Stawiszyński, publicysta znający dobrze życie akademickie, widzi żywe dyskusje, marksistowskie lektury pod pachą studentów i pełne sale na lewicowych panelach i dziwi się temu wszystkiemu.
Nie szydzi, nie kpi, ale nie ukrywa zaskoczenia popularnością filozofii, która wydaje mu się całkowicie skompromitowana, a przede wszystkim w oczywisty sposób prymitywna.
"Te wszystkie proletariaty, burżuazje, walki klas, alienacje, fetyszyzmy towarowe, materializmy historyczne i dialektyczne... Jak można zgodzić się na wizję porażająco i wręcz
archetypowo naiwną?" - pyta Stawiszyński. "Wizję, której ośrodkowym punktem jest przekonanie, że od stanu powszechnej szczęśliwości dzieli nas dosłownie pół kroku - a
źródłem aktualnego dyskomfortu są czynniki ekonomiczne, które przy odpowiedniej wiedzy i świadomości można wszak należycie przekształcić".
W zasadzie Stawiszyński sam powinien wpaść na to, że gdyby faktycznie chodziło o tak proste i naiwne sądy, to nie byłoby całej sprawy. I... wpada. "Wiem, że narażam się teraz na
zarzuty o koszmarne upraszczanie. Poniekąd je przyjmuję. Rzeczywiście, na pewnym poziomie upraszczam". No cóż, to może trzeba było nie upraszczać? "Nie ma tutaj przecież
miejsca - asekuruje się publicysta DZIENNIKA - żeby starannie zrekonstruować wszystkie niuanse i meandry marksistowskiej i (szczególnie) postmarksistowskiej myśli”.
Wszystkich istotnie się nie da, ale jakby na wszelki wypadek założyć, że nie chodzi jedynie o bezmyślne recytowanie sentencji starych mistrzów, to znalazłoby się miejsce na prezentację rzeczywiście odradzającego się światopoglądu lewicowego. Z czego przecież Stawiszyński zdaje sobie sprawę, skoro mówi w końcu, że chodzi mu „o pewną esencjalną koncepcję, o pierwotny obraz zawiadujący całą resztą - a żywię szczere przekonanie, że pierwotnym obrazem kształtującym myślenie Marksa i jego kontynuatorów jest obraz wolnej, niezdeterminowanej i samostanowiącej istoty, której nie ogranicza nic i nikt”.
I tu, trzeba uczciwie przyznać, Stawiszyński trafia w punkt. Tak, dokładnie o to chodzi, chodzi o wolność. O możliwie jak największą podmiotowość człowieka wobec jego własnych wytworów, do których należy i państwo, i kultura, i gospodarka. O to, aby nie był bezwolnym przedmiotem gry rynku, polityki państwa, kultury masowej i wszelkich innych abstrakcyjnych mechanizmów, które sam stworzył, a które dziś panują nad nim.
Ale czy to jest takie bezsensowne, prymitywne i takie naiwne? Może naiwne. Żyjemy w kraju, w którym już samo należenie do organizacji, która nie kradnie, nie oszukuje swoich wyborców, nie gapi się bez przerwy w sondaże, a jedynie wyznaje pewne idee i stara się je popularyzować, jest radykalizmem, a dla niektórych nawet fundamentalizmem.
Więc może i naiwne, ale nie bardzo wiem, co ma z tego zarzutu wynikać. Z dwojga: fałszywość czy naiwność, wolę naiwność. I z przyjemnością zacytuję publicyście DZIENNIKA słowa
Adama Michnika, który tak opisywał Danielowi Cohn-Benidtowi postawę swoją i swoich kolegów z okresu studenckich protestów z Marca: "To ludzie, którzy mieli jedną wspólną cechę:
niewątpliwą inteligencję zespoloną z niewątpliwą głupotą i naiwnością. Ale ta głupota i naiwność to była właśnie ich siła, bo dzięki tej głupocie i naiwności byliśmy ludźmi
bardzo odważnymi." Czasy nie tak romantyczne, bilans nadziei i zagrożeń przed niezgadzającymi się inny - zamiast celi więziennej i moralnej gratyfikacji tylko cela śmiechu i
niezrozumienie, ale dystrybucja rozsądku i naiwności między mówiącymi "tak" i mówiącymi "nie" w każdej epoce jest podobna. Dziś Adam Michnik posiada
mniejszą tolerancję na naiwność, bliższą raczej tolerancji Stawiszyńskiego, co polecam uwadze jednemu i drugiemu, a sobie zostawiam stale aktualne przesłanie płynące z zacytowanego
fragmentu. Bowiem w naszej epoce i rozum, i odwaga staniały, za to bardzo zdrożała taka właśnie naiwność.
W czasach najostrzejszego stalinizmu Leopold Tyrmand w swoim dzienniku tak opisywał odrzucenie przez szefującego "Twórczości" Adama Ważyka opowiadania Tadeuszowi Konwickiemu:
"Napisał opowiadanie o miłości. Z wszystkimi akcesoriami jak trzeba: szlachetny oficer UB, kochankowie pierdolą się niemal pod kontrolą podstawowej organizacji partyjnej, nigdy
przeciw, zawsze za i ze Związkiem Radzieckim, w łóżku nieustannie mowa o proletariacie. A jednak okazało się "nie takie". Ludzie w wieku przydrożnych kamieni, o
powierzchowności karłów i maszkar – Melania Kierczyńska, Adam Ważyk - informowali ludzi w średnim wieku i o normalnym wyglądzie o tym, co to jest spółkowanie - dojrzałe, klasowo
odpowiedzialne, a nie animalistyczne, wynaturzone, amerykańsko-imperialistyczne".
Jeśli Tomasz Stawiszyński nie chce popełnić podobnego faux pas, powinien uważać, aby ze strachu przed światopoglądem, który nominalnie odrzuca, nie znaleźć się nagle w sytuacji Ważyka. Otóż definiując marksizm w sposób, który zaprezentował - czyli kładąc nacisk na teorię determinizmu dziejowego i teorię rewolucji - Stawiszyński staje się nieświadomie niewolnikiem owego monolitycznego transwestyty marksizmu-leninizmu, który długo rościł sobie pretensję do całości filozoficznej hipoteki pozostałej po Karolu Marksie, i który jej nigdy na własność nie posiadał.
Wielu wybitnych, i nie, intelektualistów pisało o ciągłości między myślą Marksa, Lenina i Stalina. Spór o to należy, obok dyskusji o zaangażowaniu intelektualistów w totalitaryzm, do najszerzej przedyskutowanych w dwudziestowiecznej humanistyce. Niewielu jednak zauważa, że nawet jeśli istnieje logiczna ciągłość między symbolizowanymi przez te trzy nazwiska etapami rozwoju myśli (uważa tak nie tylko Leszek Kołakowski czy Andrzej Walicki, ale także na przykład Slavoj Żiżek) i wcielania jej w życie (a im później, tym bardziej w śmierć), to przecież nie istnieje taka konieczność. A już z pewnością przeciwnicy jakichkolwiek poglądów powiązanych z marksizmem nie powiedzą chyba, że w tym wypadku uwierzyli nagle w determinizm. Taka konieczność nie istnieje, ale owszem istnieje takie zagrożenie. Przy czym towarzyszy ono każdemu spójnemu światopoglądowi, bo żaden nie jest zabezpieczony przed patologizacją. Porównywanie zaś patologicznych form różnych szlachetnych idei (jak liczenie ofiar inkwizycji i dzielenie ich przez ofiary terroru stalinowskiego, żeby wykazać wynikającą rzekomo z tego moralną przewagę chrześcijaństwa nad marksizmem) pozostawmy nawiedzonym internautom.
Paradoksalnie powrót zainteresowania marksizmem w Polsce za sprawą "Krytyki Politycznej" i innych środowisk jest kolejnym ciosem wymierzonym w postkomunizm, który przecież
jest światopoglądem cynicznym i bezideowym, czego o marksizmie powiedzieć nie sposób. Istotnie, przez niektórych wydanie przez nas „Rewolucji u bram” odebrane zostało jako
jakiś nostalgiczny gest prowokatorów chorych na amnezję (jeśli oczywiście połączyć można prowokację z amnezją). Ci niektórzy, zazwyczaj mało zorientowani we wcześniejszych dyskusjach,
za to bardzo chętni do ogłaszania skandalu i hańby, nie wiedzieli zapewne, że dotąd byliśmy krytykowani przez jednych i chwaleni przez drugich za antykomunizm. A raczej za to, że inaczej niż
wiele lewicowych środowisk nie czuliśmy się w obowiązku bronić reżimu PRL-owskiego, a swoje ideowe korzenie wywodziliśmy z opozycji antykomunistycznej. I chyba tylko dlatego mogliśmy
sięgnąć właśnie po Żiżka, a nie po felietony z "Wprost" Leszka Millera.
Zauważmy więc, że come back marksizmu jest objawem normalności. Polska krok po kroku, rok po roku wraca do Świata Zachodniego, a tam marksizm jest istotnym i nigdy nieodrzuconym prądem
intelektualnym. Francuski anarchista Georges Sorel cytuje w jednym ze swoich pisma Marksa, który miał powiedzieć: "Każdy, kto planuje, co będzie po rewolucji, jest
reakcjonistą". Nie wiemy, czy Marks rzeczywiście kiedykolwiek wypowiedział te słowa – szukał ich w listach Marksa inny wybitny filozof Izajasz Berlin, i nie znalazł - ale
wiemy, że jeśli marksizm umarł na wieki, to właśnie ten marksizm z przytoczonego cytatu: światopogląd pewny siebie do granic decydowania o życiu i śmierci narodów. Taki marksizm
niewątpliwie był albo bywał. Nieszczęście zaczęło się, gdy zawsze mocno zakorzeniony w filozofii danej epoki, marksizm uległ esencjalistycznym przesądom przełomu XIX i XX wieku, dzielącym
się z grubsza na dwa wątki: dziedzictwo heglizmu (teorie konieczności dziejowej) lub naturalizmu (przekonanie o naukowości marksizmu).
Światopogląd wyrastający z przekonania, że dysponuje naukową albo historiozoficzną pewnością stał się doskonałym narzędziem do zabijania, zniewalania, wszelkiej eliminacji, tak jak wyrzuca się na śmietnik błędne dowody naukowe. Ale to, co dziś powraca pod nazwą postmarksizmu i symbolizowane jest przez takie nazwiska, jak Chantal Mouffe, Ernesto Laclau, Slavoj Żiżek czy Alain Badiou, wprost przeciwstawione jest wszystkiemu temu, co umożliwiło uczynienie z marksizmu doktryny państw totalitarnych. Zaś to, co odżywa w Polsce, to nie tyle jakiś -izm, co -ica. Nie tyle marksizm, co po prostu lewica, która formułuje swoje poglądy, opierając się na wielu nurtach filozofii politycznej, spośród których marksizm jest tylko jednym z nich. I nie ma tu ambicji, aby dochowywać wierności starym mistrzom. Jest za to ambicja, by nie poddać człowieka w obawie przed tym, że komuś się to źle kojarzy albo wydaje naiwne.