Reżim Aleksandra Łukaszenki prześladuje wprawdzie opozycję i stawia Polsce oraz Niemcom zarzuty o współudział w próbie zamachu stanu, ale nie rezygnuje z programu prywatyzacji gospodarki. Zamiast modelu chińskiego, jaki był najbardziej prawdopodobny przed wyborami prezydenckimi, wybrał jednak rozdawanie majątku narodowego poplecznikom. Własność stanie się nagrodą za wierność, a nie motorem rozwoju gospodarki.

Reklama

Dyrektywa prezydencka nr 4 daje pole do liberalizacji, wolnego przepływu pieniądza, własności i dorabiania się na równych zasadach. Ogólne ramy musi jednak wypełnić treść. A ta, czyli dekrety wykonawcze, budzi wątpliwości. Nowe prawo daje zarządom firm państwowych przekształconych już w spółki skarbu państwa preferencje w nabywaniu ich akcji. W sektorze dużych i średnich przedsiębiorstw nie będzie więc powszechnej prywatyzacji ani dopuszczenia na wolnorynkowych zasadach innych podmiotów, w tym zagranicznych. Nie oznacza to, że nie pojawią się wcale, jak najbardziej, ale na zaproszenie władzy. Własność na Białorusi, szczególnie ta duża, będzie koncesjonowana. Choć w ramach liberalizacji ułatwiono rejestrowanie firm i uproszczono system podatkowy dla firm, nie oznacza to wcale otwarcia drzwi dla spontanicznej przedsiębiorczości.

Za przemiany własnościowe odpowiada obecnie między innymi Anatol Tozik, eksambasador Białorusi w Pekinie, który słał do Mińska raporty sugerujące powtórzenie chińskiego modelu: autorytarna władza polityczna plus wolna gospodarka. Zmieniły się jednak okoliczności i wzorzec ten nie zostanie wprowadzony na Białorusi. Nie powstaną oddolnie fortuny zbudowane na pomysłowości jak w Państwie Środka. Po grudniowym rozgonieniu opozycji Łukaszenka nie wierzy, że można powtórzyć go w jego państwie. Wolna gospodarka mogłaby wszak finansować opozycję.



Niebezpieczeństwo to oddali się, gdy działalność gospodarcza będzie koncesjonowana. Dodatkowo można w ten sposób nagradzać wiernych.

Łukaszenka nie może być już w stu procentach pewny wojska i służb specjalnych, musi więc przekupić elitę. Władca Białorusi odrobił lekcję sprzed kilkunastu dni, gdy uciekał prezydent Tunezji Ben Ali. Niby kraj to odległy, a jednak są podobieństwa. Tunezyjski reżim także opierał się na strukturach siłowych, kiedy jednak wybuchły protesty, wojsko poradziło prezydentowi, by wyjechał. Gdyby na ulice Mińska wyszło w grudniu nie 20, ale 200 tysięcy ludzi, mogłoby być podobnie. Ben Ali i jego rodzina zmonopolizowali wielką własność w Tunezji, dlatego było wielu chętnych do dobrania się do ich bogactw. Łukaszenka chce się bogactwem dzielić, ale tylko z zaufanymi. Łudzi się, że ta taktyka przedłuży jego panowanie.