Wybory to nic innego, jak statystyka z mocą sprawczą, podczas gdy statystyki przedwyborcze, czyli badania popularności, to tylko magia bez realnych konsekwencji. Jesteśmy jako społeczeństwo opisywani statystycznie. Gorzej z pojedynczymi ludźmi. Jednostka statystycznie istnieje tylko jako średnia wszystkich innych jednostek. Statystyczny, a więc uśredniony, Polak prawdopodobnie w ogóle nie istnieje. Jak w starym dowcipie, śmiesznym też tylko statystycznie - jeśli mój sąsiad bije żonę codziennie, a ja wcale, to statystycznie bijemy nasze żony co drugi dzień.
Osobliwością statystyk politycznych są komunikaty o liczebności rozmaitych wydarzeń, takich jak strajki, manifestacje, pochody i parady. Różnice są otchłanne. Według organizatorów jakiejś manifestacji uczestniczyło w niej około 100 tysięcy osób, a protestowała przeciw niej grupka kilkudziesięcioosobowa. Organizatorzy kontrmanifestacji utrzymują zawsze, że było odwrotnie, a policja pilnująca porządku podaje, że po jednej stronie było manifestantów dwustu, a po drugiej piętnastu. Ile osób było po której stronie w relacjach policji zależy na ogół od tego, czy manifestacja była antyrządowa, a kontrmanifestacja pro, czy odwrotnie. Liczby policjantów zwyczajowo się nie podaje.
Widziałem kiedyś, przed wprowadzeniem euro w Niemczech, manifestację obrońców marki na rynku w Bonn. Było ich dokładnie pięciu. Naprzeciwko stało 30 zwolenników euro, a obie grupy rozdzielało trzystu uzbrojonych po zęby policjantów. Jedynym neutralnym gapiem byłem ja. Na drugi dzień podano informację, że przeciw euro demonstrowało 306 osób, to znaczy przeciwnicy plus policjanci plus ja, a za wspólną walutą 331, czyli zwolennicy plus znowu policja i ja.
Zastanawiam się, po co komu takie machlojki. Po wczorajszym strajku nauczycieli mieliśmy dokładnie takie same sztuczki statystyczne - Związek Nauczycielstwa Polskiego mówił o masowym udziale nauczycieli w strajku, a Ministerstwo Edukacji Narodowej, że strajkowała tylko garstka. Kto ma rację? Kto mówi prawdę? Nie dojdziemy, ale też i nie ma potrzeby. Od statystyki uczestnictwa nie wzrasta ani słuszność postulatów strajkowych, ani nie wzrastają szanse na ich realizację. Od takich statystycznych przepychanek tylko boli głowa. Ilość przechodzi w jakość tylko w dialektyce marksistowskiej, z którą się podobno rozstaliśmy. Większość, czy strajkowała, czy nie, nie musi mieć racji, jak wskazuje przykład Sodomy, w której sprawiedliwi byli w mniejszości i to znacznej.