Kierownictwo Platformy robi takie wrażenie, jakby nie rozumiało powagi sytuacji albo chciało przejść nad nią do porządku dziennego. Zgłaszając operetkowy wniosek o odwołanie wszystkich ministrów po kolei, PO wciąż próbuje prowadzić swoją - wyrafinowaną tylko we własnym mniemaniu - grę z PiS o przywództwo w obozie IV RP. Można to dość łatwo wyjaśnić siłą wyuczonych zachowań. Ale dziś sytuacja jest inna, niż była rok czy dwa lata temu. Gra nie idzie już o to, kto będzie liderem procesu naprawiania polskiej demokracji. Gra idzie o to, czy ona w ogóle przetrwa.
Kiedy politykę zamiast polityków zaczynają uprawiać tajne służby, gdy staje się realne, że o składzie Sejmu i rządu będą decydowały nie tyle wyniki wyborów, co rezultaty prowokacji prowadzonych przez Centralne Biuro Antykorupcyjne, w głowie każdego polityka powinny zacząć dzwonić ostrzegawcze dzwony. Ostatni tydzień pokazał, że z taką sytuacją mamy do czynienia w Polsce. Dlaczego więc Platforma nie reaguje w sposób odpowiedni do powagi chwili? Dlaczego na przykład odrzuca propozycję SLD, by opozycja wzmocniona przez większość Samoobrony zgłosiła konstruktywne wotum nieufności? Dlaczego nie próbuje wrócić do zgłoszonego kiedyś przez Andrzeja Leppera pomysłu powołania przejściowego rządu pozaparlamentarnego z prof. Andrzejem Zollem na czele?
Powodów jest zapewne kilka. Po pierwsze owe nieszczęsne reakcje wyuczone. Jeszcze dwa lata temu w używanej przez PO narracji politycznej role były wyraziście rozdane. Śmiertelnym wrogiem było SLD. LPR i Samoobrona nie były zaś nawet wrogami. Były niedotykalne. PO kompletnie wykluczała je z politycznego spektrum. Poza rachitycznym PSL jedynym potencjalnym partnerem politycznym był więc PiS.
PO miała wrażenie, że łączy ją z PiS dość rozległa wspólnota programowa, i przez długi czas umacniała w takim przekonaniu siebie oraz swoich wyborców. Coś było tu oczywiście na rzeczy, bo wizje Rokity i Ziobry zdawały się podobne. Dziś widać już jednak, że było to tylko wrażenie.
Rok rządów Jarosława Kaczyńskiego pokazał, że to, co Rokita nazywał "szarpnięciem cuglami" i co w programie PO miało służyć oczyszczeniu i usprawnieniu państwa, w wydaniu PiS służy głównie umocnieniu i utrwaleniu władzy braci Kaczyńskich. Inaczej mówiąc: praktyka pokazała, że to, co PO uważała za narzędzie służące ulepszeniu polskiej demokracji, jest dla niej śmiertelnie groźne, a ci, którzy mieli być głównymi sojusznikami w naprawianiu ładu państwowego, stali się jego groźnymi destruktorami.
Nie wiem, czy PO rozumie już wagę swoich błędów. Ale nawet gdyby dobrze rozumiała, że takie postulaty, jak powołanie CBA, zniesienie immunitetu, zmiana ustawy o KRRiT, zwiększenie nadzoru
nad działaniem sądów, zakaz kandydowania dla prawomocnie skazanych raczej tworzą zagrożenia, niż je niwelują, i tak pozostaje problem wytłumaczenia tego elektoratowi. A jeszcze trudniej
byłoby szybko wyjaśnić elektoratowi, dlaczego PO miałaby dziś bronić ostentacyjnie pogardzanego Andrzeja Leppera przed niedawnymi druhami z PiS. Z pewnością nie da się z takim złożonym
przekazem szybko dotrzeć do elektoratu, a pod tym względem Platforma zmarnowała rok.
W swojej walce z PiS przez ostatni rok PO kładła nacisk na to, co wobec wysokiej koniunktury jest mało bolesne dla wyborców, czyli na politykę gospodarczą obecnego rządu. W telewizyjnych
reklamówkach w czytelnie propagandowy sposób piętnowała zarobki prezesów i budżety państwowych kancelarii, które na stan państwa i los obywateli nie mają dużego wpływu, a o nadużyciach
władzy i niszczeniu państwa prawnego mówiła najwyżej półgębkiem. Sama zresztą miała w tym spory udział, popierając w Sejmie niebezpieczne ustawy, a nawet całkiem niedawno przypominając
własny nieszczęśliwy pomysł zniesienia immunitetów.
Najkrócej mówiąc, można mieć wrażenie, że PO wciąż próbuje obstawać nawet przy tych swoich dawniejszych pomysłach, które w sposób oczywisty już się skompromitowały. I nie ma tu wiele
do rzeczy fakt, że skompromitowały się na skutek nadużyć popełnianych przez PiS. Instytucje ustrojowe muszą bowiem być w taki sposób zaprojektowane, żeby nie stawały się groźne również
wówczas, gdy kontrolę nad nimi przejmują ludzie nielojalni wobec demokratycznego porządku prawnego.
Być może taka ocena Platformy budowana na powierzchownych wrażeniach jest jednak zbyt surowa. Nie można przecież wykluczyć, że patrząc w sejmowy kalendarz, PO zrobiła to, z czym warto było się spieszyć, a poważniejszy ruch postanowiła odłożyć, aż będzie on mógł być skuteczny. Zgodnie z regulaminem wniosek o konstruktywne wotum nieufności, który wydaje się jedynym sensownym dziś rozwiązaniem, i tak nie byłby rozpatrzony przed przerwą wakacyjną, a ujawnienie z takim wyprzedzeniem ewentualnego kandydata na nowego premiera niepotrzebnie by go naraziło. Na taki ruch Platforma ma czas. Najbliższe posiedzenie Sejmu przewidziane jest na 22 sierpnia. Żeby Ludwik Dorn musiał wówczas poddać taki wniosek pod głosowanie, wystarczy złożyć go 15 sierpnia. Do tego czasu PO z pewnością będzie miała okazję przekonać się, ile w akcji CBA było woli zwalczania korupcji, a ile polowania na Andrzeja Leppera, by go wyłączyć z gry i bezpiecznie przejąć jego elektorat.
Będzie też pewnie przez ten czas okazja, żeby się dowiedzieć, jakie jeszcze prowokacje wobec polityków Samoobrony, PO i SLD zostały przygotowane. Ten miesiąc powinien wreszcie wystarczyć na policzenie głosów, które konstruktywne wotum mogłoby uzyskać. PO, SLD i PSL mają razem 211 posłów. Teoretycznie do zmiany rządu wystarczyłoby więc, gdyby Andrzej Lepper mógł zagwarantować poparcie połowy swojego klubu. To nie jest nierealne, nawet jeżeli minister Lipiński jakoś dogada się z posłem Filipkiem.
Zostaje tylko pytanie, czy PO zrozumie, że warto przełamać wstręt, pogardę i niechęć wobec SLD i Samoobrony, żeby postawić tamę dalszemu destruowaniu demokracji i praworządności. Powołanie na okres do przyspieszonych wyborów pozaparlamentarnego rządu z niezależnym autorytetem na czele i niepartyjnym składem mogłoby spełnić tę rolę.
Jeśli PO tego scenariusza nie przyjmie, jesienią PiS zmieni ordynację, ubezwłasnowolni Trybunał Konstytucyjny, dokona jeszcze paru spektakularnych zatrzymań pod byle pretekstem, zacieśni kontrolę w mediach, zrobi użytek z już podporządkowanych ministrowi sądów i ugruntuje swoje panowanie na lata. Z konsekwencjami, które przewidzieć nietrudno.