Wszystkie partie uderzyły w surmy, a odpowiedziała im cisza, co pokazuje, jak mało wiarygodni są polscy politycy. O tym, co wynika z sobotnich manifestacji w Warszawie, piszą dla DZIENNIKA znani publicyści.
Jacek Żakowski, publicysta "Polityki"
Jeżeli sobotnie demonstracje miały stanowić pokaz siły i poparcia społecznego, to i dla rządzących, i dla opozycji zakończyły się klapą. Okazały się one bowiem zaledwie spotkaniem aktywu na świeżym powietrzu. Działacze wysłuchali paru haseł i poszli do domów. Wszystkie partie uderzyły w surmy, a odpowiedziała im cisza, co pokazuje, jak mało wiarygodni są polscy politycy. Ludzie nie wierzą ani w to, że PiS jest ostatnią deską ratunku dla naszej rozkradanej, opanowanej przez agentów Ojczyzny, ani w słowa PO, iż rządy PiS to finis Poloniae. O Romanie Giertychu, który zgromadził dwa tysiące staruszek i młodych mężczyzn, a mówi, że ma tytuł do poważnego udziału w kształtowaniu losów Polski, nawet nie warto wspominać. Mecz drużyny siatkarskiej gromadzi więcej osób, a przecież wszystkie sobotnie imprezy zorganizowano pod hasłami ratowania Ojczyzny. I nie chodzi tu o to, że Polacy „mają Polskę w nosie”, ale o to, iż uważa proroków za fałszywych. To powinien być sygnał alarmowy dla klasy politycznej, że społeczeństwo nie traktuje ich poważnie, ma za niewiarygodnych i niekomunikatywnych. W końcowym bilansie przegrywają nie tylko obie strony sporu politycznego, ale całe społeczeństwo. Kiedy elity polityczne nie są wiarygodne i nikt ich nie słucha, powstaje polityczna próżnia, którą ktoś wcześniej czy później wypełni. Dawniej takim „wypełniaczem” był Stan Tymiński, ale na szczęście udało się go powstrzymać. Do tej roli aspiruje też Andrzej Lepper, ale przez wszystkie wolty, które ostatnio wykonuje, także traci wiarygodność trybuna ludowego. Owa próżnia stwarza sytuację niebezpieczną, bo nie wiadomo, komu uda się ją wykorzystać. Może to być osoba czy formacja bardzo szkodliwa, jak populiści albo demagodzy często głoszący skrajne prawicowe lub lewicowe poglądy. Demonstracje przede wszystkim pokazały to zagrożenie.
Janina Paradowska, publicystka "Polityki"
Podoba mi się to, że w sobotnie przedpołudnie ludzie – zamiast pójść do supermarketu – chcą w sposób pokojowy wyrazić swoje poglądy, z kimś się utożsamić czy przeciw czemuś zaprotestować. Za mało mamy tego rodzaju aktywności obywatelskiej, a w polskim krajobrazie polityczne demonstracje powinny stać się czymś zupełnie naturalnym. To dobrze, iż partie próbują mobilizować swoich członków, a przy okazji także jakąś część elektoratu. Przy bierności społeczeństwa ma to szansę zwiększyć zaangażowanie ludzi w politykę. Sama nie uczestniczyłam w sobotnich wiecach, lecz, chodząc ulicami Warszawy, starałam się przyjrzeć im z bliska. Każda pokazała charakterystyczny dla danej części elektoratu sposób myślenia. Ta pod Pałacem Kultury odbywała się w tonach patriotycznych, a zarazem dość ponurych. Inaczej odebrałam manifestację PO, która wydała mi się w gruncie rzeczy radosną. Zupełnie nieudana natomiast była w moim przekonaniu akcja LPR. Raziła mnie ta niesłychana megalomania Romana Giertycha przy dość niskiej zdolności mobilizacji szeregów jego zwolenników, co by poświadczało marną pozycję Ligi w sondażach i utwierdzało mnie w przekonaniu, że Giertych może liczyć tylko na Młodzież Wszechpolską. Bardzo krytycznie oceniam dyskusję poprzedzającą sobotnie wydarzenia. Nie mogłam pojąć, dlaczego to, że partie chcą pokazać się publicznie i zaistnieć – choćby po to, by przypomnieć o sobie – miałoby nagle zrodzić straszne zagrożenie. Nazywano to wyprowadzaniem ludzi na ulicę i starano się nam wmówić, iż dialog polityczny może toczyć się wyłącznie w parlamencie. Zupełnie nieodpowiedzialne wydawały mi się groźby komisarza Marcinkiewicza, który podgrzewał atmosferę, zapowiadając olbrzymią mobilizację sił policyjnych, by zapobiec paraliżowi miasta. W demokratycznym systemie takie zachowania są niedopuszczalne.
Rafał Ziemkiewicz, publicysta „Rzeczpospolitej”
Manifestacje pokazały zwycięstwo krążącego w SMS-ach i rozmowach hasła, że „normalni Polacy maszerują do pracy”. Wykazaly, że to, co straszliwie rozgrzewa bezpośrednio zaangażowanych w politykę, przez społeczeństwo przyjmowane jest dość obojętnie. Poza aktywnymi działaczami partyjnymi i młodzierzówkami w demonstracjach wzięło udział bardzo niewiele ludzi. Jeśli się komuś marzyła powtórka z Budapesztu, to musiał być wielce rozczarowany. Jeżeli PO liczyła, że wywrze presję na posłów, którzy poczują się zmuszeni do głosowania za samorozwiązaniem Sejmu, z całą pewnością nie osiągnęła zamierzonych celów. Jeżeli PiS i i LPR chodziło o pozbawienie partii Tuska argumentu masowego poparcia społecznego, to też się zawiodły. Pomysł robienia polityki na ulicy poniósł klęskę. Zwyciężyła absencja. Być może uświadomi to politykom, że przesadzili w pogrzewaniu sytuacji i że nie ma większych niż wcześniej zasobów społecznego niezadowolenia do zmobilizowana. Nic się tak naprawdę w polskiej polityce nie zmieniło. Trzeba więc uprawiać ją za pomocą normalnych, konwencjonalnych środków. Mam nadzieję, że dotrze to do świadomoci polityków, aczkolwiek stopień ich zacietrzewienia jest ogromny. Generalnie cała sytuacja jest nieco zaskakująca. Gdyby ktoś czerpał wiedzę o kraju tylko z TVN 24 i radia TOK FM, mógłby myśleć, że w Polsce stoimy na krawędzi wojny domowej. Jednak w ubiegłym tygodniu ruchy kursu złotego na rynku walutowym były dosłownie groszowe, z czego można by wnioskować, że nic się specjalnego nie dzieje. Kompromituje to świat naszej polityki, który nie potrafi sobie radzić bez rozpętywania histerii. Na podtrzymywaniu poczucia ciągłego napięcia zależy obu stronom politycznego konfliktu: PO, bo, decydując się na wątpliwe sojusze z Lepperem czy SLD, musi się z nich usprawiedliwić przez stworzenie wrażenia wyższej konieczności i stanu zagrożenia państwa czy demokracji. PiS, gdyż w atmosferze społecznego poruszenia można uniknąć pewnych kłopotliwych pytań. Politycy dostali jasny i wyraźny sygnał, że Polacy nie akceptują takiej sytuacji i po prostu chcą spokoju.
Michał Karnowski, publicysta
Oto kolejny paradoks polskiej polityki: przez stolicę przechodzą najpotężniejsze demonstracje od lat, w sumie około 20 tys. ludzi, a Polacy patrzą na to z dużym większym dystansem niż na dużo mniejsze protesty w latach wcześniejszych. I nie dlatego, by nie interesowała ich polityka.
Wyborcy dobrze czują to, co próbują ukryć organizatorzy: plastikowość całej akcji. W Warszawie spotkały się głównie aparaty partyjne plus rodziny i co nieco sympatyków. Z naciskiem na „nieco”. Partia załatwiła pociągi, autokary, ustaliła objazdy i przygotowała scenę plus nagłośnienie. Wszystko było dokładnie wyreżyserowane i tylko – delikatnie mówiąc – nieeleganckie porównanie Jana Rokity do „złośliwego pokemona” spontanicznie wymknęło się prowadzącemu wiec PiS Michałowi Kamińskiemu. Reszta, nawet cudowne złagodnienie Stefana Niesiołowskiego, zapisano wcześniej w scenariuszach.
Trudno także zrozumieć, dlaczego zwykły Polak miałby nagle żądać na ulicy odejścia rządu Jarosława Kaczyńskiego czy jego obrony. Polacy są chyba mądrzejsi od partyjnej propagandy obu ugrupowań i wiedzą, że nie jest to ani rząd najgorszy z dotychczasowych, ani idealny. Niech rządzi i zostanie oceniony, jak to w demokracji się dzieje: przy urnie wyborczej.
Ten dystans sprawił, że trudno mówić o jakimś znaczącym przełomie w polskiej polityce. Platforma zgromadziła 11 tys. ludzi i pod tym względem lekko pokonała PiS (8 tys.), ale miała dużo więcej czasu na przygotowania. Na pewno jednak nie osiągnęła efektu nokautu, w sobotę nie narodził się ruch obywatelski przeciw władzy Kaczyńskim – a to przecież było celem Błękitnego Marszu.
PiS zaskoczył defensywnym językiem, pokazał, że czuje się jak w oblężonej twierdzy. Ale udowodnił też, że trwa, ma spore poparcie i sprawny aparat partyjny. W sumie, między PiS a PO był remis z leciutkim wskazaniem na PiS. Bo wypadł lepiej, niż się można było spodziewać, a PO – gorzej niż sądzono.
Sporo punktów zebrał natomiast Roman Giertych. Pokazał, że choć w sondażach wypada słabo, to LPR nadal dysponuje znaczną siłą. Wykrzyczał też Polakom swoje nowe hasło: Jestem nie tylko bardziej radykalny, ale i uczciwszy od PiS! Czy zadziała? – wątpliwe. Ale na pewno jest w tym jakiś polityczny pomysł.
Sporo zyskały też sztaby wyborcze obu formacji – tyle pięknych zdjęć liderów na tle narodowych flag i tłumów zwolenników z pewnością przyda się do wyborczych spotów w przyszłości. I tylko same partie wiedzą dokładnie, ilu było tam prawdziwych zwolenników, a ilu działaczy. Wiedzą, ale nie powiedzą.
Monika Olejnik, dziennikarka TVN 24
Frekwencja na sobotnich manifestacjach nie była może oszałamiająca w skali naszego kraju czy nawet Warszawy, ale nie można sprowadzać tej akcji tylko do suchych liczb. Wszystkie imprezy były bardzo udane, przyszli na nie tylko działacze, ale także zwykli ludzie. Nie doszło do żadnych awantur czy przepychanek, a atmosfera była bardzo dobra. Każdy z liderów mógł spokojnie powiedzieć wszystko, co zaplanował. Szkoda, że to nie trybuna sejmowa, ale ulica jest miejscem podobnych wystąpień, ale może wyzwala to jakiś ruch społeczny i chęć uczestniczenia w polityce. LPR postanowiła zawalczyć o swój elektorat, a Roman Giertych – przyspieszyć... Rodzi się pytanie, co w takim razie robi on na posiedzeniach Rady Ministrów, skoro politykę swego ugrupowania realizuje na wiecach. Zapowiedział też, że LPR nie będzie już „młodszą siostrą”, co chyba oznacza, iż zamierza przejąć rząd, a może zostać premierem? Jarosław Kaczyński miał natomiast wiec poparcia, tylko nie wiadomo po co, bo przecież rządzi i nie musi udowadniać, że ma wielu zwolenników. A co najważniejsze – jak stwierdził niedawno Lech Kaczyński – popiera go prezydent. Nie wiadomo jeszcze, czy ten wiec utwierdził Jarosława Kaczyńskiego w przekonaniu, że wyborcy są po jego stronie i za wszelką cenę trzeba tworzyć koalicję rządową. Mógł on równie dobrze stwierdzić, iż lepiej będzie jak najszybciej rozpisać nowe wybory, bo ma zwycięstwo w kieszeni.
Najwięcej zyskała chyba PO, gdyż udało się jej przyciągnąć największą liczbę zwolenników. Aczkolwiek przeciwnicy PO powiedzą na pewno, że Platforma już od miesięcy umawiała demonstrantów, natomiast manifestacja PiS miała charakter spontaniczny. Co więcej, można usłyszeć, że na ogłaszany tak szumnie marsz Platformy przyszło mało osób i nie udało się wywrzeć nacisku na rząd. Jednak trzeba pamiętać, iż głównym celem PO było pobudzenie społeczeństwa, a nie obalanie rządu Kaczyńskiego siłą. Wszystkie trzy manifestacje najbardziej potrzebne były chyba samym organizatorom, gdyż chcieli oni udowodnić, że mają społeczne poparcie i to wszystkim trzem się udało.
Jeżeli sobotnie demonstracje miały stanowić pokaz siły i poparcia społecznego, to i dla rządzących, i dla opozycji zakończyły się klapą. Okazały się one bowiem zaledwie spotkaniem aktywu na świeżym powietrzu. Działacze wysłuchali paru haseł i poszli do domów. Wszystkie partie uderzyły w surmy, a odpowiedziała im cisza, co pokazuje, jak mało wiarygodni są polscy politycy. Ludzie nie wierzą ani w to, że PiS jest ostatnią deską ratunku dla naszej rozkradanej, opanowanej przez agentów Ojczyzny, ani w słowa PO, iż rządy PiS to finis Poloniae. O Romanie Giertychu, który zgromadził dwa tysiące staruszek i młodych mężczyzn, a mówi, że ma tytuł do poważnego udziału w kształtowaniu losów Polski, nawet nie warto wspominać. Mecz drużyny siatkarskiej gromadzi więcej osób, a przecież wszystkie sobotnie imprezy zorganizowano pod hasłami ratowania Ojczyzny. I nie chodzi tu o to, że Polacy „mają Polskę w nosie”, ale o to, iż uważa proroków za fałszywych. To powinien być sygnał alarmowy dla klasy politycznej, że społeczeństwo nie traktuje ich poważnie, ma za niewiarygodnych i niekomunikatywnych. W końcowym bilansie przegrywają nie tylko obie strony sporu politycznego, ale całe społeczeństwo. Kiedy elity polityczne nie są wiarygodne i nikt ich nie słucha, powstaje polityczna próżnia, którą ktoś wcześniej czy później wypełni. Dawniej takim „wypełniaczem” był Stan Tymiński, ale na szczęście udało się go powstrzymać. Do tej roli aspiruje też Andrzej Lepper, ale przez wszystkie wolty, które ostatnio wykonuje, także traci wiarygodność trybuna ludowego. Owa próżnia stwarza sytuację niebezpieczną, bo nie wiadomo, komu uda się ją wykorzystać. Może to być osoba czy formacja bardzo szkodliwa, jak populiści albo demagodzy często głoszący skrajne prawicowe lub lewicowe poglądy. Demonstracje przede wszystkim pokazały to zagrożenie.
Janina Paradowska, publicystka "Polityki"
Podoba mi się to, że w sobotnie przedpołudnie ludzie – zamiast pójść do supermarketu – chcą w sposób pokojowy wyrazić swoje poglądy, z kimś się utożsamić czy przeciw czemuś zaprotestować. Za mało mamy tego rodzaju aktywności obywatelskiej, a w polskim krajobrazie polityczne demonstracje powinny stać się czymś zupełnie naturalnym. To dobrze, iż partie próbują mobilizować swoich członków, a przy okazji także jakąś część elektoratu. Przy bierności społeczeństwa ma to szansę zwiększyć zaangażowanie ludzi w politykę. Sama nie uczestniczyłam w sobotnich wiecach, lecz, chodząc ulicami Warszawy, starałam się przyjrzeć im z bliska. Każda pokazała charakterystyczny dla danej części elektoratu sposób myślenia. Ta pod Pałacem Kultury odbywała się w tonach patriotycznych, a zarazem dość ponurych. Inaczej odebrałam manifestację PO, która wydała mi się w gruncie rzeczy radosną. Zupełnie nieudana natomiast była w moim przekonaniu akcja LPR. Raziła mnie ta niesłychana megalomania Romana Giertycha przy dość niskiej zdolności mobilizacji szeregów jego zwolenników, co by poświadczało marną pozycję Ligi w sondażach i utwierdzało mnie w przekonaniu, że Giertych może liczyć tylko na Młodzież Wszechpolską. Bardzo krytycznie oceniam dyskusję poprzedzającą sobotnie wydarzenia. Nie mogłam pojąć, dlaczego to, że partie chcą pokazać się publicznie i zaistnieć – choćby po to, by przypomnieć o sobie – miałoby nagle zrodzić straszne zagrożenie. Nazywano to wyprowadzaniem ludzi na ulicę i starano się nam wmówić, iż dialog polityczny może toczyć się wyłącznie w parlamencie. Zupełnie nieodpowiedzialne wydawały mi się groźby komisarza Marcinkiewicza, który podgrzewał atmosferę, zapowiadając olbrzymią mobilizację sił policyjnych, by zapobiec paraliżowi miasta. W demokratycznym systemie takie zachowania są niedopuszczalne.
Rafał Ziemkiewicz, publicysta „Rzeczpospolitej”
Manifestacje pokazały zwycięstwo krążącego w SMS-ach i rozmowach hasła, że „normalni Polacy maszerują do pracy”. Wykazaly, że to, co straszliwie rozgrzewa bezpośrednio zaangażowanych w politykę, przez społeczeństwo przyjmowane jest dość obojętnie. Poza aktywnymi działaczami partyjnymi i młodzierzówkami w demonstracjach wzięło udział bardzo niewiele ludzi. Jeśli się komuś marzyła powtórka z Budapesztu, to musiał być wielce rozczarowany. Jeżeli PO liczyła, że wywrze presję na posłów, którzy poczują się zmuszeni do głosowania za samorozwiązaniem Sejmu, z całą pewnością nie osiągnęła zamierzonych celów. Jeżeli PiS i i LPR chodziło o pozbawienie partii Tuska argumentu masowego poparcia społecznego, to też się zawiodły. Pomysł robienia polityki na ulicy poniósł klęskę. Zwyciężyła absencja. Być może uświadomi to politykom, że przesadzili w pogrzewaniu sytuacji i że nie ma większych niż wcześniej zasobów społecznego niezadowolenia do zmobilizowana. Nic się tak naprawdę w polskiej polityce nie zmieniło. Trzeba więc uprawiać ją za pomocą normalnych, konwencjonalnych środków. Mam nadzieję, że dotrze to do świadomoci polityków, aczkolwiek stopień ich zacietrzewienia jest ogromny. Generalnie cała sytuacja jest nieco zaskakująca. Gdyby ktoś czerpał wiedzę o kraju tylko z TVN 24 i radia TOK FM, mógłby myśleć, że w Polsce stoimy na krawędzi wojny domowej. Jednak w ubiegłym tygodniu ruchy kursu złotego na rynku walutowym były dosłownie groszowe, z czego można by wnioskować, że nic się specjalnego nie dzieje. Kompromituje to świat naszej polityki, który nie potrafi sobie radzić bez rozpętywania histerii. Na podtrzymywaniu poczucia ciągłego napięcia zależy obu stronom politycznego konfliktu: PO, bo, decydując się na wątpliwe sojusze z Lepperem czy SLD, musi się z nich usprawiedliwić przez stworzenie wrażenia wyższej konieczności i stanu zagrożenia państwa czy demokracji. PiS, gdyż w atmosferze społecznego poruszenia można uniknąć pewnych kłopotliwych pytań. Politycy dostali jasny i wyraźny sygnał, że Polacy nie akceptują takiej sytuacji i po prostu chcą spokoju.
Michał Karnowski, publicysta
Oto kolejny paradoks polskiej polityki: przez stolicę przechodzą najpotężniejsze demonstracje od lat, w sumie około 20 tys. ludzi, a Polacy patrzą na to z dużym większym dystansem niż na dużo mniejsze protesty w latach wcześniejszych. I nie dlatego, by nie interesowała ich polityka.
Wyborcy dobrze czują to, co próbują ukryć organizatorzy: plastikowość całej akcji. W Warszawie spotkały się głównie aparaty partyjne plus rodziny i co nieco sympatyków. Z naciskiem na „nieco”. Partia załatwiła pociągi, autokary, ustaliła objazdy i przygotowała scenę plus nagłośnienie. Wszystko było dokładnie wyreżyserowane i tylko – delikatnie mówiąc – nieeleganckie porównanie Jana Rokity do „złośliwego pokemona” spontanicznie wymknęło się prowadzącemu wiec PiS Michałowi Kamińskiemu. Reszta, nawet cudowne złagodnienie Stefana Niesiołowskiego, zapisano wcześniej w scenariuszach.
Trudno także zrozumieć, dlaczego zwykły Polak miałby nagle żądać na ulicy odejścia rządu Jarosława Kaczyńskiego czy jego obrony. Polacy są chyba mądrzejsi od partyjnej propagandy obu ugrupowań i wiedzą, że nie jest to ani rząd najgorszy z dotychczasowych, ani idealny. Niech rządzi i zostanie oceniony, jak to w demokracji się dzieje: przy urnie wyborczej.
Ten dystans sprawił, że trudno mówić o jakimś znaczącym przełomie w polskiej polityce. Platforma zgromadziła 11 tys. ludzi i pod tym względem lekko pokonała PiS (8 tys.), ale miała dużo więcej czasu na przygotowania. Na pewno jednak nie osiągnęła efektu nokautu, w sobotę nie narodził się ruch obywatelski przeciw władzy Kaczyńskim – a to przecież było celem Błękitnego Marszu.
PiS zaskoczył defensywnym językiem, pokazał, że czuje się jak w oblężonej twierdzy. Ale udowodnił też, że trwa, ma spore poparcie i sprawny aparat partyjny. W sumie, między PiS a PO był remis z leciutkim wskazaniem na PiS. Bo wypadł lepiej, niż się można było spodziewać, a PO – gorzej niż sądzono.
Sporo punktów zebrał natomiast Roman Giertych. Pokazał, że choć w sondażach wypada słabo, to LPR nadal dysponuje znaczną siłą. Wykrzyczał też Polakom swoje nowe hasło: Jestem nie tylko bardziej radykalny, ale i uczciwszy od PiS! Czy zadziała? – wątpliwe. Ale na pewno jest w tym jakiś polityczny pomysł.
Sporo zyskały też sztaby wyborcze obu formacji – tyle pięknych zdjęć liderów na tle narodowych flag i tłumów zwolenników z pewnością przyda się do wyborczych spotów w przyszłości. I tylko same partie wiedzą dokładnie, ilu było tam prawdziwych zwolenników, a ilu działaczy. Wiedzą, ale nie powiedzą.
Monika Olejnik, dziennikarka TVN 24
Frekwencja na sobotnich manifestacjach nie była może oszałamiająca w skali naszego kraju czy nawet Warszawy, ale nie można sprowadzać tej akcji tylko do suchych liczb. Wszystkie imprezy były bardzo udane, przyszli na nie tylko działacze, ale także zwykli ludzie. Nie doszło do żadnych awantur czy przepychanek, a atmosfera była bardzo dobra. Każdy z liderów mógł spokojnie powiedzieć wszystko, co zaplanował. Szkoda, że to nie trybuna sejmowa, ale ulica jest miejscem podobnych wystąpień, ale może wyzwala to jakiś ruch społeczny i chęć uczestniczenia w polityce. LPR postanowiła zawalczyć o swój elektorat, a Roman Giertych – przyspieszyć... Rodzi się pytanie, co w takim razie robi on na posiedzeniach Rady Ministrów, skoro politykę swego ugrupowania realizuje na wiecach. Zapowiedział też, że LPR nie będzie już „młodszą siostrą”, co chyba oznacza, iż zamierza przejąć rząd, a może zostać premierem? Jarosław Kaczyński miał natomiast wiec poparcia, tylko nie wiadomo po co, bo przecież rządzi i nie musi udowadniać, że ma wielu zwolenników. A co najważniejsze – jak stwierdził niedawno Lech Kaczyński – popiera go prezydent. Nie wiadomo jeszcze, czy ten wiec utwierdził Jarosława Kaczyńskiego w przekonaniu, że wyborcy są po jego stronie i za wszelką cenę trzeba tworzyć koalicję rządową. Mógł on równie dobrze stwierdzić, iż lepiej będzie jak najszybciej rozpisać nowe wybory, bo ma zwycięstwo w kieszeni.
Najwięcej zyskała chyba PO, gdyż udało się jej przyciągnąć największą liczbę zwolenników. Aczkolwiek przeciwnicy PO powiedzą na pewno, że Platforma już od miesięcy umawiała demonstrantów, natomiast manifestacja PiS miała charakter spontaniczny. Co więcej, można usłyszeć, że na ogłaszany tak szumnie marsz Platformy przyszło mało osób i nie udało się wywrzeć nacisku na rząd. Jednak trzeba pamiętać, iż głównym celem PO było pobudzenie społeczeństwa, a nie obalanie rządu Kaczyńskiego siłą. Wszystkie trzy manifestacje najbardziej potrzebne były chyba samym organizatorom, gdyż chcieli oni udowodnić, że mają społeczne poparcie i to wszystkim trzem się udało.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|