Inspektor Andrzej Bartyska z gdańskiego urzędu kontroli skarbowej woli przesłuchiwać młodych ludzi. Łatwiej ich zagiąć. Starsi mieli więcej czasu, by uzbierać dużo pieniędzy. Ale młodzi starają się nadrobić ten brak pomysłowością.

Reklama

– Skąd ma pan milion złotych oszczędności, skoro jest pan na zasiłku dla bezrobotnych?

Pieniądze dostałem od babci, która zmarła przed rokiem – odpowiada 20-latek.

– A skąd miała babcia?

– Od dziadka, który w czasie wojny jako mieszkaniec Pomorza trafił do Kriegsmarine i pływał po morzach południowych. Tam znalazł skarb, który babcia potem długo przechowywała w mieszkaniu. Niedługo przed śmiercią sprzedała go, a pieniądze przekazała mnie.

Bartyska nie daje wiary takim wyjaśnieniom, ale procedura procedurą. Miesiącami trzeba było sprawdzać po desach, czy rzeczywiście ktoś spieniężał skarb. Skrupulatność inspektorów skarbowych nie zniechęca do prób oszukania fiskusa, a czasem tylko wygrania z nim przemyślnej, ale całkowicie legalnej gry o uniknięcie podatku.

Benjamin Franklin mawiał, że pewne są tylko śmierć i podatki. Mylił się. Unikanie płacenia podatków stało się już prawdziwym przemysłem, który kwitnie w czasach kryzysu, gdy liczy się każda oszczędzona złotówka, dolar, funt czy euro. Z drugiej strony borykające się z ogromnym zadłużeniem i zmuszone do cięć wydatków socjalnych rządy muszą wykazać się teraz szczególną skutecznością w poszukiwaniu ukrytych dochodów. Wojna między fiskusem a podatnikami staje się coraz bardziej zaciekła. Wymyślane są nowe metody ukrywania dochodów, doskonalone stare, a skarbówki na całym świecie są gotowe nawet płacić miliony informatorom, co jeszcze 10 lat temu byłoby nie do pomyślenia.

Na razie górą w tej batalii są podatnicy. W ubiegłym roku wpływy z podatków w Polsce spadły o kilkanaście miliardów złotych. W pierwszym półroczu tego roku mimo wyraźnego ożywienia w gospodarce budżet uzyskał z PIT o 6 proc. mniej pieniędzy w skali roku, a z CIT, czyli od osób prawnych, aż o 28 proc. mniej.

Skarbówka wykryła w ubiegłym roku nieprawidłowości podatkowe na 2,4 mld zł, aż o 42 proc. więcej niż rok wcześniej. Faktyczna skala oszustw, nadużyć i sprytnej „optymalizacji podatkowej” jest daleko większa.

Nie stanowimy w tej dziedzinie wyjątku. Niemcy w ubiegłym roku ukryli przed fiskusem 25 mld euro, zaś Brytyjczycy – 12 mld funtów. I liczby te szybko rosną.

– Po latach powolnego ograniczania szarej strefy znów mamy do czynienia z jej wzrostem. Ludzie starają się ratować w ten sposób w dobie trudności gospodarczych – przyznaje wybitny specjalista od szarej strefy w gospodarce prof. Friedrich Schneider z Uniwersytetu w Linzu.

Jego zdaniem polska szara strefa jest jedną z największych w Unii i przypada na nią blisko 30 proc. PKB. Fiskus ma przed sobą trudnego przeciwnika – Polacy znają liczne sposoby, jak go przechytrzyć.

Inspektor jest jak dziecko

Jak słusznie zauważył prezes PiS Jarosław Kaczyński, „jeśli ktoś ma pieniądze, to skądś je ma”.

Polacy masowo ukrywają przychody, nie rejestrując firm i nie ujawniając działalności. Zdaniem Mirosława Barszcza, eksperta podatkowego i byłego wiceministra finansów, największy obszar szarej strefy w Polsce to remonty i prywatne budowy domów, gdzie może ona sięgać nawet 80 – 90 proc. Pozostaje tylko znalezienie sprytnego wyjaśnienia, skąd wziął się pokaźny majątek.

Reklama

– Ilu miał pan klientów? Kiedy to robiliście? – pyta kontroler skarbowy.

– Średnio dwóch w tygodniu. Spotykaliśmy się w weekendy – odpowiada 40-letni, mężczyzna, właściciel domu z basenem koło Warszawy.

– Policzmy. Musiałby pan mieć dziesięciu klientów dziennie, w każdy dzień tygodnia, przez dziesięć lat, by zarobić tyle pieniędzy. To niemożliwe.

Podatnicy podający się za męskie prostytutki nie dziwią już inspektorów kontroli skarbowej. To stary trik, podobnie jak handel świadectwami udziałowymi, walutą czy wygrana w kasynie. Właśnie udanym wieczorem w kasynie Jackpol w Gdyni (zgarnął podobno pół miliona złotych, licząc według wartości po denominacji) w 1992 r. tłumaczył się z majątku znany polityk, lider Stronnictwa Demokratycznego Paweł Piskorski.

Dyrektor kasyna zeznał, że by zdobyć taką kwotę, ze względu na limity trzeba byłoby wygrać z rzędu 138 gier. – Nie pamiętam, ile razy z rzędu wygrałem, nie prowadzę pamiętników. To zemsta za to, że rzuciłem polityczne wyzwanie PO – tłumaczył Piskorski. Kto ma rację, trudno teraz ustalić, sprawa dawno się już przedawniła.

Coraz częściej przesłuchiwani podatnicy tłumaczą pochodzenie majątku wyjazdami zagranicznymi i pracą na czarno. Ponieważ jesteśmy w strefie Schengen, nie ma pieczątek w paszportach i trudniej sprawdzić, czy dana osoba nie mija się z prawdą. – Ale i z tym sobie radzimy, zacieśniając współpracę ze skarbówkami z zagranicy. Po każdym pobycie zostaje ślad, od czynszu po płatność kartą w supermarkecie – mówi Andrzej Bartyska.

Czasem jednak fiskus nie musi nawet sięgać po kalkulator. Pewna kobieta z Sopotu tłumaczyła, że wart 20 mln zł majątek dostała od obu babć. Tylko kilka godzin zajęło ustalenie, że były to biedne starsze panie mieszkające w blokach komunalnych. Jedna z nich korzystała nawet z pomocy socjalnej i obniżono jej z tego powodu czynsz. Tymczasem rzekoma darowizna miała większą wartość niż budżet miasta Sopot.



Ponieważ darowizna bez podatku wynosi 9,6 tys., aby udokumentować majątek, zbiera się czasem całą liczną rodzinę i zaświadczenia, że wszyscy przekazali pieniądze. – Zwykle jednak ktoś się wyłamuje i przyznaje do oszustwa, gdy pouczamy o konsekwencjach składania fałszywych zeznań, za co grozi do pięciu lat pozbawienia wolności – mówi inspektor skarbówki z Warszawy.

Inspektorzy żartują, że rozmowy z podatnikami przypominają przekomarzanie się z dzieckiem, tyle że zamiast pytać „a dlaczego”, inspektor pyta w kółko „a skąd”?

Ludzie postawieni pod ścianą są w stanie wymyślać bardzo dziwne rzeczy. Niektórzy opowiadają, że dorobili się dużego domu ze zbierania runa leśnego. Był nawet taki, który rzekomo zbierał puszki, ale wpadł, bo nie wiedział, że 50 puszek to kilogram aluminium.

Choć urzędnicy skarbowi lubią chwalić się wysoką skutecznością, wielu osobom udaje się uniknąć płatności podatku i kary. Zmorą jest zwłaszcza celowe przewlekanie spraw, które się przedawniają po pięciu latach. A to choroba, a to zmiana pełnomocnika... Senatora Henryka Stokłosę prokuratura oskarżyła o kupowanie sobie wielomilionowych umorzeń podatkowych. Miał to robić również produkowaną przez siebie wędliną i kiełbasą.

Pod względem ukrywania majątków przed fiskusem Polakom wciąż daleko jednak do Włochów. Według oficjalnych danych blisko połowa najemców ekskluzywnych willi w topowych kurortach morskich na Capri czy w Porto Cervo na Sardynii to ludzie biedni, nieposiadający żadnego majątku, często korzystający z zapomóg. We Włoszech stoi 2 mln budynków, których nie odnotowano w żadnych rejestrach. Z danych tamtejszego urzędu skarbowego wynika, że w ubiegłym roku ukryto przed fiskusem 300 mld euro, na czym budżet państwa stracił 100 mld euro. Taka kwota wystarczyłaby na budowę liczącej 15 tys. km sieci autostrad.

Włosi wprowadzają skomputeryzowany system kontroli podatkowej, który ma rejestrować uczestników ekskluzywnych aukcji, wycieczek, a nawet rodziców posyłających dzieci do drogich szkół. Z kolei grecki fiskus, który musi walczyć z największą w Europie szarą strefą, wezwał na pomoc satelitę i liczy przydomowe baseny, które powinny być słono opodatkowane. Oficjalnie jest ich w Atenach 324, podczas gdy satelita wyśledził 16 974. Gdy Grecy dowiedzieli się o nowej superbroni fiskusa, baseny szybko zniknęły pod maskującym brezentem w kolorze trawy.



Nie tylko kasa się liczy

Inspektorzy skarbowi to też ludzie. Kończą pracę o 15. Wiedzą o tym sprytni sprzedawcy. Wtedy masowo przestają nabijać na kasę fiskalną i wydawać paragony. Najczęściej oszukuje się latem nad polskim morzem, gdzie średnio połowa transakcji jest niezarejestrowana.

Przyłapani przez kontrolerów tłumaczą się, że inaczej nie wyszliby na swoje w tych trudnych czasach. Zapewniają też, że nie nabijali towarów na kasę fiskalną, chcąc oszczędzić czas i papier. Wyścig zbrojeń trwa. Ostatnio pojawiły się fałszywe kasy fiskalne domowej roboty. Niektóre są w stanie produkować paragony, ale nie zapisują nic w pamięci.

W internecie roi się od ogłoszeń: „Optymalizacja podatków”, „Pomogę zmniejszyć podatki”. Często stoją za nimi firmy słupy oferujące fikcyjne faktury za 5 – 10 proc. ich wartości. Dlatego zwykle gdy urząd skarbowy upomina się o podatek, okazuje się, że firma jest zarejestrowana na mężczyznę mieszkającego na dworcu. Goli się go, myje i zakłada firmę albo tylko bierze pełnomocnictwo za 100 zł. – Robi wielkie oczy, gdy mówi mu się, że przekręcił dziesiątki milionów złotych i jakim wielkim był przedsiębiorcą – mówi inspektor Bartyska.

Nową ziemią obiecaną dla unikających płacenia podatków staje się internet, a zwłaszcza serwisy typu Allegro. Niełatwo namierzyć sprzedawców, którzy posługują się nickami i zmieniają je co kilka transakcji. Obroty w takim nieopodatkowanym handlu stanowią już kilka procent detalu w Polsce.

Jak się okazuje, podatku nie tylko można uniknąć, można go nawet wyłudzić. Obok prymitywnego wystawiania fikcyjnych faktur coraz powszechniejsze są wyrafinowane oszustwa karuzelowe. W pierwszej fazie firmy działające w porozumieniu w sposób fikcyjny wielokrotnie handlują między sobą towarem, najczęściej telefonami komórkowymi i żarówkami ksenonowymi po zawyżonych cenach. Potem towar jest eksportowany do własnej firmy za granicą, a więc można odzyskać podatek VAT. Następnie wraca w sposób nielegalny do kraju, np. przenoszą go przez granicę „mrówki”. Tu sprzedaje się go za grosze na bazarach lub znów jest eksportowany. Faktury i towary krążą w koło jak krzesełka na karuzeli. Pierwsi na ten patent wpadli Brytyjczycy. W odpowiedzi tamtejsze służby podatkowe zaczęły rejestrować wszystkie eksportowane telefony.

Największe straty przynoszą państwu jednak oszustwa paliwowe, np. związane z przerabianiem oleju opałowego na napędowy i wprowadzaniem go do obrotu na stacjach benzynowych. Taki proceder prowadzą najczęściej zorganizowane grupy przestępcze, które dzięki temu oszukują na akcyzie, która jest dużo niższa w przypadku oleju opałowego.



W drodze do raju

Zamożni Polacy coraz częściej ukrywają majątki i unikają opodatkowania w sposób, który spędza sen z powiek skarbówkom na świecie. W kilkudziesięciu tzw. rajach podatkowych. I przeważnie robią to w majestacie prawa.

Kajmany, niewielki archipelag na Karaibach, liczy 45 tys. mieszkańców. To mniej niż liczba zarejestrowanych tam firm (w jednym budynku jest ich aż 19 tys.). Wartość aktywów tych „przedsiębiorstw” ocenia się na pół biliona dolarów. Według legendy za uratowanie przed wejściem na rafy brytyjskiej floty król Jerzy III zwolnił Kajmany od płacenia podatków. Teraz wyspy „odwdzięczają się” innym.

Jak to wygląda? Najczęściej polski podatnik zakłada tam tzw. spółkę offshorową, która jest pośrednikiem w transakcjach. Sprzedaje jej towary z niską marżą (nie wykazując zysku), a ta odsprzedaje je klientom już z wysoką marżą i wykazuje duży zysk, który nie trafia do fiskusa. W takich miejscach jak Kajmany podatku się bowiem nie płaci. Ponieważ nie można tak po prostu przelać pieniędzy do Polski, robi się to w formie corocznej dywidendy lub pożyczki. Zakładając spółkę offshorową i inwestując na giełdzie, można też uniknąć 19-proc. podatku Belki.

Przed fiskusem do rajów podatkowych uciekają osoby z pierwszych stron gazet. Zdecydowali się na to Ingvar Kamprad, właściciel szwedzkiej Ikei, Flavio Briatore, potentat Formuły 1, czy aktor Michael Douglas. Z podatkowego piekła do raju trafiają też coraz liczniejsi Polacy. Znany tenisista i biznesmen Wojciech Fibak i rajdowiec Robert Kubica rezydują w Monako, zaś Zygmunt Solorz kontroluje Polsat poprzez firmę cypryjską. Była żona Janusza Palikota oskarżyła go, że znaczną część majątku ukrył na Karaibach. Sam były poseł PO stanowczo zaprzecza.

Raje podatkowe to nie tylko wysepki pełne palm. Jan Kulczyk prowadzi interesy za pośrednictwem założonej w Austrii fundacji. Inni biznesmeni, jak Leszek Czarnecki (Getin Bank) czy właściciele TVN, działają z Holandii. Wybierają kraje europejskie, które mają niższe podatki, przyjazne przepisy czy gwarantują większą anonimowość.

Działalność w raju podatkowym opłaca się już przy majątku rzędu kilku milionów złotych. Za rejestrację firmy trzeba zapłacić do 2,5 tys. euro, a roczne utrzymanie spółki kosztuje od kilkuset do kilku tysięcy euro. Można nawet wynająć dla niej fikcyjnego dyrektora – koszt 400 euro. Takie usługi oferuje każda większa kancelaria zajmująca się doradztwem podatkowym.

Największe korporacje mają dziesiątki, a czasem setki zarejestrowanych tam spółek, np. Citigroup ponad 400. Prawdziwym wirtuozem sztuki niepłacenia podatków jest jednak Google, którego pod lupę wzięli niedawno dziennikarze „BusinessWeeka”. Irlandzki oddział odpowiada za przychody ze sprzedaży reklam poza USA. Po zaksięgowaniu dochodów pieniądze przesyłane są do niezatrudniającej nikogo firmy w Holandii. Google korzysta z przepisów, które umożliwiają przelanie stąd środków na Bermudy bez żadnych obciążeń. Z kolei tutejsza firma jest podmiotem zależnym filii irlandzkiej. Manewr ten, całkowicie legalny, eksperci nazywają holenderską kanapką lub podwójnym Irlandczykiem.

– W Polsce sprawy związane z rajami podatkowymi czy transferami zysków są rzadkością. Bezczynność polskiego aparatu skarbowego to wstyd – mówi Mirosław Barszcz. Jego zdaniem, by skutecznie radzić sobie z takimi sprawami, trzeba mieć dobrze opłacanych ekspertów. Tymczasem jeszcze niedawno w całym resorcie finansów było dosłownie kilka osób, które miały o tym pojęcie. Nie sposób było też zdobyć kilkadziesięciu tysięcy złotych na bazę danych z cenami transferowymi (pozwala ustalić, czy nie zawyża się cen przy płatnościach dla spółki matki, zawyżając lokalne koszty), choć taka inwestycja mogłaby przynieść fiskusowi kilkaset milionów złotych.

W ubiegłym roku przywódcy krajów G20 zapowiadali likwidację rajów podatkowych, z których chciano zrobić kozła ofiarnego kryzysu. Ich gniew nie powinien dziwić. OECD szacuje, że na kilkudziesięciu rajskich wysepkach może leżeć nawet 11,5 bln dolarów.



Państwo zachęca do przestępstw

Nie tylko raje podatkowe znalazły się pod silną presją. Nawet Szwajcaria, gdzie osoby z zagranicy mogą indywidualnie negocjować podatki, musiała niedawno przekazać Francji nazwiska obywateli, którzy uniknęli podatków na kwotę 3 mld euro. Z kolei niemieckie ministerstwo finansów kupiło w tym roku płytę CD z danymi 1,5 tys. osób ukrywających dochody za granicą. Herve Falciani, 37-letni specjalista IT pracujący w banku HSBC w Genewie, dostał za to 2,5 mln euro.

Miękną też same banki, które ochoczo pomagały w ukrywaniu podatków – UBS zgodził się ujawnić dane o 4,5 tys. rachunków obywateli USA. Amerykański fiskus od lat uchodzi za najbardziej bezwzględny. Słynnego gangstera Ala Capone skazano nie za działalność mafijną, ale za niepłacenie podatków. Niedawno jego śladem poszedł aktor Wesley Snipes skazany na trzy lata wiezienia za niezapłacenie 12 mln dol. W USA konfiskuje się co najmniej połowę majątku ukrytego w raju podatkowym, chyba że zbłąkana owieczka wykaże skruchę – wtedy straci 20 proc. W Polsce przepada 75 proc. nieudokumentowanego majątku.

Mimo kilku lokalnych zwycięstw fiskusowi trudno będzie wygrać wojnę o ukryte dochody, dopóki obywatele nie będą traktowali unikania podatków jak przestępstwa. Zwykle myślą tak: po co mam płacić na darmozjadów polityków czy dziurawe drogi? Dlaczego mam płacić tak dużo? Na przykład we Włoszech fiskus zabiera aż 52 proc. dochodów.

W Polsce, choć podatki są niższe, system jest zbyt skomplikowany, co stwarza okazję do nadużyć. Przepisy zmieniają się bezustannie, a podatnik musi przejść biurokratyczną mitręgę. – Wielokrotnie znajdowałem się w sytuacji, gdy nikt, łącznie z urzędnikami skarbówki, nie wiedział, ile powinien wynosić podatek, bo wyliczenia były tak skomplikowane – mówi Roman Kluska, założyciel firmy Optimus.

Raz musiał skorzystać z usług renomowanej firmy, która policzyła mu podatek za równą mu kwotę. Taka zapobiegliwość na nic się zresztą nie przydała, gdy pewnego ranka za rzekome wyłudzanie VAT Kluskę zatrzymała w domu brygada antyterrorystyczna.

Mimo przechwałek skarbówki na temat swej skuteczności nie ma ona środków, by łapać grube ryby. – Akcje w stylu sklepiki nad morzem nienabijające na kasy fiskalne to epoka kamienia łupanego w porównaniu z tym, co robi się w krajach zachodnich. Tam aktywność władz skarbowych skupia się na cenach transferowych i rajach podatkowych, czyli miejscach, gdzie uciekają fiskusowi największe pieniądze – mówi Mirosław Barszcz. – W PRL-u ścigało się drobnego prywaciarza i tak zostało do dziś.

Inspektorzy skarbówki mogą jednak liczyć w Polsce na nowego sojusznika. Szybko rośnie liczba sygnałów od obywateli. W I połowie tego roku było ich już 237, to więcej niż w całym 2007 roku. Pod tym względem gonimy najbardziej rozwinięte kraje Europy.

– Gdyby ktoś w Szwecji kupował marchewkę na bazarze, a sprzedawca nie nabiłby transakcji na kasę fiskalną, kupujący natychmiast zadzwoniłby do urzędu skarbowego – mówi Mirosław Barszcz.

Szwedzi doskonale bowiem rozumieją, że oszust podatkowy okrada tak naprawdę współobywateli. Przecież ktoś inny będzie musiał przez niego zapłacić więcej podatku.


My się skarbówki nie boimy

Dlaczego Polacy coraz częściej unikają płacenia podatków?

Bo następuje erozja systemu podatkowego, która sprzyja takim postawom. Dramatycznie w ostatnich latach spadły liczba kontroli i represyjność systemu podatkowego. Podatnicy od razu to zaczęli wykorzystywać. Tak jak żołnierze strzelają na rozkaz, tak kontrolerzy działają na podstawie polecenia tych, którzy rządzą. Zarządzanie tym aparatem zawsze było naszą słabością, a dodatkowo przestało komukolwiek we władzach politycznych zależeć na aktywnym działaniu.

Kto jest temu winien?

Klasa polityczna nie ma świadomości podatkowej o charakterze państwowym. Powinno jej zależeć na dochodach do budżetu, a nie np. na upraszczaniu systemu i podatku liniowym. Politycy dali sobie wmówić, że im więcej obywatele wyrwą fiskusowi, tym lepiej. To taki plebejski radykalizm, nienawiść do rzeczy złożonych.

Przecież istnieje zasada, że im niższe podatki, tym wyższe wpływy. Po prostu obywatele chętniej płacą, zamiast uciekać w szarą strefę.

To banały, które zastąpiły rzeczywistą wiedzę. Ludzie płacą podatki nie dlatego, że są niższe, tylko dlatego, że muszą i mają na to środki. Równie dobrze mogą wzrosnąć wpływy po wzroście stawki, jeśli w tym czasie zwiększy się popyt i sprzedaż towarów. Teraz jednak spadają wpływy z podatków, a dzieje się tak, bo są nie tylko obniżane, ale przede wszystkim psute. Np. w 2006 r. zniesiono obowiązek składania deklaracji miesięcznych w przypadku podatku dochodowego i aparat skarbowy stał się przez to ślepy i głuchy. Oceniam, że w ubiegłym roku mogliśmy mieć o 20 mld zł większe wpływy z VAT, a z PIT i CIT o 12 mld zł w skali ostatnich dwóch lat – to były pieniądze, które obiektywnie mogły wpłynąć do budżetu.

Powiedział pan, że podatki są psute i dzięki temu można ich unikać. W jaki sposób?

Choćby tak – najtańszym kredytem było niedawno niepłacenie podatków, bo opłaty za zwłokę pozostawały symboliczne. To już złe prawo, niedziałające w interesie publicznym.

Czy raje podatkowe są w Polsce takim problemem jak na Zachodzie?

Zdecydowanie mniejszym. Jesteśmy biedniejsi. Mamy mniej ludzi zamożnych. Ale ten problem będzie się u nas nasilał, podczas gdy na Zachodzie słabnie. Tam władze wnikliwie sprawdzają firmy, które np. płacą swym spółkom w rajach podatkowych wysokie opłaty licencyjne. To zawyża sztucznie koszty, przez co wykazuje się straty na miejscu, a tam zyski i płaci podatki – są niskie lub ich wręcz wcale nie ma, Jedynym sposobem na ten proceder jest stworzenie realnej groźby „zajrzenia komuś pod kołdrę”. Na Zachodzie pojawia się już ustawodawstwo, które ma przeciwdziałać szkodliwej konkurencji podatkowej. Tu fiskus powinien być uciążliwy i groźny. Tymczasem w Polsce panuje w tej dziedzinie dziwna tolerancja. To za brak aktywności fiskusa zapłacimy wyższym, 25-procentowym VAT-em.

Czy w najbliższych latach podatki będą rosnąć? Jeśli tak, to ludzie mogą znacznie częściej starać się je zoptymalizować albo wręcz ich unikać.

Podatki będą rosły, bo kraje potrzebują pieniędzy na spłatę długów. Ale wzrośnie też represyjność państwa w tej dziedzinie. Dlatego szara strefa powinna maleć. Ludzie pozwalają sobie na ryzyko tylko wtedy, gdy jest niewielkie lub pozorne.

To może przynajmniej podatki będą prostsze?

Podatki w minionym stuleciu nie były proste i w tym nie będą.

Może warto w Polsce przeprowadzić abolicję podatkową. Budżet zyskałby cenne miliardy.

A który z polityków potrafi to zrobić? Były już przecież przymiarki. Abolicja miałaby sens, gdyby obawa przed odpowiedzialnością była tak duża, że kalkulowałoby się zapłacić. W Polsce aparat skarbowy jest zbyt słaby i zbyt wiele osób się go nie boi.