W debacie publicznej pewne problemy wydają się zastrzeżone dla poszczególnych opcji politycznych. Jednak wyborcy wymuszają z czasem odniesienie się do istotnych problemów przez wszystkie ugrupowania. Tak będzie również w Polsce.
Oczywiście, największe ideologie opierają się na jakiejś filozofii politycznej, która uwrażliwia na pewne tematy. Konserwatyści od wielu pokoleń zwracają uwagę na problemy tradycji, ciągłości społecznej, hierarchii. Używają słowa "elity", a nie "przywódcy".
Poświęcają dużo miejsca obronie wolnego rynku przeciwko interwencjonizmowi. Natomiast to z inspiracji nowej lewicy zaczęto mówić o ekologii, feminizmie czy problemie języka, dyskursie jako
ważnym elemencie funkcjonowania demokracji.
Zacieranie podziałów
Jednak siła najistotniejszych wątków i ich znaczenie w walce o poparcie sprawia, że inne formacje polityczne muszą podjąć te tematy i odnieść
się do nich. Pozytywnie o feminizmie zaczął mówić papież. Język alienacji - zastrzeżony niegdyś wyłącznie dla marksizmu - występuje w encyklikach, podobnie jak problematyka pracy i obrony
praw pracowniczych.
Temat ekologii został włączony do retoryki partii konserwatywnych. Wszędzie na świecie następuje powolne, ale rzeczywiste rozbrajanie głębokich ideologicznych podziałów czy politycznych kwestii. Partie coraz bardziej muszą liczyć się nie tylko z tym, co należy do ich tradycji, ale również z wyborcami.
Bardzo dobrze widać to na przykładzie amerykańskim. Wśród amerykańskich konserwatystów i neokonserwatystów bardzo wielu polityków było rozwodnikami, na przykład Ronald Reagan. Bronią oni rodziny i wartości rodzinnych, ale rozumieją, że w społeczeństwie zaszły głębokie zmiany.
Dają sobie i obywatelom prawo do trzymania się wymagań życia, a nie tylko ideologii. W amerykańskiej telewizji można było usłyszeć poprzedniego szefa Izby Reprezentantów o bardzo konserwatywnych poglądach, mówiącego o globalizacji, potrzebie wiedzy i nowoczesności jako szansie, którą obywatele USA muszą koniecznie wykorzystać.
To bardzo nowoczesne myślenie, do którego sama nazwa "konserwatyzm" pasuje coraz mniej. W Polsce tymczasem nadal uprawia się konserwatyzm w tradycyjnym prowincjonalnym stylu,
charakterystycznym dla polityków dziewiętnastowiecznych.
Czarno-biały świat
Niestety nasila się integryzm ideologiczny, którego przedstawicielami są poseł Marian Piłka czy Roman Giertych, pełniący obowiązki ministra. Integryzm taki polega na budowaniu światopoglądu
na jednej linii i wokół jednej idei. Skoro naród jest najważniejszą wartością, to wszystko, co jest narodem, jest dobre, a wszystko, co nim nie jest, jest wrogiem.
Polskie ugrupowania postrzegają politykę jako pokonanie, a nie przekonanie przeciwnika, prowadzą ją wedle rewolucyjnej zasady "my albo oni". Ich mowa publiczna ma w sobie wiele niechęci, nieufności, podejrzliwości. Celuje w tym zwłaszcza LPR i PiS, ale nie są one, niestety, wyjątkami na polskiej scenie politycznej. Tym bardziej że w naszym kraju bardzo silne ośrodki ideologiczne tworzą się także wokół gazet.
Formacje takie jak "Gazeta Polska" czy "Nasz Dziennik" są równie ważnymi aktorami polskiej sceny politycznej, jak partie. Kierują się przeważnie bardzo silnymi przekonaniami ideologicznymi i poza funkcją informacyjną mają także interes w tworzeniu podziałów politycznych.
Tak silne zideologizowanie partii i quasi-partii, za jakie wolno uznać niektóre pisma, sprawia, że nasz świat stał się manichejski, czarno-biały. Gdy pojawiają się politycy czy dziennikarze, którzy nie chcą wpasować się w te jednoznaczne schematy i szukają jakiś form pośrednich, to są albo spychani na postawy skrajne, albo lekceważeni.
Konstrukcja mowy publicznej, w której stanowiska po obu stronach są tak integrystyczne, uniemożliwia szukanie kompromisowych stanowisk. Ten typ dyskursu publicznego jest wyraźnie destrukcyjny
dla kształtowania otwartych postaw ideowych. Dobrym przykładem jest tu problem lustracji, czego osobiście padam ofiarą.
Fałszywy wybór
Lustracja została zawłaszczona przez rządzące Prawo i Sprawiedliwość. PiS uważa, że jeśli oni są za lustracją, to każdy o odmiennym zdaniu wspiera ubekw i dawny układ. Obrońcy złej
ustawy lustracyjnej chętnie i bezwzględnie odwołują się do szantażu politycznego.
Choć nie popieram PiS, jestem zdania, że lustracja powinna się dokonać. Jednak zarazem uważam się za człowieka o liberalnych poglądach. Tymczasem w polskim słowniku politycznym liberałowie zgromadzeni wokół "Gazety Wyborczej" czy "Polityki" utrzymują, że jest się albo liberałem i opowiada za tolerancją i kompromisem, albo jest się za lustracją.
W 1992 roku próbowano wręcz postawić znak równości między antysemityzmem, nacjonalizmem, niechęcią do mniejszości a lustracją. Takie zdefiniowanie stron konfliktu stawia mnie, i z pewnością nie mnie jedynego, w sytuacji fałszywego wyboru. Jednak dominujący w polskiej polityce język wojen kulturowych będzie musiał się zmienić.
Po pierwsze, wbrew retoryce naszych głównych aktorów politycznych, tematy będące z pozoru specjalnością jednej formacji, muszą być poruszane przez wszystkie ugrupowania. Weźmy przykład zdominowanej rzekomo przez prawicę kwestii polityki historycznej.
Otóż dzisiejsza polityka historyczna w wykonaniu PiS jest odpowiedzią na bardzo świadome działania lewicy postkomunistycznej na tym polu. Aleksander Smolar sformułował tezę, że SLD zdołało powrócić w 1993 roku do władzy, a Aleksander Kwaśniewski na 10 lat został prezydentem, w znacznej mierze właśnie dzięki wyjątkowo umiejętnie formułowanej polityce historycznej.
Postkomuniści bardzo świadomie konstruowali obraz PRL jako naszej kochanej, może trochę biednej Polski. W ich ujęciu przeszłości opozycja tylko tym różniła się od komunistów u władzy, że inaczej pojmowała koncepcję interesu publicznego.
Pomijano i wypychano z ludzkiej pamięci kwestię służby bezpieczeństwa, cenzury, a skupiano się na awansie społecznym niektórych grup. Nie nazywano tych działań polityką historyczną, ale były nią one par excellance.
Podobnie, nie jest tak, że lewica ma monopol na rozważanie kwestii praw kobiet, o czym najlepiej wiedzą choćby czytelnicy DZIENNIKA, gazety uznawanej i uznającej się za prawicową. Tymczasem od jakiegoś już czasu możemy śledzić na jego łamach cykl artykułów o sytuacji kobiet w miejscach pracy.
Godna pochwały jest działalność ministra do spraw równego statusu kobiet w prawicowym rządzie Kaczyńskiego. Te i podobne tematy przebijają się do politycznego dyskursu dlatego, że są
dla ludzi ważne, a wrażliwość wyborców odrywa się od ideologii. W walce o głosy partie zmieniają swój światopogląd.
Odejście od integryzmu
Wszystkie dominujące ugrupowania w Polsce są tak zwanymi catch-all parties, czyli partiami, które starają się dotrzeć do wszystkich warstw społecznych i poruszać wątki, które wzbudzą ich
zainteresowanie. PO dąży do rozmów zarówno z rolnikami, jak i studentami, zarówno z przedsiębiorcami, jak i inteligencją wielkomiejską, i stara się mówić do nich ich własnym językiem, bo
wszyscy oni są wyborcami.
To samo dotyczy zresztą PiS-u czy LiD-u. Czeka nas odejście od tradycyjnego integryzmu, mimo że w tej chwili wydaje się, iż polska polityka i język debat publicznych cofnęły się, a nie poszły do przodu w ciągu ostatnich 15 lat. Nieuchronnie czekają nas także debaty na polityczne tematy tabu dla wszystkich partii politycznych, takie jak status, uprzywilejowana pozycja Kościoła i kleru katolickiego w Polsce, sytuacja ludzi starych (temat szybko zyskujący na znaczeniu), niepełnosprawnych - wszak chodzi tu nie tylko o biedę, ale i o ochronę praw obywatelskich.
Jednym z zupełnie niedocenianych tematów jest sprawa piękna. Problem ten uważam za palący. PRL była bardzo brzydkim krajem i niewiele się pod tym względem zmieniło. Architektura i urbanistyka są u nas okropne. Ludzie ubierają się niegustownie i to nie z powodu braku pieniędzy, ale po prostu dlatego, że nie umieją. Brzydko się mieszka i nieładnie je.
Brzydota staje się częścią naszego życia i przestaje nam doskwierać. Wyjazdy na Zachód są również wyjazdami do piękna: ładnych kamienic, zadbanych ludzi. Estetyka ma niezwykle duży wpływ na jakość naszego życia, a traktuje się ją jak sprawę dla estetów, a nie realny problem i temat debaty publicznej i politycznej. Świadczy to o małej wrażliwości i rezygnacji państwa z odpowiadania za swoją przestrzeń.
Gdy poruszam ten temat, socjaliści mówią: trzeba zająć się nierównościami społecznymi, nędzą, a prawica twierdzi, że problemem jest patriotyzm i posiadanie sześciorga dzieci. Kwestia urody i ładnie urządzonej przestrzeni publicznej w ogóle nie jest dla nich istotna. Wszystkie te ideologie spychają ten problem na trzeci plan. Mam wielką nadzieję, że to się zmieni. Mam nadzieję, że debata publiczna poszerzy się i otworzy.
Paweł Śpiewak, socjolog, polityk. Profesor Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Poseł Platformy Obywatelskiej