Agnieszka Sopińska: Część dokumentów dotyczących inwigilacji prawicy została wczoraj ujawniona. Myśli pan, że bomba została zdetonowana?
Bronisław Komorowski*: Jeżeli to bomba, to jest to bomba siarkowodorowa. Myślę, że będzie troszkę smrodu. Nic więcej.
Szczęśliwie należę do tej kategorii ludzi, którzy bardzo chcieliby się dowiedzieć, co jest w szafie Lesiaka. Ale od 16 lat czekam na to bezskutecznie. Nie zamierzam jednak wyrabiać sobie
zdania na ten temat tylko na podstawie fragmentarycznych dokumentów wybranych przez sąd podległy ministrowi Ziobrze. Chciałbym dostać wszystkie dokumenty. Dużo słyszałem na ten temat, w tym
wiele plotek, na przykład takie, że niektóre dokumenty są niezwykle wstydliwe dla dawnych działaczy Porozumienia Centrum, a więc dla najbliższych współpracowników premiera Jarosława
Kaczyńskiego. Myślę, że nieuczciwe jest tworzenie sytuacji, w której puszcza się jakieś wybrane dokumenty w obieg publiczny jako ilustracje do wypowiedzi tylko jednej ze stron sporu, w tym
wypadku premiera Kaczyńskiego. Jedynie na podstawie pełnej informacji o zawartości szafy pułkownika Lesiaka można wyrobić sobie opinię o tym, kto tutaj zawinił i czy sprawa jest natury
prokuratorskiej.
Te dokumenty potwierdzają to, o czym od dawna mówili dawni liderzy prawicy, że na początku lat 90. UOP nielegalnie inwigilował ich partie. Wychodzi na to, że mieli
rację.
Na razie nie zostaną ujawnione wszystkie dokumenty, nic takiego nie wychodzi. Wychodzi tylko to, czego teraz chce premier Kaczyński. Można założyć, że część dokumentów, która nie pasuje
do tej układanki, jaką proponuje Jarosław Kaczyński, nie została ujawniona.
Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla PAP mówi, że odpowiedzialność za nielegalne działania UOP spada m.in. na Jana Rokitę, wówczas szefa Urzędu Rady Ministrów. Stawia go w jednym
szeregu z b. szefem MSW Andrzejem Milczanowskim i b. szefem UOP Jerzym Koniecznym. Mówi, że Rokita „doskonale orientował się w tych nielegalnych praktykach”.
Wydaje się, że prokuratura badająca sprawę pułkownika Lesiaka nie podzieliła poglądów pana premiera. Jedyny wniosek do sądu dotyczy tylko Lesiaka, nikogo więcej. Reszta to są albo
domysły, albo pomówienia premiera.
W tym wywiadzie premier Kaczyński mówi, że nie tylko Rokita, ale także szef PO Donald Tusk posługują się językiem Lesiaka, to znaczy językiem byłego agenta. Co pan na
to?
Nie będę tego komentować.
Myśli pan, że te dokumenty będą wykorzystywane w walce między PiS a PO?
Już są wykorzystywane. Publikacja rozmowy jedynie z premierem i wybranych dokumentów są
realizacją takiego zamierzenia. Trzeba zauważyć, że te materiały dotarły do mediów już po zakończonym śledztwie prokuratorskim dotyczącym pułkownika Lesiaka, gdzie nie stwierdzono
celowości postawienia przed sądem kogokolwiek innego, żadnej z osób, które wymienia premier Kaczyński. W związku z tym wydaje się, że mamy do czynienia z manipulacją opinią publiczną. To
wszystko jest szyte grubymi nićmi. Chodzi o zmniejszenie wrażenia, jakie powstało po opublikowaniu taśm ujawniających korupcję polityczną dokonaną przez ministrów rządu Kaczyńskiego.
Ujawnienie tych dokumentów przysłoni aferę taśmową?
Nie sądzę. Być może w PiS jest taka intencja, ale to są już odgrzewane kotlety, mocno nieświeże. A taśmy z rozmów pani Beger z ministrami są sprawą aktualną.
Bronisław Komorowski jest wiceprzewodniczącym Platformy Obywatelskiej.