Obowiązkiem UE jest zapewnienie bezpieczeństwa małemu państwu szantażowanemu przez wielką Rosję - piszą zgodnie w "Fakcie" Zdzisław Najder, Jerzy Buzek i Bogdan Borusewicz.
Rosja musi skończyć z tradycją totalitarną
Zdzisław Najder, analityk stosunków międzynarodowych
Awanturę o przeniesienie pomnika i cmentarza żołnierzy radzieckich w Tallinie należy postrzegać w perspektywie historycznej. Dla Estończyków Armia Czerwona była przede wszystkim okupantem. Ta sama Armia Czerwona dała Rosjanom, którzy stanowią 1/4 ludności Estonii, możliwość przeniesienia się do Estonii, kraju o wiele większym poziomie cywilizacyjnym.
Zajęli oni miejsce setek tysięcy Estończyków wymordowanych lub wywiezionych na Wschód. Rosjanie dotąd nie chcą uznać tej prostej prawdy, oczywistej też dla większości Polaków.
ZSRR walczył z niemieckim nazizmem, będąc sam jednocześnie państwem totalitarnym, a władza radziecka odpowiedzialna jest za śmierć dziesiątek milionów ludzi. Jednak Niemcy jednoznacznie odcinają się od tradycji III Rzeszy. Obecne władze Rosji podkreślają natomiast swoją ciągłość z ZSRR, odwołując się np. do sowieckiej symboliki. Ostatnio pojawił się w Rosji projekt powrotu do armii rosyjskiej sztandaru z sierpem i młotem.
Nie ma co liczyć na wzajemne zrozumienie, jeżeli Rosja Putina nie odetnie się od państwa Stalina i Breżniewa. Na szczęście UE od początku popiera prawo Estonii do suwerennych decyzji. Władze Unii reagują na konflikt jednoznacznie, ale powściągliwie. Mimo to są zaciekle atakowane przez władze na Kremlu. Unia nie chce dostarczać argumentów propagandowych, które uzasadniłyby sankcje gospodarcze szkodliwe dla wszystkich. Niestety, obowiązujący traktat nicejski daje ograniczone możliwości prowadzenia wspólnej polityki zagranicznej i przez to nacisku na Rosję. Brak europejskiego ministra spraw zagranicznych prowadzi do sytuacji, gdy Javier Solana dzwoni do Tallina z wyrazami poparcia, a unijny komisarz ds. zagranicznych Benita Ferrero-Waldner milczy. Gdyby funkcjonował proponowany traktat, Polska mogłaby utworzyć wyspecjalizowaną grupę skupiającą przedstawicieli innych państw zajmujących się unijną polityką do spraw historii i sąsiedztwa.
Dobrze, że Unia pokazuje swoje zniecierpliwienie wobec Rosji, sugerując zablokowanie jej akcesji do WTO. Rozumiemy Estończyków szczególnie dlatego, że Rosjanie nie chcą uznać zbrodni katyńskiej za ludobójstwo. Stanowisko naszego rządu jest jasne, ale należy zadbać bardziej o skuteczność. Polska polityka zagraniczna charakteryzuje się nadmiernym indywidualizmem, a trzeba działać zespołowo. Polska powinna zabierać głos razem z innymi sąsiadami Rosji - Finlandią, Litwą i Łotwą, a także z państwami, które mają podobne do nas doświadczenia historyczne, jak Rumunia czy Węgry. Należy pokazywać międzynarodowej opinii publicznej ten konflikt w perspektywie historycznej. Nie jest to bowiem konflikt polskich czy estońskich nacjonalistów z Rosjanami, a chodzi o ujawnienie prawdy o krwawym sowieckim totalitaryzmie.
Jeżeli zrealizowany zostanie plan likwidacji pomników i symboliki radzieckiej z naszych ulic, wobec braku mniejszości rosyjskiej nie musimy na szczęście obawiać się rozruchów oraz podziałów społecznych. Możemy się natomiast spodziewać podobnej gwałtownej reakcji samej Rosji.
Unia Europejska musi jednoznacznie poprzeć Estonię
Jerzy Buzek, eurodeputowany PO
Próbując uporać się z trudną historią czasów sowieckich, Estonia spowodowała konflikt wewnętrzny z 1/4 swoich mieszkańców, którą stanowią Rosjanie. Każdy kraj ma swoje wewnętrzne problemy. Ważne, żeby mógł je rozwiązywać spokojnie, bez zewnętrznych nacisków.
Dziś Estonia nie ma warunków, aby tę delikatną i poważną sprawę skutecznie rozwiązać. Mała, 1,4-milionowa Estonia jest pod wielkim naciskiem 150-milionowej Rosji, która szantażuje Estończyków przerwaniem dostaw ropy i gazu, bojkotem jej towarów, czy nawet całkowitą blokadą gospodarczą.
Polska jednoznacznie poparła prawo Estonii do samodzielnego rozwiązywania swoich problemów i zaprotestowała przeciwko mocarstwowej polityce Rosji. Teraz czas na Unię. Obowiązkiem Unii Europejskiej jest zapewnienie Estonii poczucia bezpieczeństwa. Estończycy potrzebują od UE jednoznacznej deklaracji o wsparciu ekonomicznym i energetycznym na wypadek, gdyby groźby, o których dziś mówi Rosja, stały się rzeczywistością. Muszą mieć pewność, że nie spotka ich dzisiaj żadna katastrofa gospodarcza. Ten niewielki kraj nadbałtycki potrzebuje też solidarności politycznej, zdecydowanego wsparcia, gdy zagrożone jest bezpieczeństwo dyplomatów estońskich w Rosji.
Niestety, Unia ma dziś problem w podejmowaniu szybkich, jednoznacznych decyzji. A deklaracje poparcia muszą też wiązać się z konkretnymi działaniami. Dlatego podczas ostatniego posiedzenia komisji do spraw energii, w trakcie dyskusji o wspólnej polityce energetycznej, zwróciłem uwagę na problem Estonii. Sytuacja w tym kraju jest wielkim sprawdzianem dla Unii, czy elementarne poczucie wspólnoty i zasada solidarności, o której dzisiaj wszyscy mówimy, mają rzeczywistą wartość, czy są tylko teorią. Właśnie teraz mamy szansę w praktyce pokazać, że te wartości naprawdę się liczą. Moja komisja wyraziła pełną solidarność z Estonią.
Ważne jest stanowisko całego Parlamentu Europejskiego. Z mojej inicjatywy komisja do spraw energii zabiega o oficjalną debatę plenarną na ten temat. Mam nadzieję, że odbędzie się ona już 9 maja. Jestem przekonany, że jeśli do niej dojdzie, parlament wypowie się jednoznacznie.
Sytuacja z Estonią po raz kolejny zmusza nas do zastanowienia się, jak sprawić, by złożona z 27 krajów Unia mogła szybko i sprawnie działać. Musimy to brać pod uwagę, wracając do rzetelnej oceny traktatu konstytucyjnego. Chcemy oprzeć się na wartościach, ale chcemy również skutecznej, dobrze zorganizowanej, konkurencyjnej gospodarczo UE. Unii, która będzie w stanie sprostać obecnym wyzwaniom.
Każdy ma prawo do samodzielności
Bogdan Borusewicz, marszałek Senatu
Rosja od pewnego czasu prowadzi politykę neoimperialną. Odczuwamy to nie tylko w Polsce - mówię tu o embargu na naszą żywność. Przed konfliktem estońskim były przecież bardzo silne rosyjskie naciski na Gruzję, łącznie z deportowaniem jej obywateli z Rosji.
Moskwa do uprawiania polityki wykorzystuje też swoje zasoby energetyczne. Konflikt z Estonią wybuchł o sprawę, która wydawała się dawno wyjaśniona. Chodzi przecież o interpretację paktu Ribbentrop-Mołotow, faktów historycznych ocenionych wszędzie jednoznacznie. Aneksja Estonii do Związku Sowieckiego była bezprawna. Okazuje się jednak, że w Rosji dokonywana jest rewizja historii. Wygląda na to, że dla polityków rosyjskich konsekwencje paktu Ribbentrop-Mołotow są nadal obowiązujące. Rosja zdecydowała się reinterpretować wydarzenia sprzed ponad 60 lat, stąd konflikt.
Wywierając presję na ten nadbałtycki kraj, musi ona jednak pamiętać, że choć to państwo niewielkie, należy do Unii Europejskiej. Kilka dni temu w polskim Sejmie gościliśmy przedstawicieli innych parlamentów, w tym szefa Parlamentu Europejskiego. Zwracałem uwagę Hansowi Peotteringowi, że Unia powinna zająć stanowisko w sprawie Estonii. W UE nie ma lepszych i gorszych krajów, które Rosja może traktować inaczej. A Estończycy zostali poddani bardzo silnemu naciskowi politycznemu. Tymczasem to niepodległy kraj, który ma prawo do podejmowania suwerennych decyzji na swoim terytorium.
Czy w kontekście planowanych zmian nazw ulic i usuwania pomników Polskę czeka podobny problem? Polacy, niezależnie od oceny roli żołnierzy radzieckich i tego, co się działo w Polsce po wojnie, opiekują się ich pomnikami. Ci żołnierze na pewno uratowali wielu ludzi. Ale to nie oznacza, że wyzwolili nasz kraj. Wręcz przeciwnie - na wiele lat przynieśli nam podporządkowanie ZSRR.
Warto pamiętać, że aby zmienić nazwy ulic bądź usuwać pomniki radzieckich żołnierzy, nie potrzebujemy specjalnej ustawy. Ogłaszanie takiego zamiaru w momencie konfliktu na linii Moskwa-Tallin, kiedy nie ma nawet projektu ustawy, jest nieroztropne. Takie decyzje mogą przecież podejmować władze lokalne i samorządowe.
Nie mamy się czego obawiać, ale nie powinniśmy prowokować nowych frontów, tylko realizować swoją politykę. W razie protestów rosyjskich powinniśmy się zachowywać spokojnie, acz stanowczo, bowiem nie możemy godzić się na reinterpretację historii.
Zdzisław Najder, analityk stosunków międzynarodowych
Awanturę o przeniesienie pomnika i cmentarza żołnierzy radzieckich w Tallinie należy postrzegać w perspektywie historycznej. Dla Estończyków Armia Czerwona była przede wszystkim okupantem. Ta sama Armia Czerwona dała Rosjanom, którzy stanowią 1/4 ludności Estonii, możliwość przeniesienia się do Estonii, kraju o wiele większym poziomie cywilizacyjnym.
Zajęli oni miejsce setek tysięcy Estończyków wymordowanych lub wywiezionych na Wschód. Rosjanie dotąd nie chcą uznać tej prostej prawdy, oczywistej też dla większości Polaków.
ZSRR walczył z niemieckim nazizmem, będąc sam jednocześnie państwem totalitarnym, a władza radziecka odpowiedzialna jest za śmierć dziesiątek milionów ludzi. Jednak Niemcy jednoznacznie odcinają się od tradycji III Rzeszy. Obecne władze Rosji podkreślają natomiast swoją ciągłość z ZSRR, odwołując się np. do sowieckiej symboliki. Ostatnio pojawił się w Rosji projekt powrotu do armii rosyjskiej sztandaru z sierpem i młotem.
Nie ma co liczyć na wzajemne zrozumienie, jeżeli Rosja Putina nie odetnie się od państwa Stalina i Breżniewa. Na szczęście UE od początku popiera prawo Estonii do suwerennych decyzji. Władze Unii reagują na konflikt jednoznacznie, ale powściągliwie. Mimo to są zaciekle atakowane przez władze na Kremlu. Unia nie chce dostarczać argumentów propagandowych, które uzasadniłyby sankcje gospodarcze szkodliwe dla wszystkich. Niestety, obowiązujący traktat nicejski daje ograniczone możliwości prowadzenia wspólnej polityki zagranicznej i przez to nacisku na Rosję. Brak europejskiego ministra spraw zagranicznych prowadzi do sytuacji, gdy Javier Solana dzwoni do Tallina z wyrazami poparcia, a unijny komisarz ds. zagranicznych Benita Ferrero-Waldner milczy. Gdyby funkcjonował proponowany traktat, Polska mogłaby utworzyć wyspecjalizowaną grupę skupiającą przedstawicieli innych państw zajmujących się unijną polityką do spraw historii i sąsiedztwa.
Dobrze, że Unia pokazuje swoje zniecierpliwienie wobec Rosji, sugerując zablokowanie jej akcesji do WTO. Rozumiemy Estończyków szczególnie dlatego, że Rosjanie nie chcą uznać zbrodni katyńskiej za ludobójstwo. Stanowisko naszego rządu jest jasne, ale należy zadbać bardziej o skuteczność. Polska polityka zagraniczna charakteryzuje się nadmiernym indywidualizmem, a trzeba działać zespołowo. Polska powinna zabierać głos razem z innymi sąsiadami Rosji - Finlandią, Litwą i Łotwą, a także z państwami, które mają podobne do nas doświadczenia historyczne, jak Rumunia czy Węgry. Należy pokazywać międzynarodowej opinii publicznej ten konflikt w perspektywie historycznej. Nie jest to bowiem konflikt polskich czy estońskich nacjonalistów z Rosjanami, a chodzi o ujawnienie prawdy o krwawym sowieckim totalitaryzmie.
Jeżeli zrealizowany zostanie plan likwidacji pomników i symboliki radzieckiej z naszych ulic, wobec braku mniejszości rosyjskiej nie musimy na szczęście obawiać się rozruchów oraz podziałów społecznych. Możemy się natomiast spodziewać podobnej gwałtownej reakcji samej Rosji.
Unia Europejska musi jednoznacznie poprzeć Estonię
Jerzy Buzek, eurodeputowany PO
Próbując uporać się z trudną historią czasów sowieckich, Estonia spowodowała konflikt wewnętrzny z 1/4 swoich mieszkańców, którą stanowią Rosjanie. Każdy kraj ma swoje wewnętrzne problemy. Ważne, żeby mógł je rozwiązywać spokojnie, bez zewnętrznych nacisków.
Dziś Estonia nie ma warunków, aby tę delikatną i poważną sprawę skutecznie rozwiązać. Mała, 1,4-milionowa Estonia jest pod wielkim naciskiem 150-milionowej Rosji, która szantażuje Estończyków przerwaniem dostaw ropy i gazu, bojkotem jej towarów, czy nawet całkowitą blokadą gospodarczą.
Polska jednoznacznie poparła prawo Estonii do samodzielnego rozwiązywania swoich problemów i zaprotestowała przeciwko mocarstwowej polityce Rosji. Teraz czas na Unię. Obowiązkiem Unii Europejskiej jest zapewnienie Estonii poczucia bezpieczeństwa. Estończycy potrzebują od UE jednoznacznej deklaracji o wsparciu ekonomicznym i energetycznym na wypadek, gdyby groźby, o których dziś mówi Rosja, stały się rzeczywistością. Muszą mieć pewność, że nie spotka ich dzisiaj żadna katastrofa gospodarcza. Ten niewielki kraj nadbałtycki potrzebuje też solidarności politycznej, zdecydowanego wsparcia, gdy zagrożone jest bezpieczeństwo dyplomatów estońskich w Rosji.
Niestety, Unia ma dziś problem w podejmowaniu szybkich, jednoznacznych decyzji. A deklaracje poparcia muszą też wiązać się z konkretnymi działaniami. Dlatego podczas ostatniego posiedzenia komisji do spraw energii, w trakcie dyskusji o wspólnej polityce energetycznej, zwróciłem uwagę na problem Estonii. Sytuacja w tym kraju jest wielkim sprawdzianem dla Unii, czy elementarne poczucie wspólnoty i zasada solidarności, o której dzisiaj wszyscy mówimy, mają rzeczywistą wartość, czy są tylko teorią. Właśnie teraz mamy szansę w praktyce pokazać, że te wartości naprawdę się liczą. Moja komisja wyraziła pełną solidarność z Estonią.
Ważne jest stanowisko całego Parlamentu Europejskiego. Z mojej inicjatywy komisja do spraw energii zabiega o oficjalną debatę plenarną na ten temat. Mam nadzieję, że odbędzie się ona już 9 maja. Jestem przekonany, że jeśli do niej dojdzie, parlament wypowie się jednoznacznie.
Sytuacja z Estonią po raz kolejny zmusza nas do zastanowienia się, jak sprawić, by złożona z 27 krajów Unia mogła szybko i sprawnie działać. Musimy to brać pod uwagę, wracając do rzetelnej oceny traktatu konstytucyjnego. Chcemy oprzeć się na wartościach, ale chcemy również skutecznej, dobrze zorganizowanej, konkurencyjnej gospodarczo UE. Unii, która będzie w stanie sprostać obecnym wyzwaniom.
Każdy ma prawo do samodzielności
Bogdan Borusewicz, marszałek Senatu
Rosja od pewnego czasu prowadzi politykę neoimperialną. Odczuwamy to nie tylko w Polsce - mówię tu o embargu na naszą żywność. Przed konfliktem estońskim były przecież bardzo silne rosyjskie naciski na Gruzję, łącznie z deportowaniem jej obywateli z Rosji.
Moskwa do uprawiania polityki wykorzystuje też swoje zasoby energetyczne. Konflikt z Estonią wybuchł o sprawę, która wydawała się dawno wyjaśniona. Chodzi przecież o interpretację paktu Ribbentrop-Mołotow, faktów historycznych ocenionych wszędzie jednoznacznie. Aneksja Estonii do Związku Sowieckiego była bezprawna. Okazuje się jednak, że w Rosji dokonywana jest rewizja historii. Wygląda na to, że dla polityków rosyjskich konsekwencje paktu Ribbentrop-Mołotow są nadal obowiązujące. Rosja zdecydowała się reinterpretować wydarzenia sprzed ponad 60 lat, stąd konflikt.
Wywierając presję na ten nadbałtycki kraj, musi ona jednak pamiętać, że choć to państwo niewielkie, należy do Unii Europejskiej. Kilka dni temu w polskim Sejmie gościliśmy przedstawicieli innych parlamentów, w tym szefa Parlamentu Europejskiego. Zwracałem uwagę Hansowi Peotteringowi, że Unia powinna zająć stanowisko w sprawie Estonii. W UE nie ma lepszych i gorszych krajów, które Rosja może traktować inaczej. A Estończycy zostali poddani bardzo silnemu naciskowi politycznemu. Tymczasem to niepodległy kraj, który ma prawo do podejmowania suwerennych decyzji na swoim terytorium.
Czy w kontekście planowanych zmian nazw ulic i usuwania pomników Polskę czeka podobny problem? Polacy, niezależnie od oceny roli żołnierzy radzieckich i tego, co się działo w Polsce po wojnie, opiekują się ich pomnikami. Ci żołnierze na pewno uratowali wielu ludzi. Ale to nie oznacza, że wyzwolili nasz kraj. Wręcz przeciwnie - na wiele lat przynieśli nam podporządkowanie ZSRR.
Warto pamiętać, że aby zmienić nazwy ulic bądź usuwać pomniki radzieckich żołnierzy, nie potrzebujemy specjalnej ustawy. Ogłaszanie takiego zamiaru w momencie konfliktu na linii Moskwa-Tallin, kiedy nie ma nawet projektu ustawy, jest nieroztropne. Takie decyzje mogą przecież podejmować władze lokalne i samorządowe.
Nie mamy się czego obawiać, ale nie powinniśmy prowokować nowych frontów, tylko realizować swoją politykę. W razie protestów rosyjskich powinniśmy się zachowywać spokojnie, acz stanowczo, bowiem nie możemy godzić się na reinterpretację historii.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|