Pierwszy przypadek. Jeżdżę co tydzień w tę i z powrotem 300 km po wyremontowanej trasie Warszawa – Biała Podlaska. W miejscowościach jadę z szybkością około 70, poza około 120 km. Gdybym jechał wolniej, trąbiliby na mnie nieustannie, a tiry by mnie wyprzedzały. Policja, owszem, łapie, ale zawsze w tych samych miejscach, więc wystarczy tylko je znać. Jadę za szybko, ale co kilka minut i tak ktoś mnie wyprzedza. Wyjąwszy właścicieli maluchów i innych zabytków, wszyscy łamią przepisy ruchu drogowego. Dosłownie wszyscy. Wiem, że to niedobrze, ale co mam zrobić. Jazda zbyt wolna jest po prostu niebezpieczna.

Reklama

Drugi przypadek. Ścinać, nawet na własnej działce, wolno bez zgody leśniczego tylko drzewa o średnicy do 30 cm. Mam rząd lip i jedna z nich marniała ściśnięta między dwiema większymi, ale miała ze 40 cm. Ścięliśmy ją, przejeżdżający rowerem sąsiad zauważył dowcipnie, że zawiadomi policję, na co ja mu przypomniałem, jak minionej zimy woził kradzione drzewo z lasu tuż pod moim domem, bo mieszkam na skraju wielkiej puszczy. Jednak pobliskie lasy już są pozbawione większych drzew, bo przecież musi być opał. Wszystko nielegalnie, nikt nie reaguje, chyba że nastąpi donos, co nie jest wcale rzadkie.

Trzeci przypadek. W lecie maleje bezrobocie oficjalne, a jeszcze bardziej nieoficjalne. Nieoficjalne dlatego, że wokół domu zawsze trzeba coś zrobić, a to ocieplić, a to pomalować, a to drzewo porąbać, a to dach naprawić. Młodzi ludzie z sąsiedztwa naturalnie chętnie imają się takich robót, ale nikt nie zgłasza tego do urzędu skarbowego, wobec tego nie mogą być ubezpieczeni. Dlatego kiedy któryś z nich wchodzi na wysoką drabinę, bierze mnie strach. Ale czy mam z tymi, powiedzmy, dwustu złotymi latać po urzędach. I to nie tylko ja, ale oni także. Znowu wszyscy popełniamy co najmniej wykroczenie.



Czwarty przypadek, nie używam narkotyków, raz mi się zdarzyło w młodości i tak się źle czułem, że mi się odechciało. Ale wszędzie na świecie i coraz częściej w Polsce spotykam ludzi palących czasem, od święta marihuanę. Wiem, że nie należy tego pochwalać, tylko że zaraz wkracza bardzo poważny liberalny argument dotyczący wolności samotnego pijaka, który nikomu nie szkodzi, więc dlaczego mielibyśmy mu zabraniać pić (wiele na ten temat pisał John Stuart Mill). Dlaczego zatem zabraniamy małej ilości narkotyku na własny użytek, skoro wiele państw już od tego odstąpiło?

Takich przypadków można cytować wiele: pożyczki od znajomych, za które nie płacimy podatku, czy kreatywna księgowość w większości biur i przedsiębiorstw. Wszystko to prowadzi nas do zagadnienia niesłychanie poważnego zarówno z prawnego, jak i pedagogicznego punktu widzenia. Jaki sens ma prawo, które nie jest, nie może być i nie będzie przestrzegane? Rozsądek nakazuje sądzić, że takie przepisy powinny być dostosowane do rzeczywistości, a nie odwrotnie, gdyż małe lekceważenie prawa prowadzi do coraz większego lekceważenia, aż granica między tym, co zgodne z prawem, a tym, co niezgodne, staje się niejasna z wyjątkiem skrajnych przypadków. Oczywiście istnieje poczucie moralne i wielu ludzi je posiada i dlatego nie ukradną drzewa z prywatnego kawałka lasu sąsiada, ale już z państwowego bez najmniejszego wahania. Taka to moralność. W jej utwierdzaniu uczestniczą też księża, którzy grzmią przeciwko piciu alkoholu, ale nie odważą się powiedzieć, że czasem trochę można sobie popić, aby tylko nie stale i nie kosztem rodziny i pracy. A oni sami?

Dwulicowość w odniesieniu do prawa ma także te skutki, że ponieważ nie jest przestrzegane (mowa o tym „drobnym” prawie), to nie jest z należytą uwagą i skrupulatnością uchwalane. Więc na granicy prawa jesteśmy w praktyce wszyscy. Czy tak musi być?