"Dopóki członkowie Grupy Trzymającej Władzę są w SLD widoczni, albo dopóki prawica PO w nią wierzy, sojusz polityczny z lewicą będzie dla Platformy niesłychanie trudny" - pisze w DZIENNIKU Jacek Żakowski, publicysta „Polityki”.
Gdy spadnie samolot lub pociąg wyleci z torów, biegli muszą przede wszystkim ustalić, kto zawinił – człowiek, maszyna czy system. To samo pytanie stanęło
przed nami, kiedy warszawska koalicja Platformy z Centrolewicą runęła na ziemię, zanim jeszcze na dobre wzniosła się w powietrze.
Nieprzyjaciel
Rzucone przez Platformę hasło „Odsunąć PiS od władzy!” zdawało się stanowić wystarczająco sugestywny argument, by zbliżyć do siebie dwie poważne partie krytykujące działania rządzącej koalicji. Nic nie ma bowiem takiej integracyjnej mocy jak wspólny nieprzyjaciel, a rządy PiS i jego koalicjantów są w retoryce Platformy i Lewicy przedstawiane jako zagrożenie nie tylko dla partii opozycyjnych, ale też dla Polski. I nie chodzi im o zagrożenie dla nadrabiania zaległości cywilizacyjnych, które jest możliwe dzięki pieniądzom Brukseli, lecz o zagrożenia dla ładu prawnego, systemu rynkowego, wolności gospodarczych i obywatelskich, demokracji, bezpieczeństwa i pozycji międzynarodowej.
Na pierwszy rzut oka mogło się zatem wydawać niemal oczywiste, że właśnie Warszawa, gdzie do samorządu weszły tylko trzy bloki – PO, PiS, oraz LiD – będzie polem doświadczalnym wymarzonego przez premiera Kaczyńskiego bipolarnego układu politycznego, w którym naprzeciw koalicji ludowo-narodowej tworzonej przez PiS, LPR, Samoobronę, Radio Maryja i radykalnych antykomunistów w rodzaju Jana Olszewskiego czy Antoniego Macierewicza, stanie blok liberalno-lewicowy złożony głównie z PO i LiD, ale mający też wsparcie PSL, Zielonych oraz rozmaitego centrolewicowego planktonu.
Pytanie dlaczego liberalno-lewicowa antypisowska koalicja w Warszawie jednak nie powstała, może okazać się najważniejszym kluczem nie tylko do prognozowania wyników drugiej tury wyborów, ale też do budowania realnych scenariuszy na odleglejszą przyszłość. Skoro bowiem nawet w najprostszej z możliwych warszawskiej sytuacji, nawet mimo stawki, jaką jest władza w największej aglomeracji i symboliczne zwycięstwo w całych samorządowych wyborach, nawet w obliczu wspólnego i coraz ostrzej postrzeganego wroga, Platforma nie mogła dogadać się z LiD, to cała – bliska zarówno PiS, jak i PO – wizja przyszłego systemu dwupartyjnego czy dwublokowego może okazać się nierealistyczna.
Ludzie
Emocje ludzi są w polityce ważne, a między PO i LiD politycznych emocji jest bezlik i to po obu stronach. Platforma powstała przecież jako owoc buntu przeciwko dominującemu w Unii Wolności, a teraz współtworzącemu LiD, środowisku dzisiejszych Demokratów, nabrała zaś sił i stała się polityczną potęgą, dewastując SLD Millera w trzech komisjach śledczych. W tym sensie wrogość wobec środowisk UD i SLD w retoryce prawicy opisywanych jako obóz III RP stanowi element tożsamości PO. Jej odrzucenie musiałoby oznaczać konieczność poszukiwania nowej tożsamości. Nie zmieniło tej sytuacji poparcie, jakiego Aleksander Kwaśniewski udzielił Donaldowi Tuskowi w drugiej turze wyborów prezydenckich. Zwłaszcza dla konserwatywno-antykomunistycznego skrzydła Platformy myśl o jakimkolwiek rodzaju sojuszu z ugrupowaniem, w którym wciąż widać twarz Leszka Millera, jest nie do przyjęcia. Prawa część PO w dalszym ciągu wierzy, że naprawdę istniała Grupa Trzymająca Władzę i raczej trudno sobie wyobrazić, by mogła poprzeć jakąkolwiek formę powrotu GTW do rządzenia czymkolwiek – choćby dzielnicą Warszawy. Dopóki członkowie GTW są w SLD widoczni, albo dopóki prawica PO w nią wierzy, póki w centrolewicy widać twarze aparatczyków rodem z PZPR, sojusz polityczny z LiD będzie dla Platformy niesłychanie trudny.
Także wewnątrz LiD sojusz polityczny z Platformą w jej obecnym kształcie jest emocjonalnie w najlepszy razie trudny, a może zbyt trudny. Przede wszystkim dlatego, że to przecież PO zdewastowała główne tworzące go partie, że to jej politycy wymyślili IV RP i zaczęli wyścig w obrzucaniu błotem każdego, kogo wiązali z Trzecią RP, a także dlatego, że to właśnie opozycyjna Platforma (nie PiS) wymyśliła i przeforsowała ustawę o IPN w jej uchwalonym, zbyt radykalnym nawet dla Prezydenta kształcie. A na dodatek Platforma – zwłaszcza ustami Rokity – popiera bulwersujące LiD pomysły ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry. Politycy obozu centrolewicowego mają więc poważne powody uważać PO za bardziej cywilizowany w formie, lecz także bardziej radykalny w treści i najprawdopodobniej bardziej skuteczny w działaniu wariant rządzącego dziś PiS. W tym sensie z punktu widzenia LiD, Platforma jest przeciwnikiem strategicznie bardziej niebezpiecznym niż koalicja ludowo-narodowa i koalicja z nią może przynieść mniej pożytku niż szkody przynajmniej dopóty, dopóki centrolewica nie zbuduje sobie spójnej tożsamości.
Maszyny
Gdyby więc w PO nie było Jana Rokity, a w SLD ludzi GTW i Leszka Millera, porozumienie między Platformą a LiD z pewnością byłoby emocjonalnie łatwiejsze. Ale to jeszcze nie znaczy, że byłoby możliwe. Bo obie polityczne maszyny mają poważne wewnętrzne problemy, które je blokują. Obie są przecież zlepkiem rozmaitych, w dużej mierze zebranych przypadkowo grup i środowisk – nieufnych wobec siebie, w sposób istotny różniących się ideowo, czasem od dawna skłóconych bądź rywalizujących i bardzo uważnie patrzących sobie na ręce.
W przypadku LiD ten problem jest oczywisty. Blok powstał na potrzeby wyborów i jego trwałość wcale nie jest pewna. W sposób oczywisty LiD jest formacją ad hoc, która dopiero teraz zacznie poszukiwać swojej formy i treści. Nie będzie to łatwe nawet, gdy problem byłych aparatczyków odsunie się na bok. Bo obok dość konserwatywnych w sprawach symbolicznych czy obyczajowych i w sprawach gospodarczych wyraźnie liberalnych byłych dysydentów – jak Janusz Onyszkiewicz czy Bronisław Geremek – są tam nie tylko wolni od wyraźnych ideowych sympatii politycy tworzący centrum SLD (z marszałkiem Olejniczakiem), ale też ludzie o tradycyjnie lewicowych poglądach (jak posłanki Senyszyn i Sierakowska) oraz środowiska szukające jakiegoś rodzaju tożsamości nowolewicowej z Markiem Borowskim na czele. Sojusz polityczny z PO mógłby być niebezpieczny, bo niewątpliwie wzmocniłby liberalno-konserwatywne skrzydło lewicy. W sprawach programowych Demokraci i liberałowie z SLD łatwo dogadali by się bowiem z liberałami z Platformy.
Dla niezbyt licznych, lecz wpływowych w PO konserwatystów takich jak Rokita, którzy wciąż liczą na powrót gwarantującego im w partii poważną pozycję PO – PiS, sojusz polityczny z LiD byłby bolesnym ciosem. Wzmocniłby on bowiem w Platformie i tak już dominujące liberalno-pragmatyczne skrzydło – tak samo, jak sojusz z PiS wzmocniłby obecne w PO tendencje konserwatywne.
System
W tym sensie nieudane negocjacje PO z LiD w Warszawie obnażyły najbardziej niebezpieczną słabość wyłaniającego się trójpartyjnego systemu politycznego IV Rzeczpospolitej. Stabilność nowoczesnych systemów demokratycznych w Europie Zachodniej była tradycyjnie oparta na dynamice trzech wielkich formacji: lewicy, liberałów i konserwatystów. Ten podział rysował dość wyraźne linie demarkacyjne pomiędzy preferencjami i interesami różnych grup społecznych. Dzięki temu partie mogły w miarę bezpiecznie zawierać koalicje i szukać kompromisów z innymi nurtami, nie ryzykując ani utraty swojej tożsamości, ani zgubienia zasadniczej części swego elektoratu.
W Polsce po roku 1989 taki klasyczny podział sceny politycznej nie zdążył się ukształtować. Jeśli nawet jakoś powoli szliśmy w tym kierunku, to wydarzenia związane z aferą Rywina ten proces przerwały. W chaosie zapadającej się III RP trzy główne siły polityczne starały się jak najdalej wyjść poza swoją naturalną tożsamość i zająć jak największą część dynamicznej sceny politycznej. Leszek Miller próbował przesunąć SLD w stronę liberalnej prawicy. Liberalno-konserwatywna Platforma przesunęła się daleko na prawo aż po pozycje radykalnego antykomunizmu. Konserwatywny PiS starał się sięgnąć jak najdalej w stronę socjalnego elektoratu tradycyjnej lewicy, a potem – wysuwając Marcinkiewicz oraz adoptując prof. Zytę Gilowską – sięgnął także po liberalną część politycznego tortu. Wszyscy główni aktorzy zaczęli więc tworzyć programy atrakcyjne (przynajmniej z założenia) dla wszystkich lub niemal wszystkich wyborców. W ten sposób główne partie straciły komplementarność, w dużym stopniu stały się swoimi substytutami albo erzacami. Odebrało im to zdolność bezpiecznego tworzenia koalicji, bo w tej sytuacji każda koalicja oznacza zbyt duże ryzyko utraty tożsamości albo elektoratu na rzecz koalicjanta. Dopóki każda partia będzie udawała, że reprezentuje interesy wszystkich i niemal wszystkie poglądy, dopóty system partyjny w jakimś rozsądnym stopniu nie wróci do podziału na trzy tradycyjne nurty, a główne partie nie odzyskają prawdziwej zdolności koalicyjnej i będą skazane na szukanie różnych egzotycznych lub absurdalnych sojuszy w rodzaju tego, który dziś rządzi Polską.
Jacek Żakowski, publicysta „Polityki”. Autor lub współautor książek „Między Panem a Plebanem” (1995, z A. Michnikiem i ks. J. Tischnerem), „Tischner czyta Katechizm” (1996, z ks. J. Tischnerem), „Siedmiolatka, czyli kto ukradł Polskę?” (1997, z J. Kuroniem), „Anty-TINA. Rozmowy o lepszym świecie, myśleniu i życiu” (2005).
Nieprzyjaciel
Rzucone przez Platformę hasło „Odsunąć PiS od władzy!” zdawało się stanowić wystarczająco sugestywny argument, by zbliżyć do siebie dwie poważne partie krytykujące działania rządzącej koalicji. Nic nie ma bowiem takiej integracyjnej mocy jak wspólny nieprzyjaciel, a rządy PiS i jego koalicjantów są w retoryce Platformy i Lewicy przedstawiane jako zagrożenie nie tylko dla partii opozycyjnych, ale też dla Polski. I nie chodzi im o zagrożenie dla nadrabiania zaległości cywilizacyjnych, które jest możliwe dzięki pieniądzom Brukseli, lecz o zagrożenia dla ładu prawnego, systemu rynkowego, wolności gospodarczych i obywatelskich, demokracji, bezpieczeństwa i pozycji międzynarodowej.
Na pierwszy rzut oka mogło się zatem wydawać niemal oczywiste, że właśnie Warszawa, gdzie do samorządu weszły tylko trzy bloki – PO, PiS, oraz LiD – będzie polem doświadczalnym wymarzonego przez premiera Kaczyńskiego bipolarnego układu politycznego, w którym naprzeciw koalicji ludowo-narodowej tworzonej przez PiS, LPR, Samoobronę, Radio Maryja i radykalnych antykomunistów w rodzaju Jana Olszewskiego czy Antoniego Macierewicza, stanie blok liberalno-lewicowy złożony głównie z PO i LiD, ale mający też wsparcie PSL, Zielonych oraz rozmaitego centrolewicowego planktonu.
Pytanie dlaczego liberalno-lewicowa antypisowska koalicja w Warszawie jednak nie powstała, może okazać się najważniejszym kluczem nie tylko do prognozowania wyników drugiej tury wyborów, ale też do budowania realnych scenariuszy na odleglejszą przyszłość. Skoro bowiem nawet w najprostszej z możliwych warszawskiej sytuacji, nawet mimo stawki, jaką jest władza w największej aglomeracji i symboliczne zwycięstwo w całych samorządowych wyborach, nawet w obliczu wspólnego i coraz ostrzej postrzeganego wroga, Platforma nie mogła dogadać się z LiD, to cała – bliska zarówno PiS, jak i PO – wizja przyszłego systemu dwupartyjnego czy dwublokowego może okazać się nierealistyczna.
Ludzie
Emocje ludzi są w polityce ważne, a między PO i LiD politycznych emocji jest bezlik i to po obu stronach. Platforma powstała przecież jako owoc buntu przeciwko dominującemu w Unii Wolności, a teraz współtworzącemu LiD, środowisku dzisiejszych Demokratów, nabrała zaś sił i stała się polityczną potęgą, dewastując SLD Millera w trzech komisjach śledczych. W tym sensie wrogość wobec środowisk UD i SLD w retoryce prawicy opisywanych jako obóz III RP stanowi element tożsamości PO. Jej odrzucenie musiałoby oznaczać konieczność poszukiwania nowej tożsamości. Nie zmieniło tej sytuacji poparcie, jakiego Aleksander Kwaśniewski udzielił Donaldowi Tuskowi w drugiej turze wyborów prezydenckich. Zwłaszcza dla konserwatywno-antykomunistycznego skrzydła Platformy myśl o jakimkolwiek rodzaju sojuszu z ugrupowaniem, w którym wciąż widać twarz Leszka Millera, jest nie do przyjęcia. Prawa część PO w dalszym ciągu wierzy, że naprawdę istniała Grupa Trzymająca Władzę i raczej trudno sobie wyobrazić, by mogła poprzeć jakąkolwiek formę powrotu GTW do rządzenia czymkolwiek – choćby dzielnicą Warszawy. Dopóki członkowie GTW są w SLD widoczni, albo dopóki prawica PO w nią wierzy, póki w centrolewicy widać twarze aparatczyków rodem z PZPR, sojusz polityczny z LiD będzie dla Platformy niesłychanie trudny.
Także wewnątrz LiD sojusz polityczny z Platformą w jej obecnym kształcie jest emocjonalnie w najlepszy razie trudny, a może zbyt trudny. Przede wszystkim dlatego, że to przecież PO zdewastowała główne tworzące go partie, że to jej politycy wymyślili IV RP i zaczęli wyścig w obrzucaniu błotem każdego, kogo wiązali z Trzecią RP, a także dlatego, że to właśnie opozycyjna Platforma (nie PiS) wymyśliła i przeforsowała ustawę o IPN w jej uchwalonym, zbyt radykalnym nawet dla Prezydenta kształcie. A na dodatek Platforma – zwłaszcza ustami Rokity – popiera bulwersujące LiD pomysły ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry. Politycy obozu centrolewicowego mają więc poważne powody uważać PO za bardziej cywilizowany w formie, lecz także bardziej radykalny w treści i najprawdopodobniej bardziej skuteczny w działaniu wariant rządzącego dziś PiS. W tym sensie z punktu widzenia LiD, Platforma jest przeciwnikiem strategicznie bardziej niebezpiecznym niż koalicja ludowo-narodowa i koalicja z nią może przynieść mniej pożytku niż szkody przynajmniej dopóty, dopóki centrolewica nie zbuduje sobie spójnej tożsamości.
Maszyny
Gdyby więc w PO nie było Jana Rokity, a w SLD ludzi GTW i Leszka Millera, porozumienie między Platformą a LiD z pewnością byłoby emocjonalnie łatwiejsze. Ale to jeszcze nie znaczy, że byłoby możliwe. Bo obie polityczne maszyny mają poważne wewnętrzne problemy, które je blokują. Obie są przecież zlepkiem rozmaitych, w dużej mierze zebranych przypadkowo grup i środowisk – nieufnych wobec siebie, w sposób istotny różniących się ideowo, czasem od dawna skłóconych bądź rywalizujących i bardzo uważnie patrzących sobie na ręce.
W przypadku LiD ten problem jest oczywisty. Blok powstał na potrzeby wyborów i jego trwałość wcale nie jest pewna. W sposób oczywisty LiD jest formacją ad hoc, która dopiero teraz zacznie poszukiwać swojej formy i treści. Nie będzie to łatwe nawet, gdy problem byłych aparatczyków odsunie się na bok. Bo obok dość konserwatywnych w sprawach symbolicznych czy obyczajowych i w sprawach gospodarczych wyraźnie liberalnych byłych dysydentów – jak Janusz Onyszkiewicz czy Bronisław Geremek – są tam nie tylko wolni od wyraźnych ideowych sympatii politycy tworzący centrum SLD (z marszałkiem Olejniczakiem), ale też ludzie o tradycyjnie lewicowych poglądach (jak posłanki Senyszyn i Sierakowska) oraz środowiska szukające jakiegoś rodzaju tożsamości nowolewicowej z Markiem Borowskim na czele. Sojusz polityczny z PO mógłby być niebezpieczny, bo niewątpliwie wzmocniłby liberalno-konserwatywne skrzydło lewicy. W sprawach programowych Demokraci i liberałowie z SLD łatwo dogadali by się bowiem z liberałami z Platformy.
Dla niezbyt licznych, lecz wpływowych w PO konserwatystów takich jak Rokita, którzy wciąż liczą na powrót gwarantującego im w partii poważną pozycję PO – PiS, sojusz polityczny z LiD byłby bolesnym ciosem. Wzmocniłby on bowiem w Platformie i tak już dominujące liberalno-pragmatyczne skrzydło – tak samo, jak sojusz z PiS wzmocniłby obecne w PO tendencje konserwatywne.
System
W tym sensie nieudane negocjacje PO z LiD w Warszawie obnażyły najbardziej niebezpieczną słabość wyłaniającego się trójpartyjnego systemu politycznego IV Rzeczpospolitej. Stabilność nowoczesnych systemów demokratycznych w Europie Zachodniej była tradycyjnie oparta na dynamice trzech wielkich formacji: lewicy, liberałów i konserwatystów. Ten podział rysował dość wyraźne linie demarkacyjne pomiędzy preferencjami i interesami różnych grup społecznych. Dzięki temu partie mogły w miarę bezpiecznie zawierać koalicje i szukać kompromisów z innymi nurtami, nie ryzykując ani utraty swojej tożsamości, ani zgubienia zasadniczej części swego elektoratu.
W Polsce po roku 1989 taki klasyczny podział sceny politycznej nie zdążył się ukształtować. Jeśli nawet jakoś powoli szliśmy w tym kierunku, to wydarzenia związane z aferą Rywina ten proces przerwały. W chaosie zapadającej się III RP trzy główne siły polityczne starały się jak najdalej wyjść poza swoją naturalną tożsamość i zająć jak największą część dynamicznej sceny politycznej. Leszek Miller próbował przesunąć SLD w stronę liberalnej prawicy. Liberalno-konserwatywna Platforma przesunęła się daleko na prawo aż po pozycje radykalnego antykomunizmu. Konserwatywny PiS starał się sięgnąć jak najdalej w stronę socjalnego elektoratu tradycyjnej lewicy, a potem – wysuwając Marcinkiewicz oraz adoptując prof. Zytę Gilowską – sięgnął także po liberalną część politycznego tortu. Wszyscy główni aktorzy zaczęli więc tworzyć programy atrakcyjne (przynajmniej z założenia) dla wszystkich lub niemal wszystkich wyborców. W ten sposób główne partie straciły komplementarność, w dużym stopniu stały się swoimi substytutami albo erzacami. Odebrało im to zdolność bezpiecznego tworzenia koalicji, bo w tej sytuacji każda koalicja oznacza zbyt duże ryzyko utraty tożsamości albo elektoratu na rzecz koalicjanta. Dopóki każda partia będzie udawała, że reprezentuje interesy wszystkich i niemal wszystkie poglądy, dopóty system partyjny w jakimś rozsądnym stopniu nie wróci do podziału na trzy tradycyjne nurty, a główne partie nie odzyskają prawdziwej zdolności koalicyjnej i będą skazane na szukanie różnych egzotycznych lub absurdalnych sojuszy w rodzaju tego, który dziś rządzi Polską.
Jacek Żakowski, publicysta „Polityki”. Autor lub współautor książek „Między Panem a Plebanem” (1995, z A. Michnikiem i ks. J. Tischnerem), „Tischner czyta Katechizm” (1996, z ks. J. Tischnerem), „Siedmiolatka, czyli kto ukradł Polskę?” (1997, z J. Kuroniem), „Anty-TINA. Rozmowy o lepszym świecie, myśleniu i życiu” (2005).
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|