji nie jest wiarygodną opcją. Tony Blair spróbował tego rozwiązania i poniósł sromotną klęskę. W 1997 r. premier zapowiedział, że Wielka Brytania wyznaczy sobie ambitniejsze cele niż te wymagane przez porozumienie z Kioto (redukcja emisji gazów cieplarnianych o 12,5 proc. w stosunku do poziomu z 1990 r. do 2012 r.). Blair zadeklarował, że do 2010 r. Wielka Brytania obniży emisję dwutlenku węgla o 20 proc. Fakt, że od czterech lat łączna emisja jest z każdym rokiem coraz wyższa, musi być dla niego powodem do zakłopotania.

Modniejszym rozwiązaniem jest handel uprawnieniami do emisji. W teorii rząd wyznacza sektorowe kwoty i wydaje uprawnienia do emisji, którymi można handlować. Firma przekraczająca limit emisji CO2 może wykupić od innej firmy jej nadwyżki. Atrakcyjność tego pomysłu polega na tym, że tworzy się rynek z wbudowanymi bodźcami zachęcającymi do znalezienia najtańszych metod zmniejszenia emisji. W praktyce jednak model „limitowania i handlowania nie zawsze się sprawdza. Europejski System Handlu Emisjami, ustanowiony w zeszłym roku z myślą o wielkich trucicielach takich jak elektrownie, na początku tego roku popadł w tarapaty, ponieważ by wymienić tylko jedną z wielu wpadek dopuszczona łączna emisja przekraczała rzeczywistą, co sprawiło, że załamały się ceny uprawnień.
Muszę powiedzieć, że wolę prostsze rozwiązania w postaci opodatkowania trucicieli lub karania ich grzywnami. Dlaczego? Dlatego, że metody te zostały już wypróbowane i zdały egzamin.

Zapaleni ekolodzy czasem zapominają, że problem skażenia środowiska nie jest niczym nowym. Parlament brytyjski przegłosował ustawy o zmniejszeniu zadymienia już w 1875 i 1926 r. Pierwsza ustawa o czystym powietrzu została wprowadzona cztery lata po „wielkiej londyńskiej mgle z 1952 r., a w 1968 r. zastąpiły ją nowe, bardziej rygorystyczne regulacje. Nawet Ameryka ma swoją ustawę o czystym powietrzu, przyjętą w 1955 r.

Mgła nad Londynem

Te i późniejsze akty prawne opierały się na prostej zasadzie: zakazać wypuszczania do atmosfery najbardziej toksycznych substancji i wyznaczyć limity mniej szkodliwych, ale wciąż niepożądanych emisji. To prawda, że emisje dwutlenku siarki i tak by się obniżyły, ponieważ gospodarstwa domowe zużywały coraz mniej węgla do ogrzewania domów i gotowania, ale nie ulega wątpliwości, że ustawodawstwo przyspieszyło przejście na czystsze nośniki energii i częściowe rozwianie się mgły nad Londynem.

Zredukować emisję można także za pomocą podatków, na przykład zwiększając koszty jeżdżenia samochodem. Dylemat, przed którym staje każdy nowy minister finansów, o czym przekona się kiedyś George Osborne, brzmi następująco: podnieść podatki tak bardzo, że spadnie konsumpcja, czy ustalić je na takim poziomie, żeby zmaksymalizować wpływy do budżetu. Przecież narzuty, którymi obłożone jest paliwo, stanowią 5 proc. dochodów brytyjskiego budżetu, nawet jeśli pominiemy udział kosztów paliwa w podatku VAT.

Rzecz jasna, sama Ameryka nie zahamuje globalnego ocieplenia, niezależnie od przyjętej metody redukcji emisji. Nie wystarczyłby także układ z Kioto, nawet gdyby Stany Zjednoczone go ratyfikowały, ponieważ nie obejmuje rozwijających się w szalonym tempie gospodarek azjatyckich, które z każdym rokiem wytwarzają coraz więcej gazów cieplarnianych.

Nie jest to jednak argument za tym, żeby się poddać i powiedzieć Florydzie do widzenia. Konserwatyści nie spodziewają się rozwiązania problemów przez jakiegoś rodzaju rząd światowy. Wręcz przeciwnie, wolą lokalne rozwiązania globalnych kwestii. Wiedzą również, że najlepszą podstawą każdego programu politycznego jest oświecony interes własny, a nie utopijne fantazje. I właśnie dlatego mogą się okazać skuteczniejszymi ekologami niż pierwsze pokolenie lewicowych zielonych, których idealizm często wyradzał się w ekstremizm.

Nie miejcie złudzeń: obecna transformacja koloru czerwonego i niebieskiego w zielony jest odpowiedzią na zmianę klimatu nie tylko meteorologicznego, ale również politycznego. Sondaże pokazują, że Brytyjczycy i Amerykanie z opóźnieniem zaczynają sobie uświadamiać zagrożenia związane z globalnym ociepleniem. Słyszeli przemówienia i teraz życzą sobie konkretnych działań. Może to nie wystarczyć do uratowania planety, ale ta zmiana klimatu politycznego może uratować konserwatyzm.


Niall Ferguson, historyk, publicysta. Wykłada m.in. na uniwersytecie oksfordzkim i na Harvardzie. Autor najgłośniejszych książek o politycznej historii świata, m.in. „Imperium i „Colossus.
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj