Dziennik Gazeta Prawana logo

"Rząd jest skazany na populizm"

12 października 2007, 14:46
Ten tekst przeczytasz w 10 minut
"Jeśli neopopuliści nie spełnią pokładanych w nich oczekiwań, a sytuacja społeczna znowu się zaostrzy, na miejsce Leppera znajdzie się nowy watażka. Tyle że bardziej przykry, bo nieoszlifowany" - pisze w DZIENNIKU publicysta Jacek Żakowski.
Przystawki znikają w oczach. Jeszcze miesiąc temu LPR i Samoobrona, idąc do wyborów wspólnie, miałyby zagwarantowaną przynajmniej obecność w parlamencie. Dziś - według części sondaży - nawet to nie jest pewne. Jest to dobra wiadomość dla Polski. Połknięcie przystawek przez PiS było kwestią czasu. Ale przestrzegałbym przed triumfalizmem i uleganiem złudzeniu, że PiS dało ostateczny odpór populistycznemu wyzwaniu. Populizm znalazł tylko nową formę wyrazu, wyciszył się i ukrył pod pozorami racjonalnego dyskursu.
Wbrew pozorom polscy populiści nie zostali definitywnie pożarci. Na razie PiS zaledwie ich połknęło - jak wieloryb Jonasza. I to nie całkiem. Wystarczy, że partia Kaczyńskiego dostanie poważniejszej politycznej zadyszki, gospodarka przestanie tak szybko rosnąć, wrócą napięcia socjalne, żeby Andrzej Lepper z Romanem Giertychem wyskoczyli z PiS-owskiego brzucha i zaczęli szaleć na środku sceny. A jeśli nie oni sami (bo Lepper może niebawem wylądować w więzieniu za szantaż seksualny, a Giertych popada w coraz większą śmieszność), to znajdą się inni. I nie jest pewne, że byłoby to najgorsze rozwiązanie. Bo może się zdarzyć, że populistyczna zaraza zlokalizowana w brzuchu wieloryba stopniowo podporządkuje sobie cały jego organizm. Zwłaszcza że ten wieloryb i tak jest na nią mało odporny. Nie raz przecież już mu się zdarzało przekraczać granicę dzielącą politykę poważną, uczciwą i odpowiedzialną od wabienia i mamienia wyborców typowo populistycznymi strachami i mirażami.

Unia łagodzi obyczaje
Jeśli nawet polityczne zanikanie populistów z LPR i Samoobrony jest w ramach obecnej koniunktury zjawiskiem względnie trwałym, nie znaczy to, że znikł ich elektorat wrażliwy na populistyczne chwyty - na pasione przez bóle transformacji puste obietnice, gniew klasowy i zawiść, na których swoją siłę budował lider Samoobrony, albo na napędzane przez globalizację i europeizację odruchy ksenofobii i tradycjonalizmu, które dawały siłę Lidze Polskich Rodzin.
Słabość populistów jest w dużej mierze skutkiem uwięzienia ich w nowych rządowych rolach wymagających przestrzegania choćby minimalnych standardów odpowiedzialności i racjonalności, ale ich osłabienie tak czy inaczej było nieuchronne. Część chwytów, które dały im siłę, chwilowo straciła bowiem skuteczność. Gigantyczne pieniądze, jakimi Unia Europejska zalewa polską wieś i prowincję, radykalnie zmniejszają poziom stresu cywilizacyjnego i gniewu klasowego, które budował siłę populizmu, bo nikt w Polsce nie umiał nadać im politycznego wyrazu.
Dzięki emigracji za chlebem maleje bezrobocie i rosną zarobki, obniża się więc poziom desperacji, która skłania ludzi do ulegania pustym obietnicom. Unia cywilizuje też i równoważy polską politykę, sponsorując programy socjalne. A ludzie odczuwający poprawianie się swojej sytuacji i rosnącą nadzieję na dalszą poprawę, stają się - przynajmniej na początku - trochę mniej podatni na społeczny rewanżyzm - główny wehikuł wszelkich populistów. W tym sensie Lepper dobrze wiedział, co robi, sprzeciwiając się przystąpieniu do Unii. Bo ona nieuchronnie odbiera mu siłę, a z czasem może również rację bytu.
Przyczyny słabnięcia LPR - a de facto jej zanik - są jeszcze prostsze. Liga nigdy nie miała własnej tożsamości, bo od początku była partyjną emanacją imperium Radia Maryja. Gdy Roman Giertych spróbował wybić się na niepodległość, Ojciec Dyrektor przekazał swoje poparcie PiS, a za jego wolą poszedł elektorat. Liga straciła więc rację bytu w dużej polityce, bo jako reprezentacja skrajnych nacjonalistów, karków i łysoli w warunkach wzgldnej koniunktury nie może być liczącą się siłą. Tym bardziej że Jarosław Kaczyński nie pozwala jej jawnie podtrzymywać rasistowskiej i antysemickiej tradycji, na które pewnie mogłaby zebrać parę procent głosów, a sam przejmuje reprezentację elektoratu tradycjonalistycznego i umiarkowanie nacjonalistycznego. To sprawia, że dziś LPR nie reprezentuje nikogo i trudno jej znaleźć poważną rację istnienia.

Wieloryb z Żoliborza

To jednak nie znaczy, że populizm przestał być w Polsce groźny albo że nam już nie szkodzi. Zastąpienie twardego, tradycyjnego, ludowego populizmu LPR i Samoobrony przez łagodniejszy neopopulizm PiS tonuje napięcia, ale nie musi oznaczać zmniejszenia szkodliwości polskiej polityki. Wieloryb z Żoliborza nie mógł bezkarnie połknąć Jonaszy z LPR i Samoobrony. PiS przejął dużą część populistycznych wyborców i - jeśli chce ten stan rzeczy utrzymać - musi zaspokajać ich oczekiwania. Ceną jest neopopulizm PiS próbujący łączyć racjonalne nurty tradycji konserwatywnej, a nawet liberalnej (ale tylko w sensie ekonomicznym) ze „współczującym językiem neokonserwatyzmu i z tradycyjnie populistyczną retoryką strachu - "wrogów", "obcych", "zagrożeń" i "spisków" - podtrzymującą popularność populistycznej władzy.
Dla partii Kaczyńskiego neopopulizm nie jest niczym nowym. Legendy o oplatających Polskę agenturalnych i mafijnych strukturach, czworokątach, sieciach i układach, które w ustach polityków PiS urastają do kosmicznych („porażających) rozmiarów, należą do najtwardszego jądra tożsamości tej partii. Potęga PiS wyrosła przecież w kilku ostatnich latach na nadinterpretacji i przerysowaniu niedocenianych przez innych realnie istniejących patologicznych zjawisk i procesów. Będąc już u władzy, PiS mogłoby jednak zbliżyć się do racjonalnego jądra realnych problemów, zająć bardziej pragmatyczne pozycje i wykorzystać czas niezwykłej koniunktury dla usprawnienia państwa, o co słusznie apeluje Karnowski. Mogłoby, ale nie może. Przede wszystkim dlatego, że wpadło w pułapkę własnej retoryki strachów i miraży, a połykając dwóch populistycznych Jonaszy, jeszcze bardziej się w tej retoryce uwięziło.
Nie jest wykluczone, że samo w nią uwierzyło. Co najmniej zaś uwierzyli w nią szeregowi działacze tej partii. Kto widział aplauz, jaki na kongresie PiS otrzymał Jacek Kurski zapewniający, że socjalne zobowiązania rządu da się sfinansować, ograniczając kosztowne patologie, ten nie powinien mieć złudzeń co do tego, że partia braci Kaczyńskich dała się nabrać na swoje własne retoryczne chwyty. Ponieważ zaś tak bardzo w nie uwierzyła, nie przygotowała żadnych użytecznych narzędzi naprawiania Polski. Michał Karnowski słusznie dopomina się o reformę finansów czy systemu rentowego. Tylko że populistyczny elektorat, który PiS przejął od przystawek, tego akurat od władzy chyba nie oczekuje, a Jarosław Kaczyński w coraz większym stopniu staje się zakładnikiem nowego elektoratu. Żeby się utrzymać na szczycie sondaży, PiS wciąż musi walczyć z „wrogami nie może męczyć i nudzić wyborców reformowaniem państwa. A poza tym to trzeba umieć. Do tych wielkich i niezwykle potrzebnych, ale też bardzo ryzykownych i wymagających wyrafinowanych narzędzi reform systemowych, o które upomina się Karnowski, w sposób szczególny odnosi się opinia byłego premiera Marcinkiewicza, że nie ma w Polsce partii zdolnej do stworzenia dobrego dla Polski rządu, i z pewnością nie ma takich kompetencji obecna koalicja.

Bezradni neopopuliści

Na czele rady ZUS rząd PiS postawił dr. Gwiazdowskiego, autora publicystycznych filipik na temat gospodarki sprowadzających się do dwóch prostych tez: żeby sprywatyzować wszystko, co się w gospodarce rusza, i żeby zlikwidować wszelkie możliwe prawa socjalne oraz pracownicze. Jedyna istotna myśl na temat przyszłości ubezpieczeń społecznych (w tym także rentowych), jaką ogłosił publicznie, sprowadza się do tego, że system się niebawem zawali. Na czele finansów i całej gospodarki PiS postawiło zaś prof. Zytę Gilowską, promotorkę wyssanej z palca, a do niedawna głoszonej przez PO koncepcji 3x15, która w kilka miesięcy rozwaliłaby budżet i gospodarkę. Nic przy tym nie wskazuje, by rząd uczynił istotne postępy w przygotowaniu wieloletniego procesu wdrażania budżetu zadaniowego, bez którego reformowanie finansów publicznych będzie tylko mieszaniem herbaty, od czego nie robi się ona słodsza.
Nie mam więc poczucia, żeby populistyczna laba, jaką daje nam osłabienie Leppera i Giertycha, stanowiła dla Polski jakąś realną szansę. Bardzo dobrze widać to nie tylko w gospodarce i polityce zagranicznej, gdzie populistyczne okrzyki i histeryczne reakcje próbują maskować dyplomatyczną inercję oraz nieudolność. Podobnie jest w oświacie, gdzie populistyczne hasło „zero tolerancji zastępuje namysł nad pedagogiczną i dydaktyczną niezbornością systemu, czy w wymiarze sprawiedliwości, gdzie bezradność wobec katastrofy i dysfunkcjonalności prokuratury i systemu penitencjarnego maskowana jest przez nieracjonalne żądania zaostrzania kar, czy w polityce rodzinnej, gdzie zamiast sensownych mechanizmów pronatalistycznych wprowadzono popiwek. Typowe dla populizmu maskowanie efektownymi hasłami i akcjami braku wymagających kompetencji efektywnych rozwiązań systemowych widać w większości dziedzin aktywności państwa. Zastąpienie populistów neopopulistami łagodzi doraźnie niektóre napięcia, ale nie rozwiązuje problemów, tylko je pogłębia.
Przestrzegałbym też przed wiązaniem poważnych nadziei z zakazem wykonywania mandatu parlamentarnego przez osoby skazane. Nie jestem za oddaniem Sejmu w ręce kryminalistów, ale na dłuższą metę pozbawienie ich prawa kandydowania nie rozwiąże żadnego problemu. Polityka tworzy rynek podobny do innych. Na rynku zaś decyduje systemowy popyt, a nie podaż. Jak zastrzelenie Breżniewa nie mogło załatwić problemu komunizmu, tak usunięcie Leppera nie rozwiąże problemu populizmu. Jeśli neopopuliści nie spełnią pokładanych w nich oczekiwań, a sytuacja społeczna znowu się zaostrzy, na miejsce Leppera szybko znajdzie się nowy watażka. Tyle że bardziej przykry, bo nieoszlifowany.

Jednym lżej, innym nie
"Lepper z wozu koniom lżej" uważa Karnowski. Jest w tym sporo prawdy. Lepper rzeczywiście wydaje się dziś bezsilny, a Jarosław Kaczyński wszechmocny. Ale nie chwalmy dnia póki nie zajdzie słońce. A dzień jeszcze w pełni. Po ubiegłorocznej ruinie polska scena partyjna dopiero zaczyna się na nowo kształtować i trudno powiedzieć, jak ten proces się potoczy. Po stronie obecnej koalicji znaków zapytania jest równie wiele, jak w obozie dzisiejszej opozycji.
Populistyczne ryzyko to zjawisko trwałe w każdej demokracji, a w ponowoczesnej teledemokracji miotanej przez histeryczne media, zdominowanej przez tandetną politykę opartą raczej na prostym marketingu niż prawdziwym przywództwie i raczej na tanich hasłach, niż realnych wizjach czy programach naprawy, szanse populistów są większe niż kiedykolwiek. Każde zaburzenie równowagi społecznej zwiększa je niebezpiecznie. A neopopulizm budujący miraże i wiele obiecujący, ale niezdolny do prawdziwego rozwiązywania problemów, tylko na krótką metę zmniejsza to zagrożenie, a w dłuższej perspektywie prowadzi do kryzysu, nierównowagi i zaburzeń społecznych. Dlatego niestety nie bardzo rozumiem nadzieje Karnowskiego, a dobrze rozumiem decyzję premiera Marcinkiewicza.
Jacek Żakowski, dziennikarz i publicysta. Jeden z założycieli "Gazety Wyborczej". Obecnie publicysta "Polityki". Kierownik Katedry Dziennikarstwa Collegium Civitas
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj