Młode pokolenie odróżnia od pokolenia, które bezpośrednio przeżywało komunizm, stosunek do przeszłości. Młodzi ludzie opierają swoje oceny tego okresu nie na osobistych przeżyciach, lecz na przekazie. Następuje przejęcie od pamięci indywidualnej do pamięci jako przekazu kulturowego - kształtowanego przez historyków, publicystów, czy też opowieści innych osób - szczególnie starszych członków rodzin.
Problem zmiany stosunku do przeszłości nie pojawia się oczywiście po raz pierwszy w polskiej debacie publicznej po roku 89. W latach dziewięćdziesiątych twierdzono, że Polsce konieczny jest zwrot ku przyszłości. Polacy mieli zaprzestać zajmowania się czasami minionymi. Komunizm miał stać się epoką nieodwołalnie zamkniętą. Ten sposób myślenia wyrażało hasło kampanii wyborczej Aleksandra Kwaśniewskiego: "Wybierzmy przyszłość", które rzekomo było tak atrakcyjne dla młodzieży. Jednak wtedy - przed 12 laty - przyszłość wybierało raczej starsze pokolenie, nie ludzie młodzi. Hasło Kwaśniewskiego adresowane było raczej do tych ludzi, którzy pragnęli zapomnieć o własnej, często mało chlubnej, przeszłości, chcieli uciec od niej, wybierając świetlaną przyszłość. Ta obietnica okazała się iluzoryczna. Proces rozliczenia z przeszłością nabiera tempa, w momencie gdy do głosu dochodzi pokolenie, którego pytania o odpowiedzialność za funkcjonowanie opresywnego ustroju bezpośrednio nie dotyczy. Przełamana została bariera strachu i wstydu.
Podobnie stało się kiedyś w RFN. Dopiero w roku 1968 rozpoczął się radykalny proces autorozliczania z nazizmem. Nie przypadkiem rozpoczęli go młodzi ludzie, którzy z III Rzeszą nie mieli nic wspólnego. Nie byli bezpośrednio uwikłani w narodowy socjalizm, nie dokonywali moralnych i niemoralnych wyborów, które leżały u podstaw ustroju stworzonego przez Hitlera. Nie dziwi więc ówczesny radykalizm ocen, które wyostrzały się wraz z upływem czasu.
Młode pokolenie Polaków, do którego zaliczają się też dzisiejsi 30-latkowie, nie przeżywa dziś wielkich rozterek i wątpliwości związanych z ujawnianiem przeszłości, nawet w jej najbardziej kontrowersyjnych i trudnych fragmentach. Jest to proces zupełnie normalny.
Należało się go spodziewać. Przypominają mi się dyskusje na temat lustracji z początku lat 90., gdy mówiono, że jest na nią za wcześnie. Potem twierdzono, że jest już za późno, licząc po cichu, że problem sam się rozwiąże przez zapomnienie i zmianę pokoleniową. Tymczasem jest odwrotnie: fakt, że o lustracji znowu jest głośno, nie jest tylko skutkiem działania polityków, ale ma też związek z dojściem do głosu nowego pokolenia.
Podobny proces odbywa się w środowiskach akademickich, które cechowały się ogromną niechęcią do jakiejkolwiek refleksji nad swoim zaangażowaniem w czasach komunizmu. Wyraża się to także w dzisiejszej antylustracyjnej postawie części profesury. Młode środowisko akademickie oprócz tej części, która z powodów ideologicznych sprzeciwia się lustracji, nie ma powodu, aby się lękać. Zmiana pokoleniowa budzi więc nadzieję, że wreszcie prawda o przeszłości zostanie ujawniona.
W III RP można było dostrzec "syndrom Vichy", jak nazwał to Timoty Garton Ash w nawiązaniu do francuskiego historyka Henri Rousso. Polska, zwłaszcza w czasie prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego, przypominała także pod tym względem Niemcy adenauerowskie. Panowała specyficzna atmosfera milczenia, umowy - lub raczej zmowy - aby nie wspominał o negatywnych zdarzeniach z przeszłości, aby przejść do porządku nad sprawami, o których wszyscy i tak wiedzą. Był i jest w tym element "brudnej wspólnoty" opierającej się na zasadzie: "Ja nie wypominam ci twojej przeszłości, a ty mojej". Oczywiście nie jest to sytuacja sprzyjająca realnej demokracji, bo debata publiczna zostaje sztucznie ograniczona przez nieformalną, lecz realną cenzurę. Jest ona także zabójcza dla nauk humanistycznych, historiografii w szczególności. Teraz dyskurs został odblokowany i do opinii publicznej docierają głosy skutecznie kiedyś zagłuszane. Podejmowane są tematy, takie jak: lustracja, odebranie przywilejów ubekom itp., traktowane kiedyś jako tabu. Charakterystyczne jest też to, że zupełnie ucichły tak liczne na początku lat 90. głosy broniące PRL jako normalnego państwa. Ten nurt obrony PRL już prawie wygasł, nawet w samym SLD. Podobnie stało się z kwestią symbolicznego rozprawienia się z komunistycznymi i sowieckimi symbolami na ulicach polskich miast. Jeszcze do niedawna wielu wybitnych intelektualistów broniło pomników Armii Radzieckiej ze względów ideowych. Dzisiaj jeżeli ktokolwiek to czyni, to tylko ze względów czysto pragmatycznych, by zapobiec zaognieniu stosunków z Rosją. Nikt już nie pisze, że Armia Radziecka przyniosła nam wolność.
Nie można pominąć pewnych negatywów, jakie niesie ze sobą zmiana pokolenia. Ponieważ jej wiedza o poprzednim systemie jest abstrakcyjna, mogą się także pojawić tendencje, aby w nowej formie uprawiać ideologię, która stanowiła podstawy realnego socjalizmu. Nie przypadkiem pojawiła się tak zwana nowa lewica, epatująca i ekscytująca się dziełami Lenina. Poza tym pojawia się kwestia właściwych kryteriów oceny przeszłości. Fundamentalnym pytaniem jest to, czy można według naszych standardów oceniać minioną epokę. Pokolenia żyjące w realnym socjalizmie nie tylko podlegały różnym, często nieuświadamianym naciskom, ale także pozbawione były elementarnych informacji o świecie. Teraz, gdy istnieje swobodny przepływ informacji, swobodna dyskusja i ogrom materiałów historycznych wiele rzeczy widać dużo wyraźniej. Wtedy ludzie zdani byli na przekaz oficjalny. Czas, który oddala nas od komunizmu, pozwala młodym ludziom na bardziej jednoznaczną ocenę przeszłości, jednak te oceny powinny być też rzetelne i sprawiedliwe. A do tego potrzebny jest wysiłek rekonstrukcji ówczesnej rzeczywistości i debata publiczna. Bez tego nikt nie będzie w stanie oddać sprawiedliwości tamtym czasom, ukarać winnych i odróżnić rzeczy ważnych od nieważnych, winę od uchybień, agentów od ofiar. Naturalnie będzie się to odbywać w atmosferze nieuniknionych sporów i kontrowersji. Te jednak służą dobrze polskiej demokracji i politycznej wolności Polaków.
Spójrzmy na sprawę Ryszarda Kapuścińskiego. Jak zwykle niektórzy oburzyli się, że ujawniono jego związki ze służbami specjalnymi PRL. Czy jednak można zabronić badania biografii wybitnego twórcy? To oczywiście absurd. Kto mógłby tego dokonać? Ogromna część światowej humanistyki to badania biografii wybitnych postaci, analiza epoki, w której oni żyli, wyborów, jakie dokonywali - także tych wątpliwych lub złych. Oczywiście pojawia się przy tym pytanie, czy można rozpatrywać i oceniać dzieło w oderwaniu od biografii twórcy.
Nie ulega wątpliwości, że zmiana pokoleniowa może przyczynić się do bardziej obiektywnej oceny PRL. Filozofia hermeneutyczna mówi, że dzieło sztuki ujawnia swoje znaczenie dopiero z dystansu czasowego. Są dzieła, które wraz z upływem lat przestały być ważne, a inne nabrały mocy i znaczenia. Podobnie jest ze zjawiskami historycznymi - wraz z upływem lat będziemy pewne rzeczy widzieć wyraźniej. Zarazem powinniśmy jednak dbać, aby zachować wiedzę o doświadczanych tylko z bliska szczegółach. Mam nadzieję, że młodzi ludzie zechcą się zajmować przeszłością, odrzucając stereotypy i łatwe uproszczenia, rezygnując z taniego poczucia moralnej wyższości. Polacy będą określać swoją tożsamość, budując wizje przyszłości i odnosząc się do przeszłości. Także PRL będzie ważnym - na pewno negatywnym - odnośnikiem. Zmiana pokoleniowa sprawia, że historia postępuje dalej. Bez niej stalibyśmy w miejscu.