Dziennik Gazeta Prawana logo

"Kaczyński nie dzieli się władzą"

12 października 2007, 14:46
Ten tekst przeczytasz w 10 minut
"Marcinkiewicz po ewentualnym wejściu do rządu ociepliłby jego wizerunek, ale nie zmieniłby modelu działania" - pisze w DZIENNIKU politolog Rafał Matyja.

Sprawa "miejsca dla Kazimierza Marcinkiewicza" nie jest ważna tylko jako problem wykorzystania przez PiS i rząd Jarosława Kaczyńskiego talentów i popularności byłego premiera. W niej jak w soczewce zbiega się wiele problemów obecnego rządu i spraw związanych z przyszłością polskiej centroprawicy. Nawet jej pomyślne dla obu stron rozstrzygnięcie nie usunie problemów, które przy okazji stają się widoczne i zrozumiałe dla szerszej opinii.

Jarosław Kaczyński decydując się na objęcie teki premiera, podejmował jednocześnie większe ryzyko i ograniczał sobie pole politycznej rozgrywki. Po stronie zysków mógł jednak zapisać większą sterowność układu koalicyjnego i silniejszą osobistą kontrolę nad ministrami. Skoncentrował w swych rękach dużą władzę, a nie mając skłonności do dzielenia się nią z kimkolwiek, stworzył układ sprawny i całkowicie pozbawiony elastyczności.

Od czerwca Kaczyński nie może już jak w czasie misji Marcinkiewicza w sposób niegroźny dla całości systemu zdystansować się od jakiejś decyzji rządu czy pojedynczego ministra. Nie istnieje też możliwość wytworzenia ośrodka, którego polityka amortyzowałaby niejako działania PiS. Wszystko bowiem rząd, partia, klub parlamentarny, działania PiS w terenie tworzy jedną całość kierowaną politycznie przez jednego człowieka.

Jedna partia, jeden człowiek
Tezę tę potwierdzają zarówno nominacje personalne sprzed pół roku, gdy Kaczyński obejmował funkcję premiera (Brudziński, Kuchciński), jak i zmiany organizacyjne w partii (regionalna władza pełnomocników). Decyzje te miały wyeliminować występowanie jakichkolwiek oporów strukturalnych w PiS. Tezę tę potwierdza także niewytworzenie się w otoczeniu premiera silnych ośrodków doradczych czy konsultacyjnych. Cechą tych rządów jest zatem nie tylko koncentracja władzy, ale swego rodzaju zaprogramowana samotność przywódcy.

Piotr Wierzbicki wnikliwie opisywał w połowie lat 80. stosowane w historii Polski różne modele przywództwa. Obok „harmonii na gruncie zrozumienia wypracowanej przez lata wychowawczo-publicystycznej działalności Romana Dmowskiego istniała też piłsudczykowska "harmonia na gruncie wiary" oraz "dysharmonia totalna" Maurycego Mochnackiego. Ta pierwsza oznaczała zdolność kontynuowania pracy politycznej także w warunkach pełnej samodzielności i braku kontaktu z liderem. Ta druga uzależniała jego obóz polityczny od aktualnej oceny sytuacji formułowanej przez przywódcę. Wiązała zwolenników nie stałością politycznego programu, ale niezmiennością ogólnych celów i charyzmą lidera.

Jarosław Kaczyński z pewnością nawiązuje w modelu przywództwa nie tyle w sensie ideowym, ile charakterologicznym do drugiego z prezentowanych stylów. Styl ten wymusza bliską współpracę z ludźmi, którzy w decyzjach widzą raczej rozkazy niż wskazania kierunkowe, które można modyfikować wedle uznania. Oznacza zatem mniej lub bardziej świadomą selekcję kadrową opartą przede wszystkim o kryterium lojalności. Selekcję, w której samodzielność może być postrzegana jako wada. Zwłaszcza gdy samodzielność ta łączy się z pewnymi cechami przywódczymi i zdolnością do działania zespołowego.

Marcinkiewicz niesamodzielny
Warto zatem przypomnieć, że niedoszły wicepremier do spraw gospodarczych taką selekcję przeszedł. Był lojalny i politycznie - czy mówiąc precyzyjniej - partyjnie "niesamodzielny". Nie tylko nie posiadał w PiS swojej grupy, ale okazał się bardziej lojalny wobec prezesa niż inni liderzy dawnego Przymierza Prawicy. Co więcej, ową lojalność potwierdził w pełni przez czas swej dziewięciomiesięcznej misji. Zaskoczeniem był natomiast nieprawdopodobny sukces medialny. Wielu dziennikarzy uważało bowiem wcześniej Marcinkiewicza za nieco bezbarwnego technokratę o dość pryncypialnie prawicowych poglądach.

Marcinkiewicz okazał się jednak politykiem, który za element profesjonalizmu politycznego uznaje działanie w symbiozie z mediami, spełnianie a niekiedy wyprzedzanie - ich oczekiwań dotyczących nie tyle treści, ile formy prezentowania polityki i polityków. Popadał przy tym niekiedy nawet w nieco komiczny ekshibicjonizm, co jednak umacniało tylko wizerunek polityka, który nie boi się "medialnego ryzyka" i gry formą. Już po pierwszych miesiącach wszyscy politycy PiS musieli zdać sobie sprawę, że przebicie nowego premiera w sztuce czarowania mediów będzie prawie niemożliwe. Równocześnie wiedzieli dobrze, że Marcinkiewicz nie jest politycznym przywódcą, który swą popularność zdyskontuje, tworząc nowy podmiot partyjny, czy nawet zyskując istotny wpływ na decyzje PiS. On sam zadowolił się idealną dla człowieka w jego sytuacji propozycją objęcia ważnego, ale zarazem „samoistnego stanowiska zarządcy komisarycznego z widokiem na prezydenturę stolicy. Na pytanie, co się stanie, gdy Marcinkiewicz tę bitwę przegra, najczęstsza odpowiedź polityków PiS brzmiała: "wygra!".

PiS nie miało wariantu rezerwowego. Nie ma zresztą dziś także wizji, co zrobić z Marcinkiewiczem. Nie ma dlatego, że jako podmiot niezależny od woli swego lidera PiS po prostu nie istnieje. Jest partią w sferze decyzji jednoosobową. Coraz bardziej jednoosobową. To Jarosław Kaczyński zatem musi zadecydować o tym, co można zaproponować byłemu premierowi. Co więcej, ponieważ jako realista nie ma względu na byty formalne, a jedynie na rzeczywiste podmioty polityki, nie bierze pod uwagę innego kryterium niż własna linia polityczna. Linia, która jak wspomniałem wyżej ma cele przede wszystkim państwowe i w ostatecznym rachunku bardziej liczy się z „techniczną wykonalnością projektu niż z opinią publiczną czy tym bardziej opinią mediów. Co w praktyce politycznej Kaczyńskiego oznacza redukcję wszelkich w tym także potencjalnych ograniczeń w obrębie własnego obozu władzy.

Czas przywódców
PiS staje się zatem partią "jednego projektu", partią "jednego przełomu politycznego", który nastąpił w 2005 roku. Nie dysponuje dziś wizją poza ten projekt wykraczającą. Oczywiście jego liderzy chcieliby umocnienia się PiS na scenie politycznej, zagospodarowania wszystkiego na prawo od PO. Rzecz jasna chcieliby w następnych wyborach jako program minimum potraktować scenariusz węgierskiego Fidesz, który przegrywając wybory z socjalistami, utrzymał się na scenie politycznej jako główna partia opozycyjna.

By to było możliwe, konieczne jest budowanie "amortyzatorów" w postaci alternatywnych scenariuszy politycznych, a nawet alternatywnych układów personalnych. Kłopot Jarosława Kaczyńskiego polega jednak na tym, że budowa takich „amortyzatorów (formalnych, personalnych, ideowych) kłóci się z bieżącą strategią koncentracji zasobów i podporządkowywania wszystkiego realizacji celu politycznego numer jeden. Amortyzatory pozwalające PiS na zmianę strategii działania, wizerunku partii, na elastyczne dostosowanie się do nowych okoliczności mogą powstać jedynie jako efekt naturalnych „podmiotowości wewnątrz tej partii. Szansą Marcinkiewicza było wybudowanie takiej właśnie elementarnej podmiotowości. By to uczynić, musiałby - niestety - iść raczej ryzykowną drogą Rokity, wywierając zewnętrzną presję na kierownictwo PiS, nawet za cenę formalnej marginalizacji. Wybrał jednak drogę "ograniczonej podmiotowości" - także w sensie indywidualnym, negocjując wprawdzie z premierem miejsce w rządzie, ale nie wykraczając w uzasadnieniu poza ściśle pragmatyczny sens tej decyzji (odbiurokratyzowanie gospodarki).

Marcinkiewicz nie jest bowiem przynajmniej dziś kandydatem na politycznego przywódcę. Nadawałby się idealnie na ważnego polityka w krajach o względnie ustabilizowanych regułach polityki, a zarazem o „umiarkowanych zadaniach, jakie stawia się przed premierami, ministrami czy szefami partii. Mógłby odegrać znaczącą rolę w sytuacji, w której istnieje stabilna i regularnie (z właściwymi demokracji przerwami) uczestnicząca w sprawowaniu władzy centroprawica. Można powiedzieć, że jeżeli nie stanie się nic nieprzewidzianego, będzie zapewne jednym z liderów nowej generacji politycznej na prawicy.

PiS bez alternatywy
Jeżeli polityka w Polsce upodobni się do tego, co obserwujemy w licznych krajach europejskich, to suma pragmatyzmu i medialnego czaru pozwoli Marcinkiewiczowi brać czynny udział w wielu przyszłych politycznych konfiguracjach. Jednak budowa „prawicy trzeciej generacji (po nieudanych próbach lat 90. i po wyczerpaniu się ustrojowej misji PiS), przekracza dziś horyzont spraw dyskutowanych na prawicy. Szkoda, bo taka perspektywa mogłaby stanowić przesłankę istotnej korekty postępowania lidera PiS. Mogłaby uzasadniać stopniowe reformy partii wzmacniające samodzielność i skuteczność jej lokalnych struktur, stwarzając większe szanse rozwoju karier poselskich opartych na osobistych umiejętnościach, a nie na politycznej bezbarwności i lojalności.

Nie jestem rozczarowany postępowaniem Jarosława Kaczyńskiego, który nie zgodził się na wymianę Zyty Gilowskiej na Kazimierza Marcinkiewicza. Uważam, że uniknął w ten sposób kolejnego wewnętrznego kryzysu. Rozumiem, że konieczność uwzględniania opinii publiczno-medialnej nie przekonuje dziś lidera PiS do "wzmacniania" sympatii do partii z pomocą najpopularniejszego polskiego polityka. Logika funkcjonowania PiS nie opiera się bowiem na strategii długiego trwania, ale na koncepcji jednorazowych głębokich zmian.

Podzielam opinie o sympatycznym, pragmatycznym, elastycznym i rzeczowym Kazimierzu Marcinkiewiczu. Nie widzę w nim jednak przywódcy politycznego tej rangi co Kaczyński czy nawet Rokita. Uważam, że zmiany, które przyszło wprowadzać Prawu i Sprawiedliwości, wymagają swego rodzaju niewrażliwości na popularność, gotowości poniesienia porażki, czy nawet spalenia szans na organizacyjne przetrwanie. Trudny kompromis w tej sprawie polega zatem nie na wyborze między tym, co popularne, a między tym, co konieczne.

W strategii politycznej Kaczyńskiego powinno się bowiem pojawić miejsce na kwestie długofalowego rozwoju polskiej centroprawicy. W działaniach polityków drugiego szeregu PiS (pierwszy tworzy jedoosobowo sam prezes), nie powinno zabraknąć odwagi i podmiotowości w troszczeniu się o wyrażanie projektów alternatywnych. Tworzeniu ich nie po to, by odebrać Kaczyńskiemu władzę czy pozbawić go wpływu na jakąś sferę działań rządzącej koalicji, lecz z myślą o kolejnych wyborach i kolejnych kadencjach polskiego Sejmu.

Rafał Matyja, politolog, prodziekan Wydziału Studiów Politycznych i kierownik Zakładu Studiów Politycznych Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu, redaktor naczelny kwartalnika "Praktyka Polityczna". Współautor książki "Równi i równiejsi" (wraz z K. M. Ujazdowskim)

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj