Działania dyplomatyczne będą kontynuowane, a Teheran nadal będzie grał na zwłokę. Z uwagi na zbyt duże zaangażowanie militarne w Iraku Waszyngton raczej nie dopuści do takiej eskalacji
konfliktu, żeby konieczna stała się interwencja wojskowa.
Wewnętrzne względy polityczne w obu krajach nie pozwalają na prowadzenie rozsądnych negocjacji bez pośredników. Żadna ze stron nie dąży na poważnie do dyplomatycznego rozwiązania
konfliktu. Ani Teheran, ani Stany Zjednoczone nie wykazują chęci podjęcia rozmów o kwestii nuklearnej czy zakończenia 27-letniej przerwy w oficjalnych stosunkach.
Czy irański program jądrowy rzeczywiście stwarza poważne zagrożenie dla pokoju i stabilizacji międzynarodowej? Wydaje się, że nie, przynajmniej na razie. Do takich wniosków doszli
eksperci z amerykańskiego wywiadu. John Negroponte, który od roku 2005 nadzoruje wszystkie amerykańskie instytucje wywiadowcze w ramach struktury National Intelligence, 1 września
ponownie zakomunikował publicznie, że w zgodnej opinii analityków badających irański program nuklearny upłynie pięć do dziesięciu lat, zanim Iran zyska zdolność do budowy broni
jądrowej.
Władze w Teheranie utrzymują oczywiście, że program nuklearny ma służyć celom wyłącznie pokojowym i że są przeciwne militarnemu wykorzystaniu technologii jądrowej. Jeżeli istotnie chodzi
o projekt czysto energetyczny, to wydaje się, że napotyka on trudności i jest poważnie opóźniony. Według raportu opublikowanego pod koniec sierpnia przez waszyngtoński Institute for
Science and International Security, Iran poczynił ograniczone postępy w ośrodku wzbogacania uranu w Natanz, instalując i uruchamiając mniej wirówek niż oczekiwano. Być może Iran
celowo spowalnia prace na czas trwania negocjacji, ale wydaje się bardziej prawdopodobne, że naukowcy borykają się z poważnymi trudnościami technicznymi.
Tak zwani neocons
Dlaczego zatem administracja prezydenta George’a W. Busha robi w tej sprawie tyle szumu, skoro nie ma dostatecznych dowodów na istnienie „wyraźnego i bezpośredniego
zagrożenia”, o którym mówi konstytucja USA? Odpowiedź jest taka, że irański program nuklearny od lat 90. należy do najistotniejszych kwestii dla frakcji
„neokonserwatywnej”, która zyskała tak ogromny wpływ na rządzącą od 2000 r. administrację Busha. Są to ludzie o zdecydowanych poglądach, a
wyróżniają się pod tym względem wiceprezydent Dick Cheney i sekretarz obrony Donald Rumsfeld. Ci neocons weszli do administracji z przekonaniem, że potrafią przeobrazić Bliski
Wschód w region stabilny i demokratyczny.
Odwołując się do tych ideałów, szlachetnych, lecz nierealistycznych, parli do inwazji na Irak. Ze względu na poniesione tam porażki kilku neokonserwatystów, z Paulem
Wolfowitzem, obecnie szefem Banku Światowego, na czele, odeszło z administracji Busha (wedle niektórych, zostali z niej usunięci). Inni neokonserwatyści, w tym John Bolton, ambasador
USA przy ONZ, żywiący silne podejrzenia co do prawdziwych celów irańskiego programu nuklearnego – nadal cieszą się jednak znacznymi wpływami. Neoconsów,
którzy pozostali w administracji, wspiera prawe skrzydło Partii Republikańskiej i prawicowe „think tanki”, zwłaszcza American Enterprise Institute (AEI) w
Waszyngtonie.
Kilku spośród najbardziej prominentnych członków AEI stale naciska administrację, aby obrała twardy kurs wobec Iranu, w którym widzą niebezpiecznego siewcę
destabilizacji i przemocy na Bliskim Wschodzie. Najbardziej znany z nich to Michael Ledeen, weteran administracji prezydenta Reagana i jeden z czołowych uczestników osławionej afery
Iran-contras.
W przemówieniu wygłoszonym w 2002 r. prezydent Bush zaliczył Iran do osi zła – obok Iraku i Korei Północnej – przede wszystkim pod presją
neokonserwatystów ze swojej administracji. Później zrezygnował z tej terminologii, ale twarda retoryka antyirańska jest odbiciem nieustających nacisków
neoconsów. Bush stale podkreśla, że Iran wspiera terroryzm, przede wszystkim sponsorując Hamas i Hezbollah w Libanie. Prezydent piętnuje również program wzbogacania uranu,
który według administracji Busha ma służyć budowie broni jądrowej.
Prezydent Bush wpadł w sidła własnej retoryki. Odmalował Iran jako zagrożenie nuklearne, toteż musi teraz pokazywać, że ma je na uwadze; w innym przypadku wyborcy mogliby uznać, że
wystraszył się opisanych przez siebie niebezpieczeństw. Znaczna część społeczeństwa amerykańskiego zadaje sobie pytanie, dlaczego administracja Busha nie wzięła na cel Iranu zamiast Iraku,
jeśli jej oskarżenia pod adresem irańskiego programu nuklearnego są prawdziwe.
Dodatkowo z racji tego, że twierdzenia ludzi Busha na temat broni masowego rażenia w Iraku okazały się fałszywe, wielu Amerykanów – i Europejczyków – z
pewnym sceptycyzmem traktuje wypowiedzi o nuklearnych zamiarach Iranu. Napisany przez Republikanów raport komisji Izby Reprezentantów ds. wywiadu nie wniósł nic
konstruktywnego. „Washington Post”, „New York Times” i inne gazety skrytykowały raport jako słabo udokumentowaną próbę przedstawienia służb
wywiadowczych jako niekompetentnych, ponieważ nie potrafiły znaleźć dowodów na wynikające z uprzedzeń zarzuty neokonserwatystów.
Neokonserwatyści irańscy
W przypadku Iranu polityka wewnętrzna wpływa na radykalizm działań dyplomatycznych jeszcze bardziej niż w przypadku USA. Administracja prezydenta Mahmuda Ahmadineżada przyjmując agresywną
postawę wobec Zachodu ma wiele do zyskania na krajowym podwórku. Rząd Ahmadineżada, który sprawuje władzę od roku, reprezentuje „drugie pokolenie”
uczestników irańskiej sceny politycznej. Znacznie młodsi od starzejących się ajatollahów, którzy stali na czele rewolucji islamskiej w 1979 r., nowi
przywódcy zostali ukształtowani przez wydarzenia rewolucji i ośmioletnią wojnę z Irakiem. Ich podstawowym celem jest powrót do wartości rewolucyjnych, które
dominowały w czasach ich młodości, wartości, które ich zdaniem uległy erozji za prezydentury Rafsandżaniego, a potem Chatamiego.
Ahmadineżad jest populistycznym prezydentem, którego skromne pochodzenie i bojowy sposób bycia przemówiły do szerokich rzesz ubogich Irańczyków.
Perska duma
Kwestia nuklearna znajduje odzew u mieszkańców Iranu nie dlatego, że ten naftowy potentat ma problemy energetyczne, lecz dlatego, że technologia jądrowa symbolizuje wielkie sukcesy, do
których w swoim odczuciu zdolni są Irańczycy. Trzy milenia swojej wspaniałej perskiej przeszłości uważają za naznaczone niezwykłymi osiągnięciami kulturalnymi i wojskowymi i
mają dosyć traktowania ich przez znaczną część świata jako narodu pariasów i wichrzycieli. W ciągu minionych kilku stuleci Iran nie był podbity przez żadne obce imperium, ale
Irańczycy uważają, że ich rządy były sterowane przez Wielką Brytanię, Rosję i – w dziesięcioleciach poprzedzających rewolucję – przez Amerykę. Od 1979 r. wierzą w
tezy islamistów twierdzących, że Ameryka nieustannie spiskuje przeciwko rewolucji i dąży do zainstalowania w Iranie rządu potulnego wobec Zachodu.
Irańczycy są wrażliwi na punkcie „plucia im w twarz” przez czynniki i podmioty zewnętrzne, w tym przez Radę Bezpieczeństwa ONZ, którą uważają za manipulowaną
przez Stany Zjednoczone. Dumny i patriotyczny naród pragnie uznania swoich przymiotów i możliwości i nie podoba mu się dyktat świata zewnętrznego, zwłaszcza jeśli
uważają, że ich prawa nie są respektowane. Z perspektywy Teheranu kwestia nuklearna przedstawia się następująco: układ o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej, którego Irańczycy
są sygnatariuszami, pozwala im na wykorzystywanie energii jądrowej, w tym także na wzbogacanie uranu, i nikt nie może odmówić im tego prawa, niezależnie od tego, czy energia jądrowa
jest im rzeczywiście potrzebna.
Rząd irański czuje się ostatnio wyjątkowo pewny siebie, przede wszystkim ze względu na opór, jaki przez ostatni miesiąc bojowcy Hezbollahu stawiali Izraelowi. Ten pokaz siły ze
strony kluczowego sojusznika Iranu to najświeższe spośród wydarzeń, które wzmocniły pozycję Iranu w regionie. Wcześniej jeszcze umocniło go pokonanie przez koalicję
Zachodu Saddama Husajna i panujących w Afganistanie talibów.
Dylematy nowoczesnego konserwatysty
Ahmadineżad, podobnie jak George W. Bush, jest „konserwatystą” i podobnie jak prezydent USA musi się przejmować
konserwatywnymi siłami zlokalizowanymi znacznie bardziej na prawo od niego. Są to irańscy „neokonserwatyści” i tak ich właśnie nazywają proreformatorscy politycy,
którzy sprawowali władzę za prezydenta Chatamiego. Irańscy neocons, mobilizowani przez ultrakonserwatywnych ajatollahów i agresywnych weteranów wojennych,
domagają się prowadzenia rygorystycznej polityki społecznej w kraju i wspierania ruchów rewolucyjnych za granicą.
Z myślą o ich ugłaskaniu Ahmadineżad musi utrzymywać bojową postawę wobec reszty świata, która martwi bardziej umiarkowanych i doświadczonych członków wcześniejszych
administracji irańskich. Próby zadowolenia religijnej prawicy przez Ahmadineżada nie przydają skuteczności jego działaniom dyplomatycznym, czego jaskrawym przykładem był list do
prezydenta Busha. Chcąc uniknąć krytyki prawicy za to, że w ogóle komunikuje się z prezydentem Ameryki, Ahmadineżad nafaszerował list zarzutami wobec Busha, że sprzeniewierza się
nauczaniu Chrystusa. Administracja amerykańska, która oczekiwała, że list będzie dotyczył kwestii nuklearnej, uznała go za „oderwany od tematu” i
zignorowała.
Na wizerunku Iranu jako racjonalnego uczestnika międzynarodowego życia politycznego – państwa, którego program jądrowy nie stwarza zagrożenia – jeszcze gorzej
odbija się retoryka Ahmadineżada dotycząca Izraela. Wielokrotne negowanie Holocaustu i stwierdzenia, że Izrael powinien być starty z mapy świata, przypuszczalnie podobają się jego
neokonserwatywnym zwolennikom, ale są wodą na młyn najzagorzalszych przeciwników Iranu, którzy przekonują, że jedynym celem irańskiego programu nuklearnego jest
zniszczenie Izraela.
Pozycja Ahmadineżada w Iranie nie jest tak mocna, jak by sobie tego życzył. Z upływem pierwszego roku jego kadencji zaczęła się wyłaniać coraz liczniejsza grupa krytyków
prezydenta. Należą do nich proreformatorskie gazety, które nie zostały zlikwidowane; wyrażają one poglądy bezrobotnych podwładnych byłego prezydenta Chatamiego. Do grona
krytyków Ahmadineżada zalicza się również wielu konserwatywnych posłów do parlamentu irańskiego. Krytycy ci przemawiają w imieniu szerokich rzesz
Irańczyków, których sytuacja ekonomiczna pogorszyła się po dojściu Ahmadineżada do władzy. Przypominają o niespełnionej obietnicy rządu, który
mówił, że „przyniesie naftowe pieniądze na stoły jadalni”. Nie ustaje wzrost cen, podobnie jak stopy bezrobocia, i mnożą się przypadki protestów
pracowniczych.
Niektórzy irańscy krytycy oskarżający Ahmadineżada o niekompetencję w polityce wewnętrznej rozciągają tę ocenę na jego politykę zagraniczną. Są tacy – na przykład
Hassan Rowani, główny negocjator prezydenta Chatamiego ds. nuklearnych – którzy zarzucają administracji, że konfrontacyjna postawa negocjacyjna Iranu przynosi
skutki przeciwne od zamierzonych i może zaszkodzić narodowi irańskiemu, jeśli Rada Bezpieczeństwa ONZ postanowi o nałożeniu na Iran sankcji gospodarczych. Tymczasem ultraprawicowi krytycy
Ahmadineżada żądają od niego jeszcze większej bojowości.
Gdzie mogą się spotkać oba kraje?
Zarówno dla Teheranu, jak i dla Waszyngtonu najwygodniej byłoby zasiąść do rozmów i po obu stronach nie brakuje zwolenników bezpośrednich negocjacji. Nie jest to
jednak łatwa sprawa.
Po stronie amerykańskiej neokonserwatyści z administracji i American Enterprise Institute, popierani przez niektórych wiekowych irańskich emigrantów politycznych, utrzymują,
że bezpośrednie rozmowy oznaczałyby, iż Stany Zjednoczone uznają reżim Republiki Islamskiej w Iranie, ich zdaniem nielegalny. Nic to, że Stany Zjednoczone oficjalnie uznały nowy reżim tuż
po rewolucji Chomeiniego w 1979 r. i potwierdziły jego legalność w ugodzie z 1981 r., która doprowadziła do powrotu do kraju amerykańskich zakładników przetrzymywanych w
Iranie, oraz że nawet za rządów Reagana administracja w Waszyngtonie często sygnalizowała gotowość do podjęcia bezpośrednich rozmów. Byli urzędnicy państwowi,
zwłaszcza dyplomaci, jak również eksperci od spraw bliskowschodnich, bez przerwy do tego nawołują, ale na razie ich głos pozostaje wołaniem na puszczy.
Po stronie irańskiej rząd chce uchodzić za rewolucyjny, a zrezygnowawszy z antyamerykanizmu, w dużej mierze pozbawiłby się rewolucyjnych referencji. Po swoim zwycięstwie wyborczym w 1997 r.
prezydent Chatami wezwał do dialogu i zburzenia „muru nieufności” między Iranem i USA, ale irańscy konserwatyści, którzy obawiali się, że oznaczałoby to
atrofię rewolucji, storpedowali tę inicjatywę. Niektórzy analitycy przekonują, że teraz, kiedy konserwatyści przejęli kontrolę nad całym państwem irańskim, nie muszą już
przejmować się tym, że reformiści od Chatamiego zyskają politycznie na przełamaniu lodów w stosunkach z Ameryką, ale na razie konserwatyści nie wykazują żadnej skłonności do
pojednawczych ruchów.
Perspektywy odwilży w relacjach irańsko-amerykańskich nie malują się jednak wyłącznie w czarnych barwach. Były prezydent Chatami przebywa obecnie w Stanach Zjednoczonych i jest najwyższym
irańskim urzędnikiem państwowym, który nie ogranicza swojej wizyty do wystąpień na forum ONZ. Przyjechał do USA w związku z posiedzeniem ONZ, które odbędzie się 5
– 6 września, ale zezwolono mu na udział w nieoficjalnych spotkaniach w Chicago i Waszyngtonie. To, że Waszyngton zgodził się wydać mu wizę, wskazuje, że wpływowe osoby w
administracji Busha widzą korzyść w jego przyjeździe. Chatami jest głównym irańskim zwolennikiem dialogu, nawet jeśli rzecznicy Busha mówią, że nie będzie się
spotykał z amerykańskimi urzędnikami. Wolę spotkania się z Chatamim wyraził były prezydent Carter, który w 1980 r. przegrał walkę o reelekcję na skutek upokorzenia Ameryki przez
Iran za jego pierwszej kadencji. Na razie nic nie wskazuje na to, że Chatami przyjmie tę propozycję.
Nikt nie oczekuje od Chatamiego zbyt wiele, jeśli chodzi o ocieplenie stosunków irańsko-amerykańskich, ale jest to istotny pierwszy krok, symboliczny początek procesu, który
może doprowadzić do tego, że „Wielki Szatan” zasiądzie do rozmów z członkiem „osi zła”. Jeśli to nastąpi, korzyść odniosą oba państwa,
sąsiedzi Iranu i reszta świata.
Stephen Fairbanks
-------------------------------------------------------------
Stephen C. Fairbanks – iranista i politolog pracujący w Iranie – początkowo jako ochotnik Korpusu Pokoju i nauczyciel – od lat 60. Od lat 80. związany z CIA i
Departamentem Stanu, w 1998 roku nominowany na szefa finansowanego przez Stany Zjednoczone „Radio Free Iran”. Współautor pracy „Middle East Patterns: Places,
Peoples, and Politics (2005)