Jedyną organizacją międzynarodową, która funkcjonowała przyzwoicie w mijającym roku było NATO. Główną kwestią na rok następny będzie więc wytyczenie zakresu działania Sojuszu. Czy będzie musiał na przykład bronić Gruzji przed Rosją? - pisze w DZIENNIKU Guy Sorman.
Wielkim niedostrzeżonym bohaterem 2006 roku był wzrost gospodarczy. Jeszcze nigdy w historii ludzkości wartość dodana wytworzona na wszystkich kontynentach nie była
aż tak wysoka. Gospodarki bogatych krajów nadal się rozwijały – tak było w Stanach Zjednoczonych, a także - choć nieco wolniej - w Japonii i Unii Europejskiej. Bogacenie krajów
bogatych staje się zjawiskiem permanentnym, a kryzys kapitalizmu poszedł w zapomnienie.
Ten nadzwyczajny rozwój krajów bogatych powinien trwać także w 2007 roku. I nie wzbogaci wyłącznie ich samych. Wewnątrz tych krajów jakość życia ciągle się polepsza, nawet jeśli pogłębiane są nierówności. Biedni stają się mniej biedni częściowo w wyniku redystrybucji bogactw ze strony państwa. Na zewnątrz, dzięki globalizacji handlu, wzrost w krajach bogatych pociąga za sobą wzrost gospodarczy u ich dostawców. Dla dostawców surowców i energii – bardziej poszukiwanych, a więc i droższych – rok 2006 był dobrym rokiem. To przypadek Rosji, Arabii Saudyjskiej, Wenezueli czy Nigerii. W nadchodzącym roku ta tendencja może się wyłącznie wzmocnić, bo świat jest jeszcze bardzo daleki od użycia substytutów dotychczasowych źródeł energii.
Nieprzerwany wzrost gospodarczy bogatych powoduje, że ruszają z miejsca producenci artykułów konsumpcyjnych: produktów spożywczych (Polska, Algieria, Chile, Tanzania, Brazylia), wyrobów rzemiosła (Filipiny, Chiny), elektroniki (Chiny, Tajwan, Korea Południowa), wyrobów włókienniczych (Turcja, Pakistan, Bangladesz, Meksyk, Tunezja), produktów półprzemysłowych (Indie, Kolumbia, Brazylia). Bardzo znaczące było również w mijającym roku to, że ruszyła z miejsca gospodarka krajów bardzo biednych - jak Egipt (turystyka, włókiennictwo), Burkina Faso (bawełna), Mali (bawełna, warzywa). Ogólna nauka, jaką można z tego wyciągnąć, jest następująca: droga prowadząca do rozwoju jest już znana. Prowadzi ona przez ekonomię rynkową, przedsiębiorczość i handel międzynarodowy. Ci, którzy pragną rozwoju na nowej mapie świata, mogą go osiągnąć. Aby mieć pewność, że on nie nastąpi, wystarczy wybrać gospodarkę socjalistyczną i odrzucić globalizację - jak Korea Północna, Syria, Zimbabwe. Te przykłady są dla krytyków liberalnej ekonomii bardzo kłopotliwe.
Islam polityczny
Inna znacząca tendencja 2006 roku, która powinna się wzmocnić w następnym, to globalizacja politycznego islamu. U jego źródeł leżą konflikty lokalne: izraelsko-palestyński, irańskiego kleru przeciwko szachowi, nasserowska rewolucja przeciw Muzułmańskim Braciom, muzułmanie przeciw katolikom na Filipinach... Teraz okazuje się, że te konflikty trwają i są powiązane z ogólnoświatowymi żądaniami islamistów. W 2006 roku wszystko działo się tak, jakby rewolty, urazy, frustracje licznych społeczeństw muzułmańskich były zakotwiczone równocześnie lokalnie i w sferze międzynarodowej. Do globalizacji politycznego islamu znacznie przyczynia się internet. Propagandowe tematy i opisy technik bojowych krążą w jednej chwili między Filipinami, Irakiem, Afganistanem i Somalią. Globalizacja dodatkowo wzmacnia możliwości strategiczne islamistycznych bojowników i ich nadzieję na ponowne ustanowienie powszechnego kalifatu. Bez wątpienia dynamika jest po stronie tego właśnie islamu i w 2007 roku będzie podobnie. Odpowiedź na polityczny islam przyniosą wydarzenia na dwóch frontach. Przede wszystkim w Iraku, gdzie militarne niepowodzenia Amerykanów zmuszą ich do zmiany metod. W grudniu 2006 roku ukazał się podręcznik walki przeciwpowstańczej, gdzie podkreśla się wagę doświadczeń płynących z poprzednich wojen domowych, którymi amerykański żołnierz powinien się inspirować. Aby w Iraku mógł on „poruszać się jak ryba w wodzie”, musi znać miejscową kulturę i zjednać sobie sympatię miejscowej ludności (czy nie jest na to zbyt późno?). W tym celu zostanie zmodyfikowane szkolenie irackich żołnierzy, a także odstąpi się od frontalnych uderzeń. Rząd George’a W. Busha nie zrezygnuje jednak z prób wprowadzenia demokracji w Iraku i nie wycofa stamtąd wojsk.
Wątpliwe więc, czy w roku 2007 sytuacja na Bliskim Wschodzie zmieni się radykalnie. Jednak na innych obszarach, gdzie szaleje polityczny islam - w Afganistanie i w Somalii - nowa amerykańska strategia mogłaby się okazać skuteczna. Stany Zjednoczone zamierzają wygrać decydujące bitwy w Kandaharze oraz w Rogu Afryki. Jednak - i to jest drugi front - należy wątpić, czy islamskim siłom umiarkowanym uda się zorganizować i stworzyć ruchy demokratyczne, aby dać odpór islamskiej przemocy i despotyzmowi - zwłaszcza w świecie arabskim. Amerykańska interwencja w Iraku w najmniejszym stopniu nie ułatwi tego zadania. W świecie muzułmańskim jest jednak kilka optymistycznych zapowiedzi, które w 2007 roku mogą znaleźć potwierdzenie. To wzrost gospodarczy i polityczny trzech rozwijających się krajów demokratycznych: Turcji, Indonezji i Bangladeszu. Oczywiście, nie są to państwa arabskie, ale są muzułmańskie i mogłyby udowodnić, że islam nie musi prowadzić do przemocy.
Wojny realne i możliwe
Rok 2006 osnuły żałobą liczne konflikty w: Iraku, Sudanie, Somalii, Kolumbii, Kaszmirze, Afganistanie, Wybrzeżu Kości Słoniowej. Nie zapominajmy też o ciągłych represjach w Czeczenii i Tybecie. Przemoc nie zanika, jednak walczą ze sobą nie tylko narody; wojna staje się lokalna, plemienna, na wzór modelu bałkańskiego, afgańskiego czy irackiego. W Rogu Afryki ludy są równie wymieszane jak na Bałkanach, Filipinach. Podobnie jest w Kaszmirze. Lokalność konfliktów nie oznacza, że są one mniej mordercze, bojownicy dysponują bowiem coraz bardziej wyrafinowaną bronią i znacznymi środkami finansowymi - pieniądze płyną z: narkotyków (Kolumbia, Afganistan), terrorystycznych wymuszeń (Sri Lanka, Filipiny) czy otrzymywane są z zewnątrz (Iran, Korea Północna).
Demokracje okazują się źle przygotowane do takich walk, są dodatkowo osłabiane przez opinię publiczną, znudzoną egzotycznymi konfliktami, o których niewiele wie, i nieprzekonaną do konieczności angażowania się w ich rozwiązywanie. Czy w 2007 roku politycy będą w stanie przekonać zachodnie społeczeństwa, że wypuszczenie z rąk Somalii czy Afganistanu może pozwolić na utworzenie Dżihadistanów, baz umożliwiających muzułmanom przyszłe ataki na znienawidzony Zachód? Czy powinniśmy zdać się w tej sprawie na ONZ? Kofi Annan w swojej mowie pożegnalnej żałował, że Narodom Zjednoczonym nie powiodła się misja w Iraku i Sudanie, ale gdzie się powiodła? W 2007 roku można liczyć, że Chiny i Rosja będą paraliżować działania ONZ w sprawie Iranu i Sudanu. Jedyną organizacją międzynarodową, która funkcjonowała przyzwoicie w mijającym roku, było NATO. Główną kwestią na rok następny będzie więc wytyczenie zakresu działania Sojuszu. Czy będzie musiał na przykład bronić Gruzji przed Rosją? Czy też w Azji trzeba będzie powołać podobny związek na wzór NATO łączący Stany Zjednoczone z Japonią, Koreą Południową i Indonezją przeciw siłom destabilizacyjnym, aktywnym w tym regionie: islamistycznym bojownikom i Korei Północnej oraz - antycypując rozwój wydarzeń - Chinom, gdyby zechciały użyć siły wobec Tajwanu? Poza nowym sojuszem azjatyckich demokratów nie mogłyby pozostać również Indie, których pojawienie się na światowej scenie i nieoczekiwany sojusz ze Stanami Zjednoczonymi (jedyny sukces George’a W. Busha) był może najważniejszym wydarzeniem 2006 roku.
Kurs na prawo
W 2006 roku konserwatyści wygrali wybory w Szwecji; przegrali w Stanach Zjednoczonych, we Włoszech, na Węgrzech. Powstał wielki szum wokół wzrostu znaczenia partii nacjonalistycznych, a nawet ksenofobicznych w Europie Północnej i Wschodniej. Jednak ruchy te pozostają skromne. Nie są one w stanie zagrozić ani Unii Europejskiej, ani globalnej wymianie handlowej i kulturalnej. A ponieważ polityka zawsze pozostaje lokalna, trudno wyciągnąć z ich istnienia wnioski o istnieniu ponadnarodowych tendencji.
Pokusimy się jednak o próbę pewnej generalizacji. Stwierdzamy mianowicie w programach politycznych we wszystkich krajach demokratycznych „kurs na prawo” i to zarówno na prawicy, jak i lewicy. We Francji Segolene Royal jako kandydatka socjalistów zbiera najwięcej głosów raczej w centrum. Włoska lewica, która odsunęła Berlusconiego, nie jest zbyt lewicowa. Partie socjaldemokratyczne w Niemczech i w Wielkiej Brytanii pozostały w centrum. Nawet w Ameryce Łacińskiej ponownie wybrany Lulla da Silva [obecny prezydent Brazylii - przyp. red.] nie ma już nic wspólnego z Lullą - trockistą z lat 80. zeszłego stulecia. Wszystko dzieje się więc tak, jakby liberalizm, gospodarka rynkowa, mniejsza ingerencja państwa i globalizacja stały się osią każdej debaty; można być lekko na prawo lub lekko na lewo wobec niej - jednak trzeba się znaleźć blisko tej właśnie, a nie innej osi. To przeniesienie środka ciężkości debaty politycznej rozpoczęło się w latach 80. ubiegłego wieku i rzuca światło na polityczne wybory w 2006 i w 2007 roku. Jednocześnie - z wyjątkiem Europy Środkowej, która przeżyła komunizm - nieliczni są na Zachodzie politycy, którzy mają odwagę nazywać rzeczy po imieniu. W Europie Zachodniej nie istnieją partie liberalne albo są maleńkie. Debata polityczna krąży niemal wyłącznie wokół globalizacji. Z pewnością powoduje to strach polityków krajowych przed tym, że rynek światowy pozbawi ich wpływów. Strach ten jest uzasadniony, ale świat na tym nie straci niczego.
Demokracja stoi w miejscu
Ostatnia przynosząca rozczarowanie obserwacja z pola polityki w 2006 roku jest taka, że demokracja nie poczyniła żadnych postępów. Jej eksport, który był wolą Amerykanów od czasów I wojny światowej i rządów prezydenta Wilsona, ugrzązł w Iraku (choć Irakijczycy wzięli udział w wyborach), a za sprawą tej amerykańskiej porażki despoci świata arabskiego złapali drugi oddech. W Rosji i w sferze jej wpływów mieliśmy do czynienia z powrotem do autorytaryzmu. Można się obawiać, że w 2007 roku Putin wybierze takiego następcę, że w rzeczywistości nikt go już nie zastąpi. Podobnie w Chinach partia komunistyczna zakończyła nieśmiałe próby lokalnych, wiejskich wyborów. Od tej pory aż do Igrzysk Olimpijskich chiński reżim pozostanie nieprzejednany. Jednak w nadchodzącym roku powinien się zmienić rząd na Kubie, która pozostaje ostatnim symbolem ortodoksyjnego komunizmu. Taka zmiana będzie oznaczać ostatni akord sowieckiej epopei.
Guy Sorman, pisarz, filozof, publicysta, stały współpracownik „Dziennika”. Zadebiutował w 1983 roku pracą „Neokonserwatywna rewolucja amerykańska”. Ostatnio opublikował portretującą przemiany we współczesnych Chinach książką „Rok koguta” (2006).
Ten nadzwyczajny rozwój krajów bogatych powinien trwać także w 2007 roku. I nie wzbogaci wyłącznie ich samych. Wewnątrz tych krajów jakość życia ciągle się polepsza, nawet jeśli pogłębiane są nierówności. Biedni stają się mniej biedni częściowo w wyniku redystrybucji bogactw ze strony państwa. Na zewnątrz, dzięki globalizacji handlu, wzrost w krajach bogatych pociąga za sobą wzrost gospodarczy u ich dostawców. Dla dostawców surowców i energii – bardziej poszukiwanych, a więc i droższych – rok 2006 był dobrym rokiem. To przypadek Rosji, Arabii Saudyjskiej, Wenezueli czy Nigerii. W nadchodzącym roku ta tendencja może się wyłącznie wzmocnić, bo świat jest jeszcze bardzo daleki od użycia substytutów dotychczasowych źródeł energii.
Nieprzerwany wzrost gospodarczy bogatych powoduje, że ruszają z miejsca producenci artykułów konsumpcyjnych: produktów spożywczych (Polska, Algieria, Chile, Tanzania, Brazylia), wyrobów rzemiosła (Filipiny, Chiny), elektroniki (Chiny, Tajwan, Korea Południowa), wyrobów włókienniczych (Turcja, Pakistan, Bangladesz, Meksyk, Tunezja), produktów półprzemysłowych (Indie, Kolumbia, Brazylia). Bardzo znaczące było również w mijającym roku to, że ruszyła z miejsca gospodarka krajów bardzo biednych - jak Egipt (turystyka, włókiennictwo), Burkina Faso (bawełna), Mali (bawełna, warzywa). Ogólna nauka, jaką można z tego wyciągnąć, jest następująca: droga prowadząca do rozwoju jest już znana. Prowadzi ona przez ekonomię rynkową, przedsiębiorczość i handel międzynarodowy. Ci, którzy pragną rozwoju na nowej mapie świata, mogą go osiągnąć. Aby mieć pewność, że on nie nastąpi, wystarczy wybrać gospodarkę socjalistyczną i odrzucić globalizację - jak Korea Północna, Syria, Zimbabwe. Te przykłady są dla krytyków liberalnej ekonomii bardzo kłopotliwe.
Islam polityczny
Inna znacząca tendencja 2006 roku, która powinna się wzmocnić w następnym, to globalizacja politycznego islamu. U jego źródeł leżą konflikty lokalne: izraelsko-palestyński, irańskiego kleru przeciwko szachowi, nasserowska rewolucja przeciw Muzułmańskim Braciom, muzułmanie przeciw katolikom na Filipinach... Teraz okazuje się, że te konflikty trwają i są powiązane z ogólnoświatowymi żądaniami islamistów. W 2006 roku wszystko działo się tak, jakby rewolty, urazy, frustracje licznych społeczeństw muzułmańskich były zakotwiczone równocześnie lokalnie i w sferze międzynarodowej. Do globalizacji politycznego islamu znacznie przyczynia się internet. Propagandowe tematy i opisy technik bojowych krążą w jednej chwili między Filipinami, Irakiem, Afganistanem i Somalią. Globalizacja dodatkowo wzmacnia możliwości strategiczne islamistycznych bojowników i ich nadzieję na ponowne ustanowienie powszechnego kalifatu. Bez wątpienia dynamika jest po stronie tego właśnie islamu i w 2007 roku będzie podobnie. Odpowiedź na polityczny islam przyniosą wydarzenia na dwóch frontach. Przede wszystkim w Iraku, gdzie militarne niepowodzenia Amerykanów zmuszą ich do zmiany metod. W grudniu 2006 roku ukazał się podręcznik walki przeciwpowstańczej, gdzie podkreśla się wagę doświadczeń płynących z poprzednich wojen domowych, którymi amerykański żołnierz powinien się inspirować. Aby w Iraku mógł on „poruszać się jak ryba w wodzie”, musi znać miejscową kulturę i zjednać sobie sympatię miejscowej ludności (czy nie jest na to zbyt późno?). W tym celu zostanie zmodyfikowane szkolenie irackich żołnierzy, a także odstąpi się od frontalnych uderzeń. Rząd George’a W. Busha nie zrezygnuje jednak z prób wprowadzenia demokracji w Iraku i nie wycofa stamtąd wojsk.
Wątpliwe więc, czy w roku 2007 sytuacja na Bliskim Wschodzie zmieni się radykalnie. Jednak na innych obszarach, gdzie szaleje polityczny islam - w Afganistanie i w Somalii - nowa amerykańska strategia mogłaby się okazać skuteczna. Stany Zjednoczone zamierzają wygrać decydujące bitwy w Kandaharze oraz w Rogu Afryki. Jednak - i to jest drugi front - należy wątpić, czy islamskim siłom umiarkowanym uda się zorganizować i stworzyć ruchy demokratyczne, aby dać odpór islamskiej przemocy i despotyzmowi - zwłaszcza w świecie arabskim. Amerykańska interwencja w Iraku w najmniejszym stopniu nie ułatwi tego zadania. W świecie muzułmańskim jest jednak kilka optymistycznych zapowiedzi, które w 2007 roku mogą znaleźć potwierdzenie. To wzrost gospodarczy i polityczny trzech rozwijających się krajów demokratycznych: Turcji, Indonezji i Bangladeszu. Oczywiście, nie są to państwa arabskie, ale są muzułmańskie i mogłyby udowodnić, że islam nie musi prowadzić do przemocy.
Wojny realne i możliwe
Rok 2006 osnuły żałobą liczne konflikty w: Iraku, Sudanie, Somalii, Kolumbii, Kaszmirze, Afganistanie, Wybrzeżu Kości Słoniowej. Nie zapominajmy też o ciągłych represjach w Czeczenii i Tybecie. Przemoc nie zanika, jednak walczą ze sobą nie tylko narody; wojna staje się lokalna, plemienna, na wzór modelu bałkańskiego, afgańskiego czy irackiego. W Rogu Afryki ludy są równie wymieszane jak na Bałkanach, Filipinach. Podobnie jest w Kaszmirze. Lokalność konfliktów nie oznacza, że są one mniej mordercze, bojownicy dysponują bowiem coraz bardziej wyrafinowaną bronią i znacznymi środkami finansowymi - pieniądze płyną z: narkotyków (Kolumbia, Afganistan), terrorystycznych wymuszeń (Sri Lanka, Filipiny) czy otrzymywane są z zewnątrz (Iran, Korea Północna).
Demokracje okazują się źle przygotowane do takich walk, są dodatkowo osłabiane przez opinię publiczną, znudzoną egzotycznymi konfliktami, o których niewiele wie, i nieprzekonaną do konieczności angażowania się w ich rozwiązywanie. Czy w 2007 roku politycy będą w stanie przekonać zachodnie społeczeństwa, że wypuszczenie z rąk Somalii czy Afganistanu może pozwolić na utworzenie Dżihadistanów, baz umożliwiających muzułmanom przyszłe ataki na znienawidzony Zachód? Czy powinniśmy zdać się w tej sprawie na ONZ? Kofi Annan w swojej mowie pożegnalnej żałował, że Narodom Zjednoczonym nie powiodła się misja w Iraku i Sudanie, ale gdzie się powiodła? W 2007 roku można liczyć, że Chiny i Rosja będą paraliżować działania ONZ w sprawie Iranu i Sudanu. Jedyną organizacją międzynarodową, która funkcjonowała przyzwoicie w mijającym roku, było NATO. Główną kwestią na rok następny będzie więc wytyczenie zakresu działania Sojuszu. Czy będzie musiał na przykład bronić Gruzji przed Rosją? Czy też w Azji trzeba będzie powołać podobny związek na wzór NATO łączący Stany Zjednoczone z Japonią, Koreą Południową i Indonezją przeciw siłom destabilizacyjnym, aktywnym w tym regionie: islamistycznym bojownikom i Korei Północnej oraz - antycypując rozwój wydarzeń - Chinom, gdyby zechciały użyć siły wobec Tajwanu? Poza nowym sojuszem azjatyckich demokratów nie mogłyby pozostać również Indie, których pojawienie się na światowej scenie i nieoczekiwany sojusz ze Stanami Zjednoczonymi (jedyny sukces George’a W. Busha) był może najważniejszym wydarzeniem 2006 roku.
Kurs na prawo
W 2006 roku konserwatyści wygrali wybory w Szwecji; przegrali w Stanach Zjednoczonych, we Włoszech, na Węgrzech. Powstał wielki szum wokół wzrostu znaczenia partii nacjonalistycznych, a nawet ksenofobicznych w Europie Północnej i Wschodniej. Jednak ruchy te pozostają skromne. Nie są one w stanie zagrozić ani Unii Europejskiej, ani globalnej wymianie handlowej i kulturalnej. A ponieważ polityka zawsze pozostaje lokalna, trudno wyciągnąć z ich istnienia wnioski o istnieniu ponadnarodowych tendencji.
Pokusimy się jednak o próbę pewnej generalizacji. Stwierdzamy mianowicie w programach politycznych we wszystkich krajach demokratycznych „kurs na prawo” i to zarówno na prawicy, jak i lewicy. We Francji Segolene Royal jako kandydatka socjalistów zbiera najwięcej głosów raczej w centrum. Włoska lewica, która odsunęła Berlusconiego, nie jest zbyt lewicowa. Partie socjaldemokratyczne w Niemczech i w Wielkiej Brytanii pozostały w centrum. Nawet w Ameryce Łacińskiej ponownie wybrany Lulla da Silva [obecny prezydent Brazylii - przyp. red.] nie ma już nic wspólnego z Lullą - trockistą z lat 80. zeszłego stulecia. Wszystko dzieje się więc tak, jakby liberalizm, gospodarka rynkowa, mniejsza ingerencja państwa i globalizacja stały się osią każdej debaty; można być lekko na prawo lub lekko na lewo wobec niej - jednak trzeba się znaleźć blisko tej właśnie, a nie innej osi. To przeniesienie środka ciężkości debaty politycznej rozpoczęło się w latach 80. ubiegłego wieku i rzuca światło na polityczne wybory w 2006 i w 2007 roku. Jednocześnie - z wyjątkiem Europy Środkowej, która przeżyła komunizm - nieliczni są na Zachodzie politycy, którzy mają odwagę nazywać rzeczy po imieniu. W Europie Zachodniej nie istnieją partie liberalne albo są maleńkie. Debata polityczna krąży niemal wyłącznie wokół globalizacji. Z pewnością powoduje to strach polityków krajowych przed tym, że rynek światowy pozbawi ich wpływów. Strach ten jest uzasadniony, ale świat na tym nie straci niczego.
Demokracja stoi w miejscu
Ostatnia przynosząca rozczarowanie obserwacja z pola polityki w 2006 roku jest taka, że demokracja nie poczyniła żadnych postępów. Jej eksport, który był wolą Amerykanów od czasów I wojny światowej i rządów prezydenta Wilsona, ugrzązł w Iraku (choć Irakijczycy wzięli udział w wyborach), a za sprawą tej amerykańskiej porażki despoci świata arabskiego złapali drugi oddech. W Rosji i w sferze jej wpływów mieliśmy do czynienia z powrotem do autorytaryzmu. Można się obawiać, że w 2007 roku Putin wybierze takiego następcę, że w rzeczywistości nikt go już nie zastąpi. Podobnie w Chinach partia komunistyczna zakończyła nieśmiałe próby lokalnych, wiejskich wyborów. Od tej pory aż do Igrzysk Olimpijskich chiński reżim pozostanie nieprzejednany. Jednak w nadchodzącym roku powinien się zmienić rząd na Kubie, która pozostaje ostatnim symbolem ortodoksyjnego komunizmu. Taka zmiana będzie oznaczać ostatni akord sowieckiej epopei.
Guy Sorman, pisarz, filozof, publicysta, stały współpracownik „Dziennika”. Zadebiutował w 1983 roku pracą „Neokonserwatywna rewolucja amerykańska”. Ostatnio opublikował portretującą przemiany we współczesnych Chinach książką „Rok koguta” (2006).
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|