Afera okienna - bo tak się ją nieoficjalnie nazywa - zaczęła się od wpisu dziennikarki "Gazety Polskiej Codziennej" na Twitterze.

Reklama

Początkowo myślałam, że zwariowałam i to skutek "smoleńskiej obsesji", ale każdy to widzi! - napisała w weekend na swoim profilu pod fotografią z cieniem. Ten - jej zdaniem - miał przypominać Lecha Kaczyńskiego.

Temat natychmiast podchwycili inni - zdjęcie na swoim profilu udostępniła nawet Marta Kaczyńska, córka prezydenta zmarłego w katastrofie pod Smoleńskiem w 2010 roku.

Teraz komentarzom nie ma końca.

Były prezydent świętym?

- Cienie na szybie niczego nie dowodzą i nie mają mocy - tak całe zdarzenie komentuje na portalu Fronda.pl Tomasz Terlikowski w tekście pod znamiennym tytułem Nie budujmy smoleńskiej parareligii.

Przekonuje przy tym, że trudno byłoby zmarłego prezydenta uznać za kogoś, kto jest lub będzie beatyfikowanym czy kanonizowanym świętym.

- W czasie swojej kariery politycznej w kilku kluczowych kwestiach dotyczących obrony życia - prezentował poglądy sprzeczne z katolickim nauczaniem, bliskie, a w pewnych kwestiach identyczne jak te, które prezentuje obecnie Bronisław Komorowski. Bohaterska śmierć i płaszcz miłosierdzia nie mogą tego zmienić - uzasadnia Tomasz Terlikowski.

Reklama

Konsultant polityczny Eryk Mistewicz pisze z kolei wprost: Zabrać Twitter polskiej prawicy. Dla jej dobra.

Kaczyński jak potwór z Loch Ness?

- Rozumiem budowanie kapitału politycznego wokół jego osoby. Ale budowa kultu, nimbu świętości to pomysł bardzo ryzykowny. Udowadnianie świętości Lecha Kaczyńskiego to piramidalne nieporozumienie- wtóruje w TOK FM Michał Szułdrzyński z "Rzeczpospolitej".

Jego zdaniem na całą sprawę można spojrzeć jak na czysto wakacyjny temat. - Tym razem nie mieliśmy żadnego potwora z Loch Ness. A teraz potwór wraca... - przekonuje.

Z kolei dla Seweryna Blumsztajna wizerunek w oknie ma być znakiem dla tych, którzy nie wierzą w oficjalną wersję przyczyn katastrofy smoleńskiej.

- Ten "cud" ma pokazać, że mają rację w walce z władzą. To znak w tej walce - zauważa także publicysta "Gazety Wyborczej".

Trwa ładowanie wpisu