Dziennik Gazeta Prawana logo

"Inwigilacja prawicy to temat dla komisji śledczej"

12 października 2007, 13:48
Ten tekst przeczytasz w 8 minut
"Haki, donosy, specsłużby... To był chleb powszedni polskiej polityki początku lat 90." - mówi DZIENNIKOWI historyk dr Antoni Dudek. Według niego sprawę udziału specsłużb w inwigilacji polityków powinna wyjaśnić specjalna komisja śledcza.

Joanna Lichocka: Co wynika z ujawnionych dokumentów dotyczących inwigilacji prawicy?
Antoni Dudek: W pełni potwierdzają one informacje, że po obaleniu rządu Olszewskiego w roku 1992 przez co najmniej rok a może dłużej w UOP podejmowano niezgodne z prawem działania wymierzone w polityków zaangażowanych w rząd Jana Olszewskiego.

Zatem na początku lat 90. mieliśmy do czynienia z rażącym podważeniem zasad demokratycznego państwa prawa?
Bez wątpienia tak. Nie wiem, jak wygląda tu kwestia odpowiedzialności prawnej i sprawa przedawnienia. Natomiast mogę powiedzieć, że ujawnienie tego typu dokumentów w tamtym czasie doprowadziłoby do politycznego trzęsienia ziemi. To ewidentny przypadek używania służb specjalnych do walki politycznej. Wiemy już też, że równolegle mieliśmy do czynienia z podobnymi działaniami ze strony WSI, o czym świadczy sprawa inwigilacji Radka Sikorskiego. Jednak wynikająca z ujawnienia dokumentów z szafy pułkownika Lesiaka sprawa jest poważniejsza, gdyż dotyczy całej grupy polityków. Co więcej, jasno postawionym celem tych działań, było rozbijanie ugrupowań politycznych, które znajdowały się w opozycji wobec premier Suchockiej i prezydenta Wałęsy.

Jaki był zakres tych akcji?
Rodzi się pytanie, czy płk Lesiak działał sam. Z dokumentów jasno wynika, że nie. Świadczą o tym choćby podpisy ówczesnego szefa UOP Jerzego Koniecznego oraz ministra spraw wewnętrznych Andrzeja Milczanowskiego, którzy musieli co najmniej wiedzieć o całej sprawie. Kolejne pytanie, jakie się nasuwa, to czy płk Lesiak zaczął tę działalność na własną rękę, czy był inspirowany z góry. To będzie niełatwe do udowodnienia, ale skłaniam się ku drugiej tezie. Jednak w dokumentach nie ma informacji, jak wysoko ta sprawa sięga. Nie ma np. informacji o jakiejkolwiek roli Jana Rokity. Być może Jarosław Kaczyński opiera swe oskarżenia wobec niego na podstawie jakichś jeszcze innych dokumentów. Do rozstrzygnięcia jest kwestia odpowiedzialności przełożonych Andrzeja Milczanowskiego, czyli premier Hanny Suchockiej oraz Lecha Wałęsy, ze względu na obowiązywanie Małej Konstytucji, która nadawała specjalne uprawnienia w zakresie kontroli nad MSW prezydentowi. Osoby, które były obiektem tych działań, czyli Jarosław Kaczyński, Jan Parys czy Jan Olszewski sugerowali zawsze, iż inspiracja szła z Belwederu, a nie z gabinetu premiera.

Wspominają oni także o odpowiedzialności Jana Rokity. Czy jako szef Urzędu Rady Ministrów mógł o niczym nie wiedzieć?
Wówczas inaczej niż dziś służby nie podlegały wtedy premierowi, a ministrowi spraw wewnętrznych. Szef URM niekoniecznie musiał zatem wiedzieć o ściśle tajnych działaniach podejmowanych przez UOP. Nie potrafię jednak odpowiedzieć na to pytanie w sposób jednoznaczny.

Pojawia się też pytanie o ministra w Kancelarii Prezydenta Mieczysława Wachowskiego. Inwigilowani politycy często w tym kontekście wymieniali jego nazwisko.
W Belwederze człowiekiem, który utrzymywał kontakty ze służbami zarówno cywilnymi jak i wojskowymi, był właśnie Mieczysław Wachowski. W roku 1993 mieliśmy do czynienia z niesłychanie wysoką temperaturą sporu politycznego pomiędzy Lechem Wałęsą a przywódcami prawicy. Nie ma jednak dowodów, że stamtąd pochodziło zlecenie. W przypadku działań pozaprawnych z samej góry idzie tylko inspiracja o ogólnym charakterze. A konkretyzują ją ludzie na niższych szczeblach, którzy chcą się tej władzy przypodobać. W tym przypadku płk Lesiak był szalenie dyspozycyjny, bo wiedział, że tylko z łaski obecnych władz może nadal pracować w służbach specjalnych. Pamiętajmy, że był negatywnie zweryfikowany. Pamiętajmy, że został przyjęty do służb na skutek polecenia Jacka Kuronia. W czasach PRL przez kilkanaście lat Jacka Kuronia inwigilował. Później Kuroń okazał się bardzo miłosierny, a dzisiaj na ten gest można patrzeć z pewnym powątpiewaniem, czy rzeczywiście właściwej osobie okazał miłosierdzie.

Jak to możliwe, że tajne służby tak bardzo angażowały się w życie polityczne?
Mieliśmy do czynienia z chorobą młodej demokracji, która nie potrafiła sobie poradzić z problemami, które trapią także stare demokracje, a mianowicie utrzymaniem pod kontrolą służb specjalnych. Tym bardziej, że UOP był kontynuacją Służby Bezpieczeństwa, był jej łagodniejszą wersją. W momencie swego powstania UOP liczył cztery tysiące funkcjonariuszy, większość to byli oficerowie SB. Mieliśmy zatem do czynienia z kontynuacją SB na wielką skalę w wymiarze personalnym. Dzisiaj w świetle działań pułkownika Lesiaka widać, że i niektóre metody SB zostały przejęte. Bowiem samo pojęcie „dezintegracji było stosowane w SB od lat 70. Najpierw dezintegrowano KOR, ROPCiO, KPN, Solidarność i Kościół. A po 1990 roku jak się okazuje dezintegrowano Porozumienie Centrum czy Ruch Katolicko-Narodowy. Można powiedzieć, że robili to ci sami ludzie, posługujący się podobnymi metodami. Rozsiewanie plotek, zbieranie informacji agenturalnych, skłócanie ludzi, inspirowanie napaści prasowych itd. Instrukcje działań w zespole Lesiaka były niewiele zmienione wobec instrukcji Służby Bezpieczeństwa z lat 70. i 80. Można powiedzieć, że niemal słowo w słowo jest przeisane z instrukcji planów dezintegracji PPS, która odrodziła się w 1987 roku i którą udało się rozbić na trzy odłamy w roku 1988. To jeden ze spektakularnych sukcesow SB. Inwigilacja prawicy też miała jakieś efekty, bo gdy w 1993 roku doszło do wyborów to cała prawica znalazła się poza parlamentem, żadne z tych inwigilowanych ugrupowań nie przekroczyło progu wyborczego i tu swoją zasługę ma pułkownik Lesiak.

W tych materiałach widać, jak służby próbowały dotrzeć do informacji o życiu osobistym polityków. Chodziło o „haki na nich?
Tak się zachowują służby, gdy chcą kogoś prześwietlić lub, jak mówiono w SB, „opracować kogoś. Chodzi o znalezienie różnych kierunków dotarcia do osoby, którą się „opracowuje i tu każda informacja jest ważna, bo się może przydać. Zasada służb specjalnych głosi, że nie ma informacji niepotrzebnych.

Czy te dokumenty przesądzają także ostatecznie sprawę „lojalki Jarosława Kaczyńskiego?
Nie przesądzają, ale uprawdopodabniają teorię, że została ona spreparowana celem skompromitowania Kaczyńskiego. W pewnym momencie w tych dokumentach jest nawet mowa, że trzeba ustalić skąd „Nie miało ten przeciek. To akurat stawia pod znakiem zapytania dotychczasowe ustalenie bo to by znaczyło, że jednak nie pułkownik Lesiak to spreparował. Zatem kto jeszcze oprócz zespołu Lesiaka prowadził tego typu działania? Oprócz wpomnianego już WSI mogły to być także inne komórki UOP, ale nie widziałem dokumentów, które by tę tezę potwierdzały. Sprawa lojalki Jarosława Kaczyńskiego ewidentnie ma źródła właśnie w tym okresie, w latach 92-93.

Co powinno się zdarzyć po opublikowaniu tych dokumentów?
Przydałaby się komisja śledcza do wyjaśnienia działalności służb specjalnych w Polsce w latach 90. Powinna zająć się tym komisja ds. służb specjalnych, która powstała w roku 95, więc siłą rzeczy nie mogła się tym wówczas zajmować. Niestety w wielu wypadkach nie będzie żadnych śladów na papierze.

Na jednym z dokumentów Andrzej Milczanowski napisał „przeczytałem. Co powinien jednak był zrobić jako szef MSW?
Jeśli wcześniej o tym nie wiedział, to natychmiast wezwać szefa UOP i zażądać od niego wyjaśnień na temat podejmowanych działań w urzędzie. Powinien zareagować jak Zbigniew Siemiątkowski, który dowiedziawszy się o tym w 1997 roku, oddał sprawę do prokuratury. Wtedy jednak w 1997 roku też raczej chodziło o poróżnienie czy zaognienie konfliktów na prawicy. Zaskakujące, że dopiero w 1997 roku w przededniu wyborów, które przyniosło zwycięstwo AWS nagle w UOP znaleziono te dokumenty. Przecież to kierownictwo z Andrzejem Kapkowskim na czele zarządzało służbami od 1995 roku. Ta sprawa ma też swoją historię manipulacji i nadużyć po zakończeniu inwigilacji. Nie jest przypadkiem, że dopiero w 1999 roku skierowano sprawę do prokuratury. I nie jest też przypadkiem, że musieliśmy 9 lat czekać na wszczęcie procesu w tej sprawie. I nie jest też przypadkiem ich odtajnienie właśnie teraz. Choć mówiło się o tym od roku, od zwycięstwa PiS w wyborach.

Dlaczego teraz?
Po roku zapowiedzi PiS uznał, że jest mu na rękę ujawnić to wszystko teraz, bo może pomóc odwrócić uwagę opinii publicznej od afery taśmowej i pokazać w jakiejś części zręby układu, o którym mówi premier Kaczyński i inni liderzy PiS. Bo dotąd niewiele konkretów oglądaliśmy. Tu widać wykorzystywanie służb specjalnych do walki politycznej przeciwko dzisiejszym przywódcom Prawa i Sprawiedliwości.

dr Antoni Dudek, historyk i politolog, Uniwersytet Jagielloński

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj