Dziennik Gazeta Prawana logo

"Naród żydowski na celowniku Teheranu"

12 października 2007, 13:30
Ten tekst przeczytasz w 11 minut
"Izrael przeżywa teraz nadzwyczaj trudne chwile. Cała nasza uwaga skupiona jest na tym, by zachować bezpieczeństwo w regionie, któremu zagrażają uzbrojone grupy terrorystyczne, sterowane przez wrogie nam reżimy" - pisze w DZIENNIKU minister spraw wewnętrznych Izraela.

Przed niespełna miesiącem zakończyliśmy wojnę, która miała niespotykany dotąd charakter. Starcia toczyły się co prawda między Hezbollahem a Izraelem, to jednak w rzeczywistości toczyliśmy wojnę „poprzez pośredników z Iranem. Hezbollah jest bowiem jednym z militarnych i politycznych narzędzi Teheranu: potwierdza to całe moje doświadczenie jako szefa agencji wywiadowczej Szin Bet i wieloletniego analityka Mossadu.

Prawda o Hezbollahu

Hezbollah jest po prostu dywizją irańskiej armii. Można powiedzieć, elitarną; świetnie wyposażoną i wyszkoloną. Jego żołnierze są werbowani, opłacani i wyposażani w sprzęt czy amunicję bezpośrednio przez irańskich Strażników Rewolucji, czyli „superarmię Teheranu. Przeszkolenia odbywają się w ośrodkach specjalnych Strażników. To w Iranie zostały ułożone plany strategiczne ostatniego konfliktu.

Od roku 1994 Hezbollah koordynuje działalność operacyjną wszystkich organizacji terrorystycznych na Bliskim Wschodzie. W roku 2001 połączył swoje siły z Hamasem, działającym na terenach kontrolowanych wówczas przez Organizację Wyzwolenia Palestyny. Z dochodzeń, w których uczestniczyłem pamiętam, że Mahmud Abbas, ówczesny premier w rządzie Jasera Arafata, a dziś prezydent Autonomii, podróżował przez Jordan i Egipt do Teheranu z zamiarem koordynowania działań w regionie. Podobną misję realizował też przywódca Hezbollahu.

Iran pragnął uzyskać taki wpływ na palestyński Hamas, jaki zdobył w przypadku Hezbollahu. Jednak jego przywódcy Hamasu nie zgodzili się na odgrywanie roli aż tak bardzo zależnego od Teheranu wasala. Pod bezpośrednim wpływem Iranu znajduje się jedynie ta frakcja przywództwa Hamasu, która przebywa w Syrii. Nie ma jednak wątpliwości, że zarówno wojskowe, jak polityczne inicjatywy Hezbollahu i Hamasu są inspirowane i koordynowane przez Iran.

Izrael jest dobrze przygotowany do walki z terrorystami. Walczymy z nimi od chwili powstania naszego państwa, czyli od 1948 roku. Tym razem jednak mieliśmy do czynienia z zupełnie inną sytuacją. Po raz pierwszy Izrael musiał odeprzeć atak regularnej armii terrorystów. To pojęcie może się wydawać paradoksalne, kategorie „regularnej armii i „organizacji terrorystycznej dotąd pozostawały rozbieżne: kiedy jako szef Szin Bet mówię o Hamasie, myślę o organizacji terrorystycznej, podobnie jak w przypadku Brygad Al Aksa. Jako żołnierz wiem, co reprezentują sobą armia syryjska, egipska czy libańska. Teraz jednak po raz pierwszy zrozumieliśmy, czym jest armia terrorystów. Niedługo po porwaniu naszych żołnierzy izraelskich zdaliśmy sobie sprawę, że będziemy musieli odeprzeć ostrzał pociskami Katiusza, którymi Hezbollah zaatakował północną część kraju.

Hezbollah jest właściwie pierwszą sui generis armią terrorystów: posiada możliwości porównywalne z regularnym wojskiem, ale strategia, jaką się posługują, to strategia zamachowców. Prowadzą walkę z cywilnych zabudowań, kryją się w domach mieszkalnych i ostrzeliwują nasze miasta z wiosek libańskich. To sprawia, że znajdujemy się w wyjątkowym położeniu: świat doczekał się kolejnego, nieznanego wcześniej zagrożenia.

Specjaliści od dłuższego czasu zdawali sobie sprawę, że Hezbollah jest nietypową organizacją terrorystyczną. W swoich arsenałach ma więcej broni, niż użyto jej w czasie wojny w Wietnamie. Posiada dużo większe możliwości niż terroryści w Afganistanie, Pakistanie czy Iraku razem wzięci. Zakonspirowany w Libanie Hezbollah jest bowiem doborową brygadą regularnych wojsk Iranu. Tymczasem Liban znany jest z bezczynności wobec organizacji terrorystycznych. Kiedy rozpoczęła się wojna, jego obywatele siedzieli na balkonach i tarasach domów i obserwowali, jak niebo przecinają pociski, mając nadzieję, że ktoś obroni ich kraj. Rząd w Bejrucie nie podjął w tym kierunku żadnych kroków i nie zwalczał osiadłych na południu kraju organizacji terrorystycznych.

Zagrożenie z Teheranu

Pierwotnym źródłem konfliktu jest jednak Iran. To za jego sprawą po raz pierwszy od 58 lat Izrael stanął w obliczu śmiertelnego zagrożenia. Nawet w roku 1973, podczas wojny Jom Kippur walczyłem w niej jako szeregowy żołnierz mimo że walczyliśmy jednocześnie z dwoma państwami arabskimi, ryzyko, jakie zawisło nad Izraelem, nie było aż tak poważne. Być może rząd w Tel Awiwie rozumiał wówczas skalę zagrożenia, jednak nam, żołnierzom, myśl o ryzyku zagłady własnego państwa nawet nie przechodziła przez głowę. Dziś nawet zwyczajni żołnierze coraz częściej myślą o śmiertelnym zagrożeniu dla samego istnienia Izraela, jakie stanowi reżim w Teheranie. Także dlatego, że nie jest to wiedza jakoś specjalnie tajna.

Jako wieloletni funkcjonariusz służb specjalnych wiem doskonale, że wywiad zapłaci każdą sumę, by dowiedzieć się, jakie plany ma przywódca ważnego państwa sąsiadującego z nami lub leżącego w tym samym regionie. W przypadku Iranu, nie musimy wydawać ani grosza: prezydent Mahmud Ahmadinedżad przy każdej okazji wykłada swoje plany na stół. Jego celem jest zniszczenie Izraela i wojna z jego sojusznikami.

Jak możemy i powinniśmy na to zareagować? Jako żołnierz byłem szkolony, by w obliczu zagrożenia reagować w sposób zdecydowany. Formuła jest prosta: należy w pierwszej kolejności określić stopień i rodzaj zagrożenia. Czy terrorysta ma karabin, granat czy nóż? Czy zagraża pasażerom autobusu, czy przechodniom na ulicy? Kiedy znałem zamiar terrorysty i środki, jakie pozostają do jego dyspozycji, miałem prawo otworzyć ogień, by go powstrzymać, nawet jeśli oznaczało to zabicie go.

Dobrze byłoby, żeby społeczność międzynarodowa zrozumiała, że Izrael może za chwilę stanąć w obliczu podobnego zagrożenia ze strony Iranu tak jak zwykły przechodzień ze strony zamachowca. Wszystkie wywiady państw zachodnich w tym CIA, MI5 czy niemiecka BND doskonale zdają sobie sprawę, że Iran buduje broń atomową. Pytanie tylko, czy zakończy swoje prace do roku 2010, czy nieznacznie przekroczy ten termin. W każdym razie praca wre, a Ahmedineżad chętnie ujawnia światu przyszłe plany wykorzystania swej nowej broni. Co więcej, w niebezpieczeństwie znalazł się nie tylko Izrael, lecz również szereg krajów arabskich, które Iran usiłuje sobie podporządkować od 1979 roku. Na razie udało mu się za pomocą Hezbollahu przejąć kontrolę nad południowym Libanem, założył też komórki terrorystyczne w Bejrucie i w strefie Gazy. Teraz pracuje nad przechwyceniem kontroli nad Autonomią Palestyńską, metodami na pozór demokratycznymi: Hezbollah i Hamas cieszą się wszak szerokim poparciem...

Trudno jednak stwierdzić, by sam Iran był państwem demokratycznym. Mimo funkcjonowania mechanizmu wyborczego procesy polityczne w tym kraju w pełni kontrolują irańscy Strażnicy Rewolucji. Warto stale przypominać, że demokracja to nie tylko wybory. Miejmy też nadzieję, że Palestyńczycy zrozumieją, jak wpłynąć mogą na sytuację w ich kraju rządy Hamasu. Dopuszczając je, otwierają de facto swój kraj na wpływy Teheranu.
W determinację Iranu nie ma powodu wątpić: udowodnił ją podczas ostatniego konfliktu. W lecie tego roku bojowcy Hezbollahu wystrzelili ponad cztery tysiące rakiet tylko po to, żeby nie dopuścić do uwolnienia dwóch trzymanych w niewoli żołnierzy izraelskich. Dwa tysiące rakiet za wolność jednego żołnierza... Co więcej, każda rakieta była wypełniona kulkami metalowymi, dziurawiącymi jak sito napotkane przeszkody w promieniu wielu metrów. Taką broń skierowano przeciw cywilnym Izraelczykom.

Tymczasem niewielkie są szanse na szybką zmianę sytuacji wewnętrznej w Iranie. Proces demokratyzacji został „opanowany przez Strażników Rewolucji. Nie widzę szans na to, by w najbliższych latach wzmocniła się wewnętrzna opozycja, choćby w postaci ruchu studenckiego. Reżim przejął kontrolę i sprawuje rządy siłowe za pomocą terroru. Mam nadzieję, że Polska, zdając sobie sprawę, w jakiej sytuacji znalazł się nasz kraj, okaże Izraelowi zrozumienie i pomoc.


Avi Dichter minister spraw wewnętrznych Izraela, były szef Szabak (Szin-Bet), przez 35 lat pracował w izraelskich agencjach wywiadowczych (również w Mossadzie). Poseł Knessetu, najbliższy współpracownik premiera Izraela


                           

 

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj