Najprostsza analogia między wydarzeniami na Węgrzech a sytuacją w Polsce. Dlaczego wybuchły rozruchy? Bo premier Gyurcsany przyszedł do Michnika. Dopatrywanie się analogii bezpośrednich, a przez to bardzo powierzchownych i prostackich, ogarnęło wszystkich.
Politycy opozycyjni wyrazili nadzieję, że lada moment budapesztański scenariusz powtórzy się w Warszawie. Tłumy ruszą na Woronicza szturmować telewizję i będą oblegać Sejm na Wiejskiej. Nikt nie odważył się wprawdzie zwołać wiecu protestacyjnego, ale Jan Rokita dał do zrozumienia, że gdyby narodził się spontaniczny, masowy ruch protestu, jest gotowy stanąć na czele. Eksperci przepowiedzieli, że u nas to samo nastąpi, ale dopiero za pół roku, kiedy gospodarka tąpnie.
Wszystko razem przypomina mi demonstrację stoczniowców zachodnioniemieckich, którzy w 1980 roku manifestowali pod hasłem „W Bremie jak w Gdańsku – zajmiemy stocznie”. Inny kraj, inny ustrój, inna sytuacja, inne problemy – tylko rozwiązanie to samo. Nas z Węgrami łączy tylko problem transformacji ustrojowej. Metody jego rozwiązania były już różne. Różny jest potencjał i ludnościowy, i gospodarczy, różnią nas wskaźniki ekonomiczne i nawet poziom życia, po epoce gulaszowego komunizmu, tym razem korzystny dla Polski. Identyczne są natomiast powody, dla których doszło do wybuchu, ale są one wspólne nie tylko dla wszystkich postkomunistycznych państw Europy Wschodniej, ale dla wszystkich demokracji europejskich. U nas nie zostały jakoś nazwane w komentarzach, może dlatego, że ich zdefiniowanie nikomu nie przynosi ani korzyści, ani chluby. Ani rządowi, ani opozycji.
Powodem węgierskich rozruchów nie jest przecież nawet przyznanie się szefa rządu do cynicznego okłamywania społeczeństwa, tylko coś o wiele głębszego, czego kłamstwo jest nieodłącznym elementem. To obrzydliwy populizm. Przedstawianie przez polityków własnego kraju i całego świata nie takimi, jakimi są naprawdę, nawet nie takimi, jakimi w idealnych wyobrażeniach powinni być, tylko takimi, jakimi zdaniem polityków społeczeństwo chciałoby, aby im oba te byty – świat i Polskę – pokazywano.
Jest to kreowanie nieistniejącej rzeczywistości na użytek ciemnego motłochu, który oczarowany powinien zrobić tylko jedno – oddać na czarodziejów i iluzjonistów głos w wyborach lub badaniach opinii publicznej. Kłamstwo jest piętrowe, bo obywatele wcale nie chcą, aby ich karmiono złudzeniami. Woleliby prawdę. Ale politycy rzadko mają klasę Winstona Churchilla, który potrafił obiecać Brytyjczykom tylko krew, pot i łzy. Wolą kłamać.
Kiedy ludzie się orientują w końcu w rozmiarach oszustwa, wychodzą na ulicę, jak w Budapeszcie. Ale zanim ten dramatyczny moment nastąpi, żyją z przyjemnością w zbudowanej dla nich przez polityków krainie ułudy, żarliwie wierząc, że za chwilę, bez ich własnego wysiłku, bez wyrzeczeń, tylko za sprawą polityków nastanie błogosławiony dobrobyt dla wszystkich, a jeśli jeszcze ta szczęsna chwila nie nastała, to tylko z powodu złośliwości aktualnie rządzących, albo kłód rzucanych im pod nogi przez opozycję. Kto tam chce w co i komu wierzyć.
Na Węgrzech przyłapano na kłamstwie partię socjalistyczną. Ale we współczesnej Europie niemal wszystkie liczące się partie polityczne, obojętnie – pobożne czy bezbożne – są z ducha socjalistyczne. Obiecują rozdawnictwo pieniędzy, których nie ma i państwową dobroczynność, na którą tych, co to państwo utrzymują, to znaczy podatników nie stać. I albo nie dotrzymują słowa, nie rozdając czy rozdając tylko swoim, albo dotrzymują, doprowadzając gospodarkę i państwo do ruiny. Całe szczęście, że mamy na ogół bardzo krótką pamięć zbiorową, bo gdyby tak Polacy pamiętali wszystkie obietnice i zapowiedzi wyborcze z ostatnich 15 lat i próbowali je rozliczać, żylibyśmy w stanie permanentnej rewolucji ulicznej.
Na węgierskie kłamstwa dali się nabrać nie tylko Węgrzy, ale także świat, nie wyłączając agencji ratingowych, oceniających stopień wiarygodności finansowej, a tym samym i politycznej poszczególnych państw. Teraz zweryfikowali wysokie notowania Węgier sami Węgrzy. Polska ma nadal wysokie notowania i rzeczywiście lepsze położenie i gospodarcze, i finansowe. Ale proszę popatrzeć, co wyprawiają w debacie nad przyszłorocznym budetem koalicjanci. Jak rozdrapują prognozy wzrostu gospodarczego, jak starają się wyrwać pieniądze, których jeszcze nie ma i nie wiadomo na pewno, czy będą, żeby kupić sobie za nie wyborców i ich złudzenia. Buduje się nowe złudzenia, nowe zamki na lodzie. Krętactwa i łgarstwa są formą umizgów do społeczeństwa. Politycy, jak stare, uróżowane kokoty wdzięczą się do nas z telewizyjnych ekranów w nadziei, że uznamy ich za zniewalające urokiem dziewice. A przecież któregoś dnia zauważymy oszustwo, z pomocą magnetofonu lub bez.