Otóż Owen Roberts był jednym z dziewięciu członków sądu. Najmniej znanym, za to o najbardziej chwiejnych przekonaniach. Gdy pozostali sędziowie dzielili się po równo, jego głos rozstrzygał. A że trudno było przewidzieć, jakie zajmie stanowisko, można powiedzieć, że przez parę lat to on rządził wielkim krajem. I trzymał wszystkich w szachu.
Dzisiejsza Polska stała się na moment krajem Pawlaka. To prezes PSL zdecyduje (wchodząc do nowej koalicji lub tego odmawiając), czy czekają nas szybkie wybory, czy dalsze rządy Jarosława
Kaczyńskiego. Jeśli szukamy polskiego polityka obdarzonego dziś wolną wolą, najbliższy ideału jest, przynajmniej na moment, Waldemar Pawlak.
To skądinąd inny Pawlak niż premier sprzed 12 lat: niekomunikatywny, obśmiewany przez dziennikarzy i SLD-owskiego koalicjanta. Dziś jest bardziej elokwentny, gra na giełdzie, waży słowa,
kalkuluje. Jego poglądy i plany są wprawdzie równie wyraźne jak sędziego Robertsa, ale stojący przed nim wybór jawi się klarowny. Wchodząc do rządu, zagra o wiele. Lepper pokazał, że rola
wicepremiera i ministra rolnictwa to klucz do jakiejś części chłopskich głosów, o ile nie zmarnuje się tego polityczną nadpobudliwością. Ludowcy mają dziś słabszą pozycję w sondażach
niż Samoobrona, ale są partią z tradycjami i kadrami. Mogą grać.
Pawlak ma też przed sobą inną drogę. Nieprzypadkowo lubi się konsultować z Donaldem Tuskiem i zaprasza go do dziwacznej większości konstytucyjnej, która jest dymną zasłoną skrywającą
właściwe zamiary. Nieprzypadkowo w porannej rozmowie w radiowej „Trójce” powiedział ostatnio, że ze zwolennika państwowej interwencji przedzierzgnął się w prawie
liberała. I nieprzypadkowo to pod jego przywództwem PSL, od lat lgnące raczej do lewicy, to potencjalny sojusznik PO w wyborach samorządowych. Stworzenie wiejskiej nogi Platformy –
również w wyborach parlamentarnych – może być ratunkiem dla słabnących ludowców. Bardziej niż współpraca z PiS, które samo wkracza energicznie na wieś, używając w tym celu
między innymi rozłamowców z partii Pawlaka.
Obie drogi mogą się okazać tyleż kuszące co niebezpieczne. Ludowcy zdają się wierzyć, że partia Kaczyńskiego wyciśnie każdego swego sojusznika jak cytrynę, niczym partię Romana
Giertycha. Współpraca z PO może być bardziej partnerska, pytanie jednak, na ile zrozumieją ją wiejscy wyborcy. I czy liderzy tego ugrupowania nie wykorzystają partii Pawlaka do rozbicia
obecnego układu, by ostatecznie nie wziąć go na listy, uznając PSL za zbędny balast?
Wybór Pawlaka jest więc dramatyczny, ale daje mu chwilowo poczucie siły. Warto zwlekać. Na jego tle inni główni rozgrywający wydają się dużo bardziej zdeterminowani przez okoliczności,
choć często wynikają one z ich własnych, zaledwie wczorajszych wyborów.
Można się zastanawiać, czy huśtając koalicyjną łodzią, Andrzej Lepper miał na widoku lepszy wynik w wyborach samorządowych bądź nawet nowe rozdanie dające mu w nowym parlamencie jeszcze
mocniejszą niż dotąd pozycję rozstrzygającego języczka u wagi. Czy spodziewał się takiego finału? Zaryzykował wiele, przede wszystkim może wygodną pozycję negocjatora chłopskich
interesów w Brukseli przekładającą się na chłopskie głosy. Ale może mamy do czynienia z dramatem człowieka próbującego tylko uprzedzić akcję wsysania jego partii przez silniejszego
partnera, czyli PiS? Co było pierwsze: zwody Leppera czy próba kaptowania jego zupełnie bezwolnych posłów? Nawet jeśli to drugie (sygnały tej treści płynęły od miesięcy), mści się sama
konstrukcja Samoobrony opartej na wodzowskiej woli jednego człowieka, teoretycznie odwołującej się do frustracji i tęsknot zwykłych Polaków, ale dziwnie niezakorzenionej, przypadkowej,
pozbawionej lokalnych liderów, łatwej do wywrócenia jak domek z kart, nawet przy niezłych notowaniach.
Także Donald Tusk jest konsekwentny wobec swoich wcześniejszych zachowań. Od powyborczej frustracji po decyzję, aby grać na kompletne zużycie się obecnego rządowego układu. Ta gra dała
Platformie – wbrew zarzutom, że niewyrazista, nieczytelna programowo – pozycję silnej partii żywiącej się wpadkami i błędami konkurenta u władzy. Partii, która może z
powodzeniem zająć pierwsze miejsce w kolejnych wyborach. Jeśli coś może dziś męczyć szefa PO, to co najwyżej pytanie, w którym momencie postawić na wywrócenie stolika. Przeć do wyborów
już dziś – wykorzystując do tej gry Pawlaka, a chwilami może nawet Leppera – czy czekać na dalsze kłopoty braci Kaczynskich i spadek ich notowań w sondażach. Bo ten spadek
może nastąpić, ale może też przyjść (cudowne z dzisiejszej perspektywy, ale cuda się zdarzają) odrodzenie skazywanego na przegraną PiS.
Nawet jednak jeśli Tuskowi perspektywa ta nie daje spać po nocach, jego rozterki wydają się komfortowe wobec obecnej szamotaniny Leppera. Liderowi Platformy opłaca się zarówno histeryczna
opozycyjność (manifestacje wzorowane na węgierskich), jak i dziwna pobłażliwość wobec wszystkich łącznie z Lepperem, ale poza Kaczyńskim. Nawet jeśli część z tego to kiksy, duże,
stabilne ugrupowanie może sobie na nie pozwolić. Tylko cel ostateczny jest dwuznaczny. Przyszłe rządy z centrolewem Olejniczaka i Borowskiego w kolejnym parlamencie (a to jedyna logiczna droga)
wydają się zaprzeczać temu, co Platforma mówiła jeszcze rok wcześniej o naprawie państwa. No, ale konsekwencja nie jest szczególną cnotą współczesnej polskiej polityki.
Pogubiony jest za to Jarosław Kaczyński, i to w momencie, w którym osiągnął swój szczyt, czyli premierostwo. Jego też można zrozumieć. Zakończenie bijatyk z Lepperem było chyba konieczne,
nawet jeśli wszyscy będą mówić o niezdolności lidera PiS do porozumienia z kimkolwiek. Trudno się też dziwić brutalnej technice jego obecnych starań o utrzymanie władzy: kaptowaniu
przypadkowych parlamentarzystów czy szantażowaniu ludowców skądinąd wątpliwym projektem zmian w ordynacji. Takie rzeczy robi się w polityce pod każdą szerokością geograficzną, a obecny
premier walczy o życie.
Paradoksalnie to, co stało się z Lepperem, można by odbierać jako pokraczny refleks dawnej koncepcji Kaczyńskiego: budowania bloku ludowo-narodowego. Gdyby PiS udał się manewr z pozostawieniem
Leppera na lodzie, a zarazem przechwyceniem jego politycznych aktywów, byłby to krok w kierunku uporządkowania naszej chybotliwej sceny. Tyle że (pomijając już to, że pogłoski o śmierci
Leppera są mocno przedwczesne) towarzyszy temu chroniczna niepewność co do przyszłości ewentualnej koalicji. Wszystkie echa wielotygodniowych negocjacji, pogłoski o przetargach będą biły w
PiS. Pokazują to pierwsze sondaże sprawdzające, kogo Polacy winią za obecną sytuację. A w dodatku (i to wydaje mi się najważniejsze) do wyborów obecny rząd pójdzie w dużej mierze z
pustymi rękami. Z publicystyką zamiast podjętych decyzji i uchwalonych ustaw.
Tym bardziej to bolesne, że rządzić trzeba będzie dalej, a znika Lepper jako alibi, wychodzą za to na wierzch coraz mocniej mankamenty obecnych rządów. To lider Samoobrony domagał się głowy
prezesa Wildsteina, ale to PiS chce przekształcić publiczną telewizję w partyjną przybudówkę. To Lepper domagał się głośno personalnych łupów, ale to PiS nie wypracowało żadnych
standardów polityki kadrowej. To Samoobrona chciała naciągać do ostateczności budżet, ale to PiS (występując, przyznajmy, w obronie budżetowego rozsądku) nie może się zabrać za reformę
finansów publicznych. To wszystko premier może uważać za wypadki przy pracy, jeśli nie konsekwencję własnej wizji państwa, ale jako wytrawny polityk nie może nie zauważyć, że lista
sukcesów jego ekipy jest (poza paroma projektami Ziobry i Dorna) mizerna. Przedwczesne wybory są dla Kaczyńskiego groźniejsze niż pół roku temu, gdy można było twierdzić: Nie dali nam nic
zrobić.
Rzecz jasna, Kaczyński również nie jest pozbawiony atutów. PiS lepiej robi kampanie wyborcze, niż rządzi. Łatwo sobie wyobrazić Michała Kamińskiego i Adama Bielana organizujących wielką
propagandową akcję pod hasłem: „Egzotyczna koalicja Tuska i Leppera przeszkadza nam zrobić cokolwiek”. Innym atutem premiera jest zapomniany dziś nieco prezydent. Prawo weta
w jego rękach uzależnia od niego jakikolwiek rząd, nie tylko w tym Sejmie. Są to jednak atuty zawodne, ułatwiające raczej niszczenie niż budowanie, a to w polityce nie zawsze wychodzi na
zdrowie. Dlatego liderzy PiS są gotowi podtrzymywać obecny parlament za dużą cenę. I zapewne przykładowo wygonią z resortu rozwoju regionalnego dobrego ministra Grażynę Gęsicką, żeby
zrobić miejsce dla PSL-owskiego funkcjonariusza. O ile tylko Pawlak zechce.
No właśnie, czy zechce? Bezbarwny niczym sędzia Roberts, stojący na czele partii, której przekaz stał się już od dawna tak zygzakowaty, że trudno zrozumieć, o co jej chodzi, polityk ten
kieruje się sobie tylko znanymi motywami. Ci, co go znają, twierdzą, że biznesowo-towarzyskie stosunki, na przykład z Janem Krzysztofem Bieleckim, mogą go pchnąć ku Platformie. Jeśli zatem
PO zechce wyborów, będą wybory. Z drugiej strony Pawlak już nigdy może nie mieć szansy na urząd wicepremiera. Ciężki dylemat.
To paradoks, że jego rozstrzygnięcie przez polityka bez wyraźnych właściwości przesądzi kolejną rundę meczu między dwiema formacjami, które całkiem niedawno obiecywały Polakom moralną
rewolucję i naprawę państwa.
Pytania: „Kto winien?” nie warto już nawet stawiać.