Niezdolność do wyegzekwowania obowiązków wynikających z ustawy lustracyjnej, a także konflikt z TK, sprawiły, że być albo nie być lustracji jest dzisiaj traktowane zarówno przez PiS, jak też przez jego wrogów, jako być albo nie być Kaczyńskich, jako kryterium pozwalające mówić o sile lub bezsilności obecnej władzy - pisze w DZIENNIKU Cezary Michalski.
Jest to o tyle zaskakujące, że lustracja, a już na pewno tzw. lustracja powszechna, nie była wcześniej dla Kaczyńskich żadnym priorytetem. Można to było
zauważyć, kiedy z dystansem wypowiadali się o kolejnych lustracyjnych skandalach, a także kategorycznie odrzucali propozycję otwarcia archiwów IPN.
Warto się zatem zastanowić, jakie błędy popełnił PiS, że lustracja - ze sprawy z pozoru banalnej, proceduralnej, z którą elity polityczne już wydawały się pogodzone - stała się najważniejszym frontem politycznego konfliktu. Skutecznie zmobilizowała przeciw władzy środowiska, które od początku za nią nie przepadały, ale w ostatnich wyborach nie potrafiły zapewnić sobie silnej reprezentacji parlamentarnej, wydawały się niezdolne do mobilizacji i tak szybkiego odzyskania politycznej inicjatywy.
Błąd pierwszy to zgoda na gigantyczne poszerzenie liczby osób lustrowanych. Bo albo lustracja powinna być rzeczywiście powszechna, ale w tym wypadku musi polegać po prostu na otwarciu archiwów, albo też, w przypadku, kiedy pozostanie zawiłą procedurą clearingową osłaniającą polskie państwo przed teczkowym szantażem, powinna być ograniczona do kilku kluczowych instytucji. Zapewne do polityków i sędziów należało dodać dyplomatów. Może również niewielkie, dobrze zdefiniowane fragmenty opiniotwórczych elit. Ale zwiększenie liczby osób lustrowanych z kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy musiało poszerzyć pole konfliktu, na co zwolennicy powszechnej lustracji w szeregach PiS nie byli przygotowani. Mówiąc cynicznie, mają za mało siły, aby ewentualny opór skutecznie spacyfikować.
Drugi błąd to pojawienie się lustracyjnych moralistów lubiących nadużywać słowa agent, również tam, gdzie najpierw należałoby po prostu poznać prawdę. W konsekwencji nawet abp. Wielgus czy Małgorzata Niezabitowska już na zawsze pozostaną bezsilnymi ofiarami dla swoich przyjaciół, a spryciarzami idącymi w zaparte dla swych przeciwników. Otwarcie archiwów, poznanie dokumentów czy też ich resztek pomogłoby pewnie ludziom nieuwikłanym w te konflikty w wyrobieniu sobie własnego zdania. Jednak żadna klasyfikacja dostarczona przez IPN, przymuszony na mocy ustawy bez entuzjazmu pracujących tam historyków do pełnienia roli pierwszej instancji sądowniczej, na pewno tych wątpliwości nie rozwieje.
Od początku było wiadome, że lustracja może się powieść wyłącznie jako ograniczona procedura clearingowa albo jako żmudna droga do lepszego poznania smutnej niestety historii Polski. Uczynienie z niej świeckiego substytutu sądu ostatecznego albo narzędzia politycznej czy pokoleniowej rewolucji wiązało się z ogromnym ryzykiem. Dzisiaj cenę za to płacą Jarosław i Lech Kaczyńscy, którzy - przypomnijmy ponownie - aż tak ważnej roli nie chcieli początkowo lustracji przyznać. Jednak nie zdołali zapobiec radykalizacji lustracyjnego frontu. I chyba trochę przestraszyli się zarówno własnej młodzieży, jak też głosów opozycji sugerującej, że Kaczyńscy boją się lustracji powszechnej.
Warto się zatem zastanowić, jakie błędy popełnił PiS, że lustracja - ze sprawy z pozoru banalnej, proceduralnej, z którą elity polityczne już wydawały się pogodzone - stała się najważniejszym frontem politycznego konfliktu. Skutecznie zmobilizowała przeciw władzy środowiska, które od początku za nią nie przepadały, ale w ostatnich wyborach nie potrafiły zapewnić sobie silnej reprezentacji parlamentarnej, wydawały się niezdolne do mobilizacji i tak szybkiego odzyskania politycznej inicjatywy.
Błąd pierwszy to zgoda na gigantyczne poszerzenie liczby osób lustrowanych. Bo albo lustracja powinna być rzeczywiście powszechna, ale w tym wypadku musi polegać po prostu na otwarciu archiwów, albo też, w przypadku, kiedy pozostanie zawiłą procedurą clearingową osłaniającą polskie państwo przed teczkowym szantażem, powinna być ograniczona do kilku kluczowych instytucji. Zapewne do polityków i sędziów należało dodać dyplomatów. Może również niewielkie, dobrze zdefiniowane fragmenty opiniotwórczych elit. Ale zwiększenie liczby osób lustrowanych z kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy musiało poszerzyć pole konfliktu, na co zwolennicy powszechnej lustracji w szeregach PiS nie byli przygotowani. Mówiąc cynicznie, mają za mało siły, aby ewentualny opór skutecznie spacyfikować.
Drugi błąd to pojawienie się lustracyjnych moralistów lubiących nadużywać słowa agent, również tam, gdzie najpierw należałoby po prostu poznać prawdę. W konsekwencji nawet abp. Wielgus czy Małgorzata Niezabitowska już na zawsze pozostaną bezsilnymi ofiarami dla swoich przyjaciół, a spryciarzami idącymi w zaparte dla swych przeciwników. Otwarcie archiwów, poznanie dokumentów czy też ich resztek pomogłoby pewnie ludziom nieuwikłanym w te konflikty w wyrobieniu sobie własnego zdania. Jednak żadna klasyfikacja dostarczona przez IPN, przymuszony na mocy ustawy bez entuzjazmu pracujących tam historyków do pełnienia roli pierwszej instancji sądowniczej, na pewno tych wątpliwości nie rozwieje.
Od początku było wiadome, że lustracja może się powieść wyłącznie jako ograniczona procedura clearingowa albo jako żmudna droga do lepszego poznania smutnej niestety historii Polski. Uczynienie z niej świeckiego substytutu sądu ostatecznego albo narzędzia politycznej czy pokoleniowej rewolucji wiązało się z ogromnym ryzykiem. Dzisiaj cenę za to płacą Jarosław i Lech Kaczyńscy, którzy - przypomnijmy ponownie - aż tak ważnej roli nie chcieli początkowo lustracji przyznać. Jednak nie zdołali zapobiec radykalizacji lustracyjnego frontu. I chyba trochę przestraszyli się zarówno własnej młodzieży, jak też głosów opozycji sugerującej, że Kaczyńscy boją się lustracji powszechnej.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|