Małgorzata Werner: Rumunia wstępuje do Unii Europejskiej u progu wielkiej debaty nad jej przyszłością. Co pański kraj chce do niej wnieść? Jaka ma być zjednoczona
Europa w rumuńskiej wizji?
Traian Basescu: Unia Europejska musi się zreformować. By powstała prawdziwie zjednoczona Europa, niezbędna jest ratyfikacja Traktatu Konstytucyjnego przez wszystkie państwa członkowskie oraz
reforma systemu podejmowania decyzji. Musimy także prowadzić jednolitą politykę zagraniczną oraz politykę bezpieczeństwa jako całość, a nie poszczególne państwa. Mamy też odwagę
stwierdzić, że naszym ostatecznym celem powinno być utworzenie Stanów Zjednoczonych Europy.
A nie obawia się pan, że zamiast tego ambitnego planu obserwujemy właśnie powstawanie Europy dwóch prędkości, a Rumunia będzie w niej członkiem drugiej kategorii?
Nie sądzę. Jeśli trzymamy się już podziału na dwie kategorie, to państwa niejako same, własną decyzją, zaliczają się do jednej lub drugiej kategorii. Tylko od nas zależy, jaką będziemy
mieć pozycję w ramach UE. Sprawa jest prosta: im lepsze osiągnięcia danego państwa, tym lepsza pozycja w Unii, a jej celem nie jest przecież rywalizacja pomiędzy poszczególnymi krajami o
fundusze. Dla Rumunii akcesja jest przede wszystkim wielką szansą na poprawę sytuacji ekonomicznej. Nie wchodzimy do Unii z poczuciem, że ktoś może nas traktować jako kraj drugiej kategorii.
Tym bardziej że stajemy się naturalną granicą Unii, co wzmacnia naszą pozycję.
Staniecie się nawet niejako przedmurzem Europy, czy tak postrzegacie swoją rolę w UE?
Tak i jesteśmy w pełni wiadomi obowiązków, jakie z tego faktu wynikają. Granica rumuńska jest jednocześnie granicą Unii Europejskiej i NATO. Nasz kraj leży nieopodal takich punktów
zapalnych, jak Kosowo, Nadniestrze, Poudniowa Osetia, Abchazja, Górny Karabach. Czujemy, że spoczywa na nas odpowiedzialność za sytuację w tych miejscach i misja szerzenia w nich
demokracji.
Będziecie poza tym największym krajem prawosławnym Unii. Czy wywrze to wpływ na wschodnią politykę UE, głównie wobec prawosławnej Rosji?
Rumunia jest prawosławna, ale
nie ma to żadnego wpływu na naszą politykę zagraniczną. Uważamy, że Europa pozostaje przede wszystkim chrześcijańska i wolimy nie mówić o podziałach na kraje katolickie, prawosławne i
protestanckie. Zamierzamy współpracować i z jednymi, i z drugimi.
Czy w tej „chrześcijańskiej Europie” jest miejsce na muzułmańską Turcję?
Rumuni są bardzo otwartym narodem i potrafią współżyć z chrześcijanami, muzułmanami, buddystami, etc. W Rumunii żyje 18 mniejszości wyznających różne religie i nie mamy żadnych
problemów z ich integracją. Jeśli zatem chodzi o Rumunię, nie sądzimy, by Turcja ze względu na islam nie pasowała do UE. Jeśli tylko Turcy pragnąć będą demokracji, rozwoju, wyznawać
takie jak reszta Europy wartości, nie ma powodu, by ich wykluczać.
Wielu jednak mówi, że wejście Rumunii i Bułgarii do UE to ostatnie rozszerzenie Unii w najbliższym czasie. Turcja nie zostanie przyjęta.
Jesteśmy przekonani, że nie jest to ostatnia fala rozszerzenia. Europa nie będzie bezpieczna, dopóki w jej skład nie wejdą zachodnie Bałkany. Pozostaje jednak pytanie: kiedy Europa będzie w
stanie przyjąć nowych członków. Opowiadamy się także z całą mocą za przyjęciem Mołdawii. Moim zdaniem powinniśmy także mieć odwagę, by poważnie rozmawiać o przyjęciu Turcji do UE, z
którą rozpoczęły się już przecież negocjacje członkowskie. Sytuacja Ukrainy jest znacznie bardziej skomplikowana, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę regres, jaki dokonał się w tym kraju w
ostatnich miesiącach.
Jak Rumunia zamierza pogodzić bliskie stosunki z USA z członkostwem w UE, gdzie wiele krajów ma znacznie chłodniejsze nastawienie do Stanów Zjednoczonych?
Członkostwo w UE nie wyklucza strategicznego partnerstwa Rumunii z USA. Nikt nie ma prawa żądać od nas wyboru między jednym a drugim. Ostatecznie najważniejszą cechą członkostwa powinna być
solidarność z innymi państwami członkowskimi. Jednak zważywszy, że nie ma żadnej sprzeczności pomiędzy sojuszem transatlantyckim i członkostwem w UE, będziemy aktywnie promować
zacieśnienie współpracy pomiędzy UE i USA. To jedyny sposób na stawienie czoła wyzwaniom globalizacji.
Jednak właśnie bliska współpraca Rumunii z USA naraziła was na oskarżenie o uczestniczenie w tajnym programie CIA wywożenia i przesłuchiwania nielegalnie więźniów i jeńców
wojennych.
Udostępniliśmy nasze bazy wojskowe dziennikarzom i przedstawicielom Unii Europejskiej. Dostarczyliśmy wszystkie informacje, o jakie nas proszono. Zrobiliśmy zatem
wszystko, co możliwe, by oczyścić się z zarzutów.
Czy Polska może liczyć na Rumunię w sprawie bezpieczeństwa energetycznego i przy postulatach, by jak najbardziej uniezależnić się od dostaw surowców z Rosji?
Uważamy, że Europa musi rozważyć kwestię dywersyfikacji dostaw i infrastruktury transportowej, by uniknąć uzależnienia od jednego źródła. Oczywiście pojawia się wiele propozycji
rozwiązań alternatywnych dla dostaw z Federacji Rosyjskiej, jak dostawy gazu i ropy z basenu Morza Kaspijskiego, lub import płynnego gazu z Kataru do terminalu w Constancy, skąd byłby on
transportowany rurociągiem do innych krajów Unii Europejskiej.
Polski premier promował ideę wspólnej polityki bezpieczeństwa i „paktu muszkieterów”, niestety nie było odzewu. Dotychczasowe doświadczenia nie napawają nadzieją,
jeśli chodzi o solidarność europejską i przynajmniej częściowe uniezależnienie od dostaw rosyjskich.
Nie dążymy do całkowitego uniezależnienia od dostaw z Rosji i wcale nie
uważamy, że byłoby to pożądane. Przeciwnie, warto dbać o jak najlepszą współpracę z Rosją. Jednak Rosja musi wiedzieć, że istnieje alternatywa dla jej surowców. W przeciwnym razie
będziemy skazani na ceny dyktowane przez Moskwę, które nie odzwierciedlają rzeczywistej sytuacji na rynku. Dyskutując nad europejską solidarnością w odniesieniu do wspólnej polityki
energetycznej, trzeba pamiętać, że na nieformalnym szczycie w Lahti wszystkie głowy państw zgodziły się, iż trzeba zacząć prowadzić wspólną politykę energetyczną jako część
wspólnej polityki bezpieczeństwa. Jesteśmy zatem optymistami.