Krystyna Kurczab-Redlich, polska dziennikarka, autorka filmów o Czeczenii: – Dlaczego tak bardzo teraz współczujesz Czeczenom? – zapytałam Anię pewnego
wieczora 2002 r., gdy siedziałyśmy razem w nazrańskim hotelu Assa. Mijał kolejny rok tzw. drugiej wojny, którą Putin rozpoczął w sierpniu 1999 r. Nasze dziennikarskie drogi często się
krzyżowały, wielokrotnie przesiadywałam u Anny w „Nowoj Gazietie”, ale tamtego wieczora Politkowska po raz pierwszy otworzyła się przede mną: – Uprzytomniłam
sobie – mówiła. – że ci, których kaleczą te wojny są w wieku mojego syna i mojej córki. Zdałam sobie sprawę, że gdy mój syn szedł na studia, jego rówieśnicy w
Czeczenii szli do partyzantki.
Ania umiała ukazać światu okrucieństwo armii rosyjskiej i prowadziła drobiazgowe śledztwa, wyjawiając sprawców zbrodni. Dostawała pogróżki, nazywano ją zdrajczynią. Ale ona nie
kibicowała niepodległej Czeczenii i nie sympatyzowała z partyzantką. Była Rosjanką. Bolał ją cynizm własnej władzy, bezprawie własnej armii i obojętność jej własnego narodu. Nie była
ani wylewna, ani serdeczna. Każdy rok wojny czynił ją bardziej oschłą. I bardziej siwą.
Andriej Lipski, z-ca redaktora naczelnego „Nowoj Gaziety”: Znałem Annę od 1993 r. To, co robiła w „Nowoj Gazietie”, nazwałbym
poszukiwaniem sprawiedliwości. I nie chodzi tu tylko o Czeczenię czy Północny Kaukaz; ona całą swoją działalność zawodową przekształciła w styl życia. Nie miała łatwego charakteru,
była bardzo emocjonalna, uparta, zawsze stawiała na swoim. Czasami wybuchała, ale potrafiła też przyznać się do błędu. Miała poczucie misji. Swoją pracę traktowała właśnie w takich
kategoriach. Każdy, kto ją poznał, od razu wiedział, że dziennikarstwo było dla niej nie zajęciem zarobkowym, ale moralnym obowiązkiem. A zajmowała się takimi sprawami, których nie można
robić bez wewnętrznego przekonania, że „tak właśnie trzeba”.
Anna była dziennikarzem absolutnym. Mam wrażenie, że poświęciła nie tylko część swojego życia, zdrowia, ale wręcz duszy tym wszystkim ludziom, którzy zwracali się do niej z prośbami o
pomoc. A oni nie przychodzili do niej jak do dziennikarza, ale właśnie jak do kogoś, kto może pomóc.
Zdawała sobie sprawę z zagrożenia, ale – według mnie – nie zawsze do końca. Myślę, że włączał się jej jakiś mechanizm obronny, który kazał odsuwać tę
świadomość na drugi plan, żeby nie oszaleć. Stąpała po cienkim lodzie. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że zabójstwo Anny Politkowskiej miało związek z jej pracą.
Igor Trunow, adwokat reprezentujący ofiary Dubrowki: Współpracowaliśmy z Anną przez wiele miesięcy. Często korzystała z moich konsultacji, ponieważ jej praca w dużej mierze
dotyczyła zagadnień prawnych. Z czasem nasze relacje przeszły od czysto zawodowych do osobistej znajomości. Jej bezkompromisowość była dla mnie powodem do nieustającego podziwu. Anna zdawała
sobie sprawę z ciągłego zagrożenia, ale nigdy nie widziałem u niej oznak słabości. Nigdy nie wahała się, czy publikować jakiś materiał, nigdy nie pojawił się nawet cień wątpliwości.
Nawet jeśli się bała, nigdy jej to nie powstrzymało. Zawsze byłem pod wrażeniem jej odwagi, tym bardziej że była kobietą. Ta umiejętność przejścia do porządku dziennego nad ciągłym
zagrożeniem wydawał mi się zawsze bliższy męskiej naturze.
Trudno chwalić dobrego człowieka. Nie przywykliśmy prawić ludziom komplementów za życia, a kiedy odejdą jest na to zbyt późno.
Zabójstwo Anny było dla mnie szokiem. Dla mnie i wielu moich kolegów to morderstwo jest ewidentną przestrogą, sygnałem, że nas może spotkać to samo.