Co więcej, Janusz Onyszkiewicz – jakby chciał potwierdzić najdalej idące oskarżenia prawicy – mówi, że jego środowisko zawsze było razem z postkomunistami.
Twierdzi, że podział historyczny nie ma żadnego znaczenia. Liczy się stosunek do transformacji. Postkomuniści zostali tym samym zaproszeni do salonu, choć w tym salonie honory domu czyni panna
bez posagu.
Lewica, czyli co?
By w tym tekście uniknąć nieporozumień – trzeba najpierw odpowiedzieć na pytanie: lewica, czyli co? Przyjmuję, że lewica ma trzy niezbywalne cechy: dąży do ograniczenia
nierówności i szuka szansy na rozwój we współdziałaniu ludzi, chce demokracji, w której ludzie nie tylko korzystają z osobistych wolności, ale też
zbiorowo decydują o swoich losach, chroni suwerenność państwa, bo jest ono niezastępowalnym instrumentem osiągania celów wcześniej wymienionych. Lewica opowiada się też przeciw
wszelkiej dyskryminacji (z powodu religii, płci, pochodzenia etnicznego, orientacji seksualne itp.), ale pod tym względem nurt lewicowy nie różni się od nurtu liberalnego.
Po wielkim sukcesie w roku 2005 partii prawicowych budowa lewicy w Polsce stała się szczególnie ważna. Możliwe były teoretycznie dwie drogi: „zaczynanie od
początku” i przekształcenie w lewicę środowisk postkomunistycznych: SLD, SdPl i UP, która w okresie współrządzenia podporządkowała się SLD. Ludzie lewicy
– także niżej podpisany – stanęli przed dylematem. Zaczynanie od początku wobec dość szczelnego zamknięcia sceny politycznej (organizacja, pieniądze, media) nie mogło
być oceniane optymistycznie. Dołączenie do – obiecujących odnowę – SLD i SdPl zakładało przyjęcie optymistycznych założeń co do ewolucji środowiska
postkomunistycznego: wymuszało tryumf nadziei nad doświadczeniem.
Jeszcze kilka miesięcy przed wyborami 2005 „spiskowałem” z grupą przyjaciół i znajomych (większość podobnie jak ja odeszła z Unii Pracy, gdy ta skierowała się
w 1998 roku w objęcia Sojuszu). Wyprodukowaliśmy duży dokument programowy, trochę różnych oświadczeń, przygotowaliśmy statut dla partii o nazwie Forum Pracy Polskiej, a nawet
zebraliśmy wymagane do rejestracji podpisy. Jednak muszę przyznać, że nie było nas wielu, a próby zainteresowania naszą inicjatywą opinii publicznej przyniosły mizerny rezultat. I
właśnie wtedy ówczesne kierownictwo UP zwróciło się do mnie i kolegów, by wrócić do partii. Choć nie wszyscy i po wahaniach, zdecydowaliśmy się na
ten krok. Kongres nieomal jednomyślnie wybrał mnie na przewodniczącego Rady Politycznej (o szerokich kompetencjach), kilku moich przyjaciół do Rady Krajowej. Kongres przyjął też
uchwałę zawierającą uznanie błędów, deklarującą powrót do autentycznej lewicowej tożsamości i niezależność od SLD.
„Konstytucja lewicy”
Przyznam, uwierzyłem, że przynajmniej UP podejmie próbę odbudowy swojej tożsamości, ale wiedziałem, że rozstrzygające znaczenie będzie miała ewolucja SLD. Tam zresztą w szoku
przed- i powyborczym dokonywały się zmiany budzące nadzieję. Pojawili się młodzi liderzy, a przede wszystkim wydawało się, że działacze zrozumieli, iż postkomunistyczna struktura nie daje
już szans. Szybko się jednak okazało, że ten kierunek przemian zarówno w SLD, jak i UP nie jest trwały. Stare wracało. W SLD wypróbowani towarzysze odzyskiwali pole,
wyprodukowano „konstytucję lewicy”: całkowicie wolną od rachunku sumienia i ociekającą ogólnikami.
Ministrowie Millera – szczególnie Szmajdziński i Kalisz – bez jakiejkolwiek żenady piętnowali antydemokratyczne praktyki PiS. Każdy, kto ich słuchał, musiał
odnosić wrażenie, że „dobrze już było” – kiedy oni rządzili. Unia Pracy okazała się strukturą prawie nieistniejącą, a działacze tacy jak była wiceminister
zdrowia (Ewa Kralkowska) czy były kierownik Urzędu ds. Kombatantów (Jan Turski) skutecznie nawoływali do zacieśniania więzi z Sojuszem (i poparcia Marka Borowskiego w Warszawie),
choć SLD, a tym bardziej SdPl oganiały się od UP. Z pierwszego podejścia do porozumienia wyborczego SLD – SdPl – PD została wyeliminowana Unia Pracy: o ile wiem, ze względu
na stanowisko Borowskiego. Została dokooptowana dopiero ostatnio – pewnie dlatego, że PD zaczęła się rozpadać.
Nielewicowy SLD
Trudno dziś mieć jakiekolwiek złudzenia co do przebudowy środowiska postkomunistycznego w jakąś mniej więcej autentyczną lewicę. Zupełnie nie mogę więc pojąć, na czym opiera swoją
ocenę Józef Pinior, który napisał w „Dzienniku” (31.08.2006 r.), że do odrodzenia lewicy przyczyni się również lewica postpezetpeerowska,
która ma za sobą rzeczywistą ewolucję socjaldemokratyczną. Pinior nie może nie wiedzieć, co dzieje się z Sojuszem, który jest przecież dzisiaj dalej od lewicy niż był
kiedykolwiek. Zresztą, mając jako szefa swojej partii Borowskiego, a jako kolegę eurodeputowanego Rosatiego, chyba wie, że jest w partii liberalnej. Zamiast robić dobrą minę do złej gry,
należy się zastanowić, dlaczego mimo klęski obozu postkomunistycznego zasadnicze zmiany tam nie zachodzą. Widzę cztery tego powody: nadal wielką siłę starego pezetpeerowskiego aparatu,
słabość i nieautentyczność młodych działaczy, politykę obecnie rządzących stwarzającą nadzieję (uzasadnioną), że za 2 – 3 lata nawet niezmieniony SLD będzie dla
wyborców mniejszym złem, i koło ratunkowe, jakie Sojuszowi – bez stawiania jakichkolwiek warunków – rzuciła PD.
„Młodzi” Sojuszu – Olejniczak, Napieralski – okazali się nie młodymi przywódcami, ale ludźmi postkomunistycznego aparatu. Nie mają kwalifikacji
przywódczych, nie widać, by mieli jakikolwiek pomysł na lewicową politykę. „Rzeczpospolita” niedawno ujawniła finansowe nadużycia Olejniczaka. Nie słychać, by
partia go rozliczała, ale można spokojnie przyjąć, że „towarzysze wiedzą”.
Rządzące PiS – pomijam tu kwestie pryncypialne, które różnią mnie od partii narodowo-konserwatywnej – dostarcza coraz więcej powodów, by
zbrzydzić się wyborcom. Niedopuszczalne oskarżenia Macierewicza, wyczyny Giertycha itd. – wszystko to nieuchronnie idzie na konto PiS.
Ale szczególne znaczenie ma koło ratunkowe Partii Demokratycznej. Przecierałem oczy, czytając dokument porozumienia wyborczego, pod którym podpisał się Janusz Onyszkiewicz
(a popiera je Jan Lityński!), a w którym całe nieszczęście, jakie się Polsce przydarzyło, związane jest z PiS. Żadnej krytyki rządów SLD, żadnych warunków
na przyszłość. Co więcej, Onyszkiewicz – jakby chciał potwierdzić najdalej idące oskarżenia prawicy – mówi, że jego środowisko zawsze było razem z
postkomunistami: przy Okrągłym Stole, uchwalając konstytucję, wprowadzając Polskę do Unii. I mówi, że podział historyczny nie ma żadnego znaczenia. Liczy się stosunek do
transformacji, ujmując rzecz nieco trywialnie – do Balcerowicza. Cóż, coś jest na rzeczy. W każdym razie akces PD – choć jego znaczenie praktyczne będzie pewnie
niewielkie – to świadectwo moralności dla środowiska postkomunistycznego. To jeszcze jeden powód, dla którego to środowisko nie musi się zmieniać. Wszak dostali
zaproszenie do salonu do Onyszkiewicza. W zamian mają dostarczyć trochę miejsc w samorządach.
***
Dziś już wiem, że wracając do UP, dałem dowód naiwności. Opuszczam tę firmę, by się więcej wstydu nie najeść. Budowa – potrzebnej Polsce – lewicy pozostaje
wyzwaniem. Trzeba to robić mniej więcej „od początku”. Czas jest i zły (mała skłonność ludzi do angażowania się w przedsięwzięcia ryzykowne), i dobry (wielu ludzi
jeszcze nie zapomniało rządów Sojuszu i już doświadcza rządów PiS). Ale tego czasu jest na pewno mało. Próbę trzeba podjąć, ale rezultat niełatwo
przewidzieć.
Ryszard Bugaj, polityk, ekonomista. Przed 1989 r. działacz KSS KOR, internowany w 1981 r.; poseł na Sejm z ramienia OKP. W 1991 r. współzałożyciel Unii Pracy, z kórej wystąpił siedem lat później. Wiosną 2006 r. powrócił do Unii Pracy; obecnie znów z niej wystąpił