Argumenty są absurdalne i nielogiczne. Podważają podstawy sytemu emerytalnego. A poza tym zamiast niższych wydatków na emerytury do ZUS, NFZ i fiskusa nie wpłyną składki i podatki od pracujących emerytów.

Reklama

Rząd, chcąc wycofać się z wprowadzonego zaledwie w styczniu 2009 roku przepisu pozwalającego na pobieranie z ZUS emerytury bez rozwiązania stosunku pracy, popełnia całą masę błędów i gaf.

Złudna jest argumentacja, że dzięki temu zwiększy się liczba miejsc pracy. To mit. Takie twierdzenie wynika ze statycznego spojrzenia na gospodarkę. Nie jest tak, że liczba miejsc pracy jest w niej reglamentowana.

Tak naprawdę najlepiej dla niej (a tym samym także dla obywateli), jeśli pracują wszyscy, którzy mogą. Bogactwo i dobrostan biorą się z pracy. Jeśli więc osoby zdolne do niej nie są aktywne, jest to dla gospodarki strata. Więcej pracujących to także wyższy popyt na dobra i usługi. A właśnie od tego zależy kondycja gospodarki i dynamika tworzenia miejsc pracy.

Mitem jest, że większa liczba osób otrzymujących świadczenia społeczne powoduje spadek bezrobocia dzięki zwalnianiu miejsc pracy dla młodych. Jest wręcz odwrotnie – im więcej osób jest na utrzymaniu pracujących, tym wyższe składki muszą płacić, a przez to są drożsi i firmom trudniej ich zatrudnić. Jeśli ten mit byłby prawdziwy, nie mielibyśmy na początku XXI wieku bezrobocia.

Rekordowa liczba osób pobierała wtedy świadczenia społeczne (emerytury, renty, zasiłki i świadczenia przedemerytalne). Miejsc pracy powinno więc być jak lodu. A tymczasem w lutym 2003 roku bezrobocie osiągnęło historyczne maksimum – 20,7 proc. Mitowi temu przeczą też dane Eurostatu. Na przykład w Szwecji pracuje 70 proc. osób w wieku 55 – 64 lata, a wskaźnik bezrobocia wynosi tam 8,2 proc. W Holandii wskaźniki te wynoszą 58 proc. i 4,5 proc. Z kolei w USA pracuje 61 proc. starszych osób. U nas zaledwie co trzecia.

Pomysł rządu przeczy też duchowi nowego systemu emerytalnego. W nim świadczenie pochodzi ze składek. Nie jest żadną łaską. Taki był zamysł wprowadzenia zmiany sposobu oszczędzania (konta emerytalne w ZUS i OFE) i wyliczania emerytury (zależy wyłącznie od składek).

Reklama



Państwo nie powinno się wtrącać, czy ubezpieczony chcąc skorzystać z emerytury, pracuje czy nie. Nie będzie także, na co liczy rząd, prawie 1 mld zł dodatkowych wpływów do budżetu. Te osoby, które obecnie pobierają emeryturę i pensję, zrezygnują z pracy. Wtedy ZUS dalej będzie wypłacał im świadczenie, a takie osoby nie będą wpłacać do ZUS, NFZ i urzędu skarbowego składek i podatków.

Zamiast szukać oszczędności w kieszeniach pracujących emerytów, których jest jak na lekarstwo, może rząd powinien poważnie pomyśleć o wiecznie odkładanych, bo niepopularnych, reformach.

Tak częste zmiany przepisów psują zaufanie do systemu i powodują nadkonsumpcję świadczeń społecznych. Ludzie wiedząc, że co chwila zmieniają się przepisy, korzystają z wszelkich świadczeń, gdy tylko nadarza się okazja. Najjaskrawszy przykład: rok 2008, kiedy miały wygasać przywileje emerytalne. Ludzie korzystali z nich, mimo że mogli to zrobić nawet po tym roku.

Bali się jednak, że państwo nie dochowa umowy. W efekcie na emerytury uciekło wtedy prawie 350 tys. osób. Jak napisał w środę na naszym forum internetowym, komentując zapowiedź rządu, KK: „Złe jest nie tylko to, że ZUS zawiesi pracującym emerytom świadczenia, ale to, że nasze państwo jest niewiarygodne. Nie można mu ufać, bo przepisy regulujące nasz byt ciągle się zmieniają, w zależności jak wiatr zawieje.

Nie mamy stabilizacji. I tu tkwi problem. Wielu z nas dało się złapać na przejście na emeryturę przez ten przepis pozwalający na łączenie pracy z emeryturą, choć mogło dalej pracować i przejść na emeryturę z większą kwotą bazową. Nasze państwo nie gwarantuje nam praw nabytych. Odbije mu się to czkawką”. Niewiele tu można dodać.