"L’Osservatore Romano" napisał: "Jeśli tego rodzaju prowokacja może mieć jakikolwiek sens, powinniśmy zdobyć się na odwagę i wykreślić Boże Narodzenie z listy świąt, by mogły je obchodzić jedynie osoby autentycznie wierzące". DZIENNIK poprosił o komentarz w tej sprawie naukowców i polityków.
Krzysztof Piesiewicz
senator
Wbrew pozorom mamy tu do czynienia z problemem bardzo złożonym. Z jednej strony bowiem na ogół święta religijne z czasem przechodzą w pewien rytuał, który się z biegiem lat laicyzuje. Ludzie obchodzą je nie ze względów religijnych, lecz z powodu przyzwyczajenia i sentymentu dla określonych postaw, działań czy rodzinnych spotkań. Z drugiej strony koncepcja zawarta w artykule z "L’Osservatore Romano" jest bardzo przewrotna i radykalna, ale ja bym jej z góry nie lekceważył. Zastanowiłbym się, czy nie zawiera ona ważnej myśli. Żyjemy w potężnym zaplątaniu i zakłamaniu. Niezależnie od tego, czy traktujemy święta jako metodę podtrzymywania więzi rodzinnych czy przyjacielskich, jeżeli przenosi się w świat zlaicyzowany, przeniknięty marketingiem, wartości i znaki zwiazane z wiarą – która jest sferą bardzo intymną, prywatną - budzi to wątpliwości. Czasem wywołuje wręcz uśmiech, wiadomo bowiem, że za tym wszystkim często stoi wielka kasa. Z drugiej strony pieniądze, także te zarobione dzięki gorączce świątecznych zakupów, pozwalają ludziom utrzymywać rodziny i podtrzymywać ich duchowość. Myślę, że wspomniany tekst to ewidentna prowokacja zmierzająca do wywołania refleksji i nazwania problemu, który jest jak najbardziej realny.
bp Tadeusz Pieronek
Propozycja zniesienia Bożego Narodzenia, żeby w ten sposób obronić ich religijny charakter przed komercją, to według mnie żarcik, a nie głos rozpaczy, bo nie ma powodu do rozpaczy. Wielu ludzi przeżywa te święta bardzo głęboko, przygotowuje się do nich duchowo i obchodzi jako pamiątkę przyjścia na świat Zbawiciela. I nie przeszkadza im w tym komercja, wszechobecne dekoracje i cała ta świąteczna konfekcja. To, że Boże Narodzenie często traktowane jest jako pretekst do zwiększania sprzedaży, że pomija się jego religijne znaczenie, jest faktem. Ale walka z tym poprzez likwidowanie świąt niczego nie zmieni. Co więcej, to nie jest metoda godna Kościoła. Bo siłą Kościoła jest słowo, które ma wzmacniać wiarę. Dlatego jedynym sposobem walki Kościoła o autentyczne przeżywanie świąt jest głoszenie ewangelii, przypominanie, że Boże Narodzenie to pamiątka przyjścia na świat Jezusa Chrystusa, przyjścia po to, by nas wszystkich zbawić. Jeśli ktoś tego słowa nie rozumie, to trudno. Ale teatralne gesty i dziwaczne decyzje na pewno mu w tym nie pomogą.
Bogusław Wolniewicz
filozof
Mimo wszelkich tez o zmniejszającej się randze świąt Bożego Narodzenia, projekt ich wykreślenia z listy świąt jest po prostu niemądry. To burzyłoby wielką, ugruntowaną od wieków tradycję. Święta Bożego Narodzenia, tak jak i inne tego rodzaju święta, to przecież kontynuacja niezwykle istotnej tradycji związanej z kulturowo rozumianym świętowaniem - dzień świętowania to nigdy nie jest dzień dzień zwykły, roboczy, taki jak wszystkie inne. To nie jest jakiś nowy pomysł. Fakt, że w dniu Bożego Narodzenia ustanowiono święta państwowe, był przejawem tego, że państwa dostosowały się do tradycji, która jest od państw starsza, ba, w jakiś sposób wobec nich nadrzędna. Jeżeli dziś nastąpi zanegowanie tej tradycji, może się to skończyć upadkiem samego święta. Publicysta "L'Osservatore Romano" zakłada, że jeśli święta Bożego Narodzenia się upowszedni, to w ten sposób się je usakralizuje. Z socjologicznego punktu widzenia to bardzo karkołomna hipoteza, wręcz przecząca zdrowemu rozsądkowi. Kiedy jakieś święto zostaje upowszednione, to wówczas ono właśnie nieodwołalnie traci swą sakralność. Zdaje się taki był los Zielonych Świątek. To przede wszystkim upowszednienie tych świąt sprawiło, że dziś mało kto je w ogóle zauważa. To, że "L'Osservatore Romano", oficjalny dziennik Kościoła katolickiego, publikuje tego rodzaju tezę, świadczy chyba o tym, że kościelne diagnozy stanu wiary Europejczyków są bardzo pesymistyczne.
Marcin Król
historyk idei
Myślę, że ten rodzaj lekarstwa mógłby raczej zaszkodzić pacjentowi niż mu pomóc. Jeśliby sprowadzić sacrum Bożego Narodzenia wyłącznie do uczestnictwa w mszy, wówczas może pogląd publicysty „L’Osservatore Romano” mógłby się bronić. Ale świątecznoć Bożego Narodzenia to przecież nie tylko liturgia. Nawet śpiewanie kolęd to w końcu nie kwestia liturgiczna, ale obyczajowa. Ważny jest też sam obyczaj spotykania się w rodzinie, który jest wyjątkowo cenny – bo rzadko ludzie się spotykają spokojnie, całą rodziną. Ale żeby takie spotkanie mogło się odbyć, najpierw trzeba coś ugotować – a na to potrzebny jest czas. Podobnie jak na samo spotkanie – to przecież też kilka godzin. Gdyby tego czasu nie było, ten rodzinny aspekt świąt by po prostu upadł.
Przecież gdyby w sytuacji, w której święta Bożego Narodzenia zniknęłyby z listy dni wolnych, wszyscy, którzy chcieliby je świętować, wystąpiliby o urlopy, a wówczas część tych urlopów na pewno nie zostałaby udzielona. Święta są oczywiście skomercjalizowane i zlaicyzowane, to widać i w Polsce, i na Zachodzie. Z tą komercjalizacją można próbować walczyć, ale tylko poprzez pielęgnowanie pewnych elementów tradycji. Właśnie przez to, by nie były one kolejnym dniem spędzanym przed telewizorem. To tradycja właśnie nakazuje od tego telewizora się oderwać, poświęcić czas na celebrację przygotowań do świąt i rodzinne, spokojne spotkania. Na to wszystko trzeba jednak mieć wolny, spokojny czas - ten, którego publicysta "L’Osservatore Romano" chciałby nas nieopatrznie pozbawić.
Paweł Śpiewak
socjolog, historyk idei, poseł PO
Gdy słyszymy lament, że Święta Bożego Narodzenia pożarła komercjalizacja, a ich religijny wymiar zanika, warto przypomnieć sobie przypadek zegara mechanicznego. Wymyślono go w XIII wieku stricte do celów religijnych: by benedyktyni mogli odmierzać czas liturgii. Czy jego twórcy mogliby się spodziewać, że posłuży on wprowadzeniu dyscypliny pracy czy terroru punktualności i pośpiechu, które są wrogami duchowości? Pewne procesy są nieodwracalne i nie mamy nad nimi kontroli. Ci, którzy ustanowili religijne święto Bożego Narodzenia, nigdy nie spodziewaliby się, że zostanie ono potraktowane jako okazja do robienia interesów. Trzeba jednak pamiętać, że mimo wszystko dla większości ludzi Wigilia i Boże Narodzenie nadal jest świętem o ważnym wymiarze duchowym. To święto światła, wokół którego gromadzi się rodzina. Jest tak głęboko zakorzenione w naszej świadomości, że czasem nawet zapominamy, czym jest w swej istocie. Ale fakt, że się one odbywają, odsyła uczestników tych wydarzeń do pierwotnego doświadczenia religijnego. Można tu zarysować paralelę z niedzielą. Czy lobbowanie przez Kościół, by wolny dzień w tygodniu wyznaczyć w środę, a nie w niedzielę, co miałoby „uwolnić niedzielę od komercji” dałoby jakieś rezultaty? Wątpię. To przede wszystkim Kościół powinien przypominać o duchowym i religijnym wymiarze świąt, afirmować ją i chronić przed ekspansją konsumpcji, a nie obrażać się i "zabierać swoje zabawki", jak chce komentator "Osservatore Romano".
Jarosław Gowin
senator PO, filozof
Takie propozycje mogą padać w świecie całkowicie zdesakralizowanym - Europa Zachodnia trochę już takim światem jest - natomiast w Polsce tego rodzaju pomysł brzmi dość ekscentrycznie. Dla wyraźnej większości Polaków Boże Narodzenie to wciąż jest święto religijne, a idea likwidacji przypisanych im dni wolnych od pracy jest po prostu niezrozumiała. Ta propozycja jest bowiem przejawem wspólnego dla wielu europejskich katolików poczucia, że żyją trochę w świecie katakumb, w świecie, w którym wiara jest traktowana jako zbędny dodatek do życia. W zachodnich Kościołach pojawia się taka tęsknota za życiem w świecie diaspor – niewielkich wspólnot rozproszonych w zlaicyzowanej cywilizacji. Myślę jednak, że wynika ona ze zbyt pesymistycznej oceny współczesnej Europy - a na pewno nie przystaje do polskich realiów. U nas wiara wciąż jeszcze jest masowa, oparta na wspólnej sieci parafii, manifestująca się publicznie i osadzona w silnym życiu rodzinnym. I to właśnie święta są w Polsce takim czasem, w którym wymiar rodzinny naszej kultury splata się z religijnym. Z drugiej strony i my żyjemy w kulturze konsumpcyjnej i ona jakoś określa życie niemal wszystkich Polaków. Mimo wszystko ten konsumpcjonizm nie wypłukał z nas naszego życia sakralnego. Owszem, przed Świętami pełne są centra handlowe, ale w trakcie świąt pełne są świątynie. Dlatego w obronie świąt Bożego Narodzenia nie musimy uciekać się do metod proponowanych przez publicystę "L’Osservatore Romano".
senator
Wbrew pozorom mamy tu do czynienia z problemem bardzo złożonym. Z jednej strony bowiem na ogół święta religijne z czasem przechodzą w pewien rytuał, który się z biegiem lat laicyzuje. Ludzie obchodzą je nie ze względów religijnych, lecz z powodu przyzwyczajenia i sentymentu dla określonych postaw, działań czy rodzinnych spotkań. Z drugiej strony koncepcja zawarta w artykule z "L’Osservatore Romano" jest bardzo przewrotna i radykalna, ale ja bym jej z góry nie lekceważył. Zastanowiłbym się, czy nie zawiera ona ważnej myśli. Żyjemy w potężnym zaplątaniu i zakłamaniu. Niezależnie od tego, czy traktujemy święta jako metodę podtrzymywania więzi rodzinnych czy przyjacielskich, jeżeli przenosi się w świat zlaicyzowany, przeniknięty marketingiem, wartości i znaki zwiazane z wiarą – która jest sferą bardzo intymną, prywatną - budzi to wątpliwości. Czasem wywołuje wręcz uśmiech, wiadomo bowiem, że za tym wszystkim często stoi wielka kasa. Z drugiej strony pieniądze, także te zarobione dzięki gorączce świątecznych zakupów, pozwalają ludziom utrzymywać rodziny i podtrzymywać ich duchowość. Myślę, że wspomniany tekst to ewidentna prowokacja zmierzająca do wywołania refleksji i nazwania problemu, który jest jak najbardziej realny.
bp Tadeusz Pieronek
Propozycja zniesienia Bożego Narodzenia, żeby w ten sposób obronić ich religijny charakter przed komercją, to według mnie żarcik, a nie głos rozpaczy, bo nie ma powodu do rozpaczy. Wielu ludzi przeżywa te święta bardzo głęboko, przygotowuje się do nich duchowo i obchodzi jako pamiątkę przyjścia na świat Zbawiciela. I nie przeszkadza im w tym komercja, wszechobecne dekoracje i cała ta świąteczna konfekcja. To, że Boże Narodzenie często traktowane jest jako pretekst do zwiększania sprzedaży, że pomija się jego religijne znaczenie, jest faktem. Ale walka z tym poprzez likwidowanie świąt niczego nie zmieni. Co więcej, to nie jest metoda godna Kościoła. Bo siłą Kościoła jest słowo, które ma wzmacniać wiarę. Dlatego jedynym sposobem walki Kościoła o autentyczne przeżywanie świąt jest głoszenie ewangelii, przypominanie, że Boże Narodzenie to pamiątka przyjścia na świat Jezusa Chrystusa, przyjścia po to, by nas wszystkich zbawić. Jeśli ktoś tego słowa nie rozumie, to trudno. Ale teatralne gesty i dziwaczne decyzje na pewno mu w tym nie pomogą.
Bogusław Wolniewicz
filozof
Mimo wszelkich tez o zmniejszającej się randze świąt Bożego Narodzenia, projekt ich wykreślenia z listy świąt jest po prostu niemądry. To burzyłoby wielką, ugruntowaną od wieków tradycję. Święta Bożego Narodzenia, tak jak i inne tego rodzaju święta, to przecież kontynuacja niezwykle istotnej tradycji związanej z kulturowo rozumianym świętowaniem - dzień świętowania to nigdy nie jest dzień dzień zwykły, roboczy, taki jak wszystkie inne. To nie jest jakiś nowy pomysł. Fakt, że w dniu Bożego Narodzenia ustanowiono święta państwowe, był przejawem tego, że państwa dostosowały się do tradycji, która jest od państw starsza, ba, w jakiś sposób wobec nich nadrzędna. Jeżeli dziś nastąpi zanegowanie tej tradycji, może się to skończyć upadkiem samego święta. Publicysta "L'Osservatore Romano" zakłada, że jeśli święta Bożego Narodzenia się upowszedni, to w ten sposób się je usakralizuje. Z socjologicznego punktu widzenia to bardzo karkołomna hipoteza, wręcz przecząca zdrowemu rozsądkowi. Kiedy jakieś święto zostaje upowszednione, to wówczas ono właśnie nieodwołalnie traci swą sakralność. Zdaje się taki był los Zielonych Świątek. To przede wszystkim upowszednienie tych świąt sprawiło, że dziś mało kto je w ogóle zauważa. To, że "L'Osservatore Romano", oficjalny dziennik Kościoła katolickiego, publikuje tego rodzaju tezę, świadczy chyba o tym, że kościelne diagnozy stanu wiary Europejczyków są bardzo pesymistyczne.
Marcin Król
historyk idei
Myślę, że ten rodzaj lekarstwa mógłby raczej zaszkodzić pacjentowi niż mu pomóc. Jeśliby sprowadzić sacrum Bożego Narodzenia wyłącznie do uczestnictwa w mszy, wówczas może pogląd publicysty „L’Osservatore Romano” mógłby się bronić. Ale świątecznoć Bożego Narodzenia to przecież nie tylko liturgia. Nawet śpiewanie kolęd to w końcu nie kwestia liturgiczna, ale obyczajowa. Ważny jest też sam obyczaj spotykania się w rodzinie, który jest wyjątkowo cenny – bo rzadko ludzie się spotykają spokojnie, całą rodziną. Ale żeby takie spotkanie mogło się odbyć, najpierw trzeba coś ugotować – a na to potrzebny jest czas. Podobnie jak na samo spotkanie – to przecież też kilka godzin. Gdyby tego czasu nie było, ten rodzinny aspekt świąt by po prostu upadł.
Przecież gdyby w sytuacji, w której święta Bożego Narodzenia zniknęłyby z listy dni wolnych, wszyscy, którzy chcieliby je świętować, wystąpiliby o urlopy, a wówczas część tych urlopów na pewno nie zostałaby udzielona. Święta są oczywiście skomercjalizowane i zlaicyzowane, to widać i w Polsce, i na Zachodzie. Z tą komercjalizacją można próbować walczyć, ale tylko poprzez pielęgnowanie pewnych elementów tradycji. Właśnie przez to, by nie były one kolejnym dniem spędzanym przed telewizorem. To tradycja właśnie nakazuje od tego telewizora się oderwać, poświęcić czas na celebrację przygotowań do świąt i rodzinne, spokojne spotkania. Na to wszystko trzeba jednak mieć wolny, spokojny czas - ten, którego publicysta "L’Osservatore Romano" chciałby nas nieopatrznie pozbawić.
Paweł Śpiewak
socjolog, historyk idei, poseł PO
Gdy słyszymy lament, że Święta Bożego Narodzenia pożarła komercjalizacja, a ich religijny wymiar zanika, warto przypomnieć sobie przypadek zegara mechanicznego. Wymyślono go w XIII wieku stricte do celów religijnych: by benedyktyni mogli odmierzać czas liturgii. Czy jego twórcy mogliby się spodziewać, że posłuży on wprowadzeniu dyscypliny pracy czy terroru punktualności i pośpiechu, które są wrogami duchowości? Pewne procesy są nieodwracalne i nie mamy nad nimi kontroli. Ci, którzy ustanowili religijne święto Bożego Narodzenia, nigdy nie spodziewaliby się, że zostanie ono potraktowane jako okazja do robienia interesów. Trzeba jednak pamiętać, że mimo wszystko dla większości ludzi Wigilia i Boże Narodzenie nadal jest świętem o ważnym wymiarze duchowym. To święto światła, wokół którego gromadzi się rodzina. Jest tak głęboko zakorzenione w naszej świadomości, że czasem nawet zapominamy, czym jest w swej istocie. Ale fakt, że się one odbywają, odsyła uczestników tych wydarzeń do pierwotnego doświadczenia religijnego. Można tu zarysować paralelę z niedzielą. Czy lobbowanie przez Kościół, by wolny dzień w tygodniu wyznaczyć w środę, a nie w niedzielę, co miałoby „uwolnić niedzielę od komercji” dałoby jakieś rezultaty? Wątpię. To przede wszystkim Kościół powinien przypominać o duchowym i religijnym wymiarze świąt, afirmować ją i chronić przed ekspansją konsumpcji, a nie obrażać się i "zabierać swoje zabawki", jak chce komentator "Osservatore Romano".
Jarosław Gowin
senator PO, filozof
Takie propozycje mogą padać w świecie całkowicie zdesakralizowanym - Europa Zachodnia trochę już takim światem jest - natomiast w Polsce tego rodzaju pomysł brzmi dość ekscentrycznie. Dla wyraźnej większości Polaków Boże Narodzenie to wciąż jest święto religijne, a idea likwidacji przypisanych im dni wolnych od pracy jest po prostu niezrozumiała. Ta propozycja jest bowiem przejawem wspólnego dla wielu europejskich katolików poczucia, że żyją trochę w świecie katakumb, w świecie, w którym wiara jest traktowana jako zbędny dodatek do życia. W zachodnich Kościołach pojawia się taka tęsknota za życiem w świecie diaspor – niewielkich wspólnot rozproszonych w zlaicyzowanej cywilizacji. Myślę jednak, że wynika ona ze zbyt pesymistycznej oceny współczesnej Europy - a na pewno nie przystaje do polskich realiów. U nas wiara wciąż jeszcze jest masowa, oparta na wspólnej sieci parafii, manifestująca się publicznie i osadzona w silnym życiu rodzinnym. I to właśnie święta są w Polsce takim czasem, w którym wymiar rodzinny naszej kultury splata się z religijnym. Z drugiej strony i my żyjemy w kulturze konsumpcyjnej i ona jakoś określa życie niemal wszystkich Polaków. Mimo wszystko ten konsumpcjonizm nie wypłukał z nas naszego życia sakralnego. Owszem, przed Świętami pełne są centra handlowe, ale w trakcie świąt pełne są świątynie. Dlatego w obronie świąt Bożego Narodzenia nie musimy uciekać się do metod proponowanych przez publicystę "L’Osservatore Romano".
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|