Publicysta "Gazety Polskiej Codziennie" nie widzi nic złego w grzebaniu w życiorysach.

Reklama

W większości krajów o ugruntowanej demokracji media zajmują się nie tylko osobami publicznymi, ale również ich najbliższymi - argumentuje Cezary Gmyz w serwisie niezależna.pl. Przypomina, że dziennikarze badali przodków Baracka Obamy do kilku pokoleń wstecz.

Każdy Niemiec dzięki mediom wie, że ich prezydent Joachim Gauck w chwili obejmowania urzędu żył w konkubinacie, nie mając rozwodu z poprzednią żoną. Rodzina Angeli Merkel i jej pierwsze małżeństwo zostały przez niemieckie media prześwietlone bardzo szczegółowo. Francuzi dzięki dziennikarzom dowiedzieli się o Mazarine Pingeot, nieślubnej córce prezydenta François Mitterranda - wylicza dziennikarz.

Zdaniem Gmyza Donald Tusk, któremu Jacek Kurski z PiS przed drugą turą wyborów prezydenckich w 2005 roku wypomniał dziadka z Wehrmachtu, wcale nie przez to przegrał z Lechem Kaczyńskim.

Tusk przegrał wybory prezydenckie nie przez ujawnienie przeszłości jego przodka, tylko przez własne krętactwa w tej sprawie - przekonuje publicysta.

Jak dodaje, nie ma także problemu z mówieniem o przeszłości własnej rodziny.

Tak jak Tusk, też miałem dziadka w Wehrmachcie. Był polskim Ślązakiem i został wcielony do Wehrmachtu, a konkretnie do Afrika Korps, skąd zresztą nawiał do generała Andersa. Zmarł wiele lat przed moimi urodzinami, ale nie widzę powodu, by ukrywać przeszłość swojej rodziny - pisze Cezary Gmyz.