Węgierski publicysta Laszlo Szentesizoldi w rozmowie z DZIENNIKIEM analizuje przyczyny zamieszek w Budapeszcie.
Tomasz Pompowski: Dlaczego na Węgrzech dochodzi do zamieszek? Przecież jeszcze niedawno Węgry stawiano za wzór dobrze funkcjonującej gospodarki i udanych
przemian społecznych.
Laszlo Szentesizoldi: Trzeba najpierw sprostować mit o szybkim rozwoju gospodarczym. Lewicowe rządy nie przeprowadziły żadnych istotnych reform, deficyt budżetowy państwa jest rekordowy nawet jak na Europę Środkową. Środowiska postkomunistyczne tylko udawały liberalnych menedżerów, ale w rzeczywistości czysta polityczna dominacja była dla nich ważniejsza niż rozwój gospodarczy czy rozwiązanie społecznych konfliktów. Proszę pamiętać, że zamieszki o mniejszej skali miały miejsce już w 1989 roku, i to po tym, jak zerwaliśmy z totalitaryzmem. Potem były uliczne protesty z 1995 roku. Te wczorajsze przypominały skalą i siłą zamieszki w Irlandii Północnej. A moim zdaniem kryzys jeszcze się zaostrzy.
Rząd twierdzi, że na ulicach w Budapeszcie grasowały bandy chuliganów. I że polityczne wykorzystywanie zamieszek będzie atakiem na demokrację.
To kłamstwo. Wczorajsze protesty przypominały rewolucję 1956 roku. Ludzie skandowali hasła z tamtych czasów, takie jak „Wolne Węgry”, „Socjaliści do domu”, „Policja z nami“. Uderzyli na symbole medialnej hegemonii, takie jak siedziba telewizji, która teraz jest kojarzona z władzą, a wcześniej była symbolem starej partii komunistycznej. Zaatakowano też, dokładnie tak jak w Październiku 1956, budynek ministerstwa finansów.
Dlaczego protesty były tak gwałtowne?
Bo społeczne rozczarowanie jest totalne. A ujawnienie wewnętrznego komunikatu postkomunistycznego premiera, że cała jego władza opiera się na okłamywaniu opinii publicznej, było iskrą, która spowodowała wybuch. Ale już od paru miesięcy zaostrzała się polityczna kłótnia na łamach gazet i na forum różnych organizacji społecznych. Wielu Węgrów miało nadzieję, że tegoroczne wybory doprowadzą do odsunięcia postkomunistów od władzy i wpływu na gospodarkę. Że na Węgrzech coś się zmieni. Tymczasem tak się nie stało, a obecny rząd węgierski zaczął traktować ludzi w taki sam sposób, jak robiły to rządy sprzed 1989 roku. Przestał zupełnie liczyć się z ludźmi. Uruchomił propagandę, która nie podaje prawdziwych danych o bezrobociu, o sile waluty węgierskiej czy możliwościach inwestowania. Pogorszyły się warunki życia ze względu na podwyżki czynszu, energii i żywności. W tym samym czasie grupy interesu powiązane z władzą prosperują świetnie.
Ale przecież sam premier uosabia przełom pokoleniowy w środowisku postkomunistycznej lewicy.
Odchodzą starzy komuniści, a na ich miejsce przychodzą ich synowie i córki. Albo wychowankowie z socjalistycznych młodzieżówek, jak na przykład obecny premier. Być może nie zyskaliby oni żadnego wpływu na Węgrzech, gdyby nie to, że wykorzystali dawne znajomości na Zachodzie oraz państwowy kapitał, dzięki któremu na bardzo niejasnych zasadach potworzyli swoje spółki. I takich partnerów, co jest smutne, znaleźli niektórzy zachodni inwestorzy. W ten sposób stworzyła się przepaść między tymi, którzy w jakiś sposób mogli korzystać z patologii systemu, a tymi, którzy zostali pozostawieni sami sobie. Teraz jeszcze do tego doszła buta obecnego rządu.
Co może wydarzyć się na Węgrzech w najbliższych dniach?
Po tych gwałtownych protestach Węgrzy bardzo mocno się podzielili. Niewiele jest osób, które nie mają własnego zdania. Wyborcy obecnego rządu mocno go popierają i będą go bronić albo ze względów emocjonalnych, albo w obawie przed utratą zysków w udziale we władzy. Zaś prawica bardzo się zradykalizowała. Mówi się nawet o dalszych protestach, jeśli premier nie odejdzie. Właśnie przed momentem Europejska Partia Demokratów w Parlamencie Europejskim wezwałą premiera do ustąpienia. Jeśli nie odejdzie, to o wszystkim zadecydują wybory lokalne za niecałe dwa tygodnie.
Laszlo Szentesizoldi – komentator konserwatywnego tygodnika „Magyar Nemzet”
Laszlo Szentesizoldi: Trzeba najpierw sprostować mit o szybkim rozwoju gospodarczym. Lewicowe rządy nie przeprowadziły żadnych istotnych reform, deficyt budżetowy państwa jest rekordowy nawet jak na Europę Środkową. Środowiska postkomunistyczne tylko udawały liberalnych menedżerów, ale w rzeczywistości czysta polityczna dominacja była dla nich ważniejsza niż rozwój gospodarczy czy rozwiązanie społecznych konfliktów. Proszę pamiętać, że zamieszki o mniejszej skali miały miejsce już w 1989 roku, i to po tym, jak zerwaliśmy z totalitaryzmem. Potem były uliczne protesty z 1995 roku. Te wczorajsze przypominały skalą i siłą zamieszki w Irlandii Północnej. A moim zdaniem kryzys jeszcze się zaostrzy.
Rząd twierdzi, że na ulicach w Budapeszcie grasowały bandy chuliganów. I że polityczne wykorzystywanie zamieszek będzie atakiem na demokrację.
To kłamstwo. Wczorajsze protesty przypominały rewolucję 1956 roku. Ludzie skandowali hasła z tamtych czasów, takie jak „Wolne Węgry”, „Socjaliści do domu”, „Policja z nami“. Uderzyli na symbole medialnej hegemonii, takie jak siedziba telewizji, która teraz jest kojarzona z władzą, a wcześniej była symbolem starej partii komunistycznej. Zaatakowano też, dokładnie tak jak w Październiku 1956, budynek ministerstwa finansów.
Dlaczego protesty były tak gwałtowne?
Bo społeczne rozczarowanie jest totalne. A ujawnienie wewnętrznego komunikatu postkomunistycznego premiera, że cała jego władza opiera się na okłamywaniu opinii publicznej, było iskrą, która spowodowała wybuch. Ale już od paru miesięcy zaostrzała się polityczna kłótnia na łamach gazet i na forum różnych organizacji społecznych. Wielu Węgrów miało nadzieję, że tegoroczne wybory doprowadzą do odsunięcia postkomunistów od władzy i wpływu na gospodarkę. Że na Węgrzech coś się zmieni. Tymczasem tak się nie stało, a obecny rząd węgierski zaczął traktować ludzi w taki sam sposób, jak robiły to rządy sprzed 1989 roku. Przestał zupełnie liczyć się z ludźmi. Uruchomił propagandę, która nie podaje prawdziwych danych o bezrobociu, o sile waluty węgierskiej czy możliwościach inwestowania. Pogorszyły się warunki życia ze względu na podwyżki czynszu, energii i żywności. W tym samym czasie grupy interesu powiązane z władzą prosperują świetnie.
Ale przecież sam premier uosabia przełom pokoleniowy w środowisku postkomunistycznej lewicy.
Odchodzą starzy komuniści, a na ich miejsce przychodzą ich synowie i córki. Albo wychowankowie z socjalistycznych młodzieżówek, jak na przykład obecny premier. Być może nie zyskaliby oni żadnego wpływu na Węgrzech, gdyby nie to, że wykorzystali dawne znajomości na Zachodzie oraz państwowy kapitał, dzięki któremu na bardzo niejasnych zasadach potworzyli swoje spółki. I takich partnerów, co jest smutne, znaleźli niektórzy zachodni inwestorzy. W ten sposób stworzyła się przepaść między tymi, którzy w jakiś sposób mogli korzystać z patologii systemu, a tymi, którzy zostali pozostawieni sami sobie. Teraz jeszcze do tego doszła buta obecnego rządu.
Co może wydarzyć się na Węgrzech w najbliższych dniach?
Po tych gwałtownych protestach Węgrzy bardzo mocno się podzielili. Niewiele jest osób, które nie mają własnego zdania. Wyborcy obecnego rządu mocno go popierają i będą go bronić albo ze względów emocjonalnych, albo w obawie przed utratą zysków w udziale we władzy. Zaś prawica bardzo się zradykalizowała. Mówi się nawet o dalszych protestach, jeśli premier nie odejdzie. Właśnie przed momentem Europejska Partia Demokratów w Parlamencie Europejskim wezwałą premiera do ustąpienia. Jeśli nie odejdzie, to o wszystkim zadecydują wybory lokalne za niecałe dwa tygodnie.
Laszlo Szentesizoldi – komentator konserwatywnego tygodnika „Magyar Nemzet”
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|