Dziennik Gazeta Prawana logo

Łukasz Bąk: Przepraszam, a gdzie jest pierzyna?

27 listopada 2015, 18:58
Ten tekst przeczytasz w 9 minut
Łukasz Bąk
Łukasz Bąk/Dziennik Gazeta Prawna
Wielu z was może się wydawać, że to, co robię, czyli jeżdżenie co tydzień innym samochodem, a następnie wyśmiewanie się z niego w tym miejscu, to praca marzeń. Zapewniam was jednak, że wcale tak nie jest.

Weźmy takie prezentacje nowych modeli - człowiek spędza kilkanaście godzin w podróży tylko po to, żeby przejechać najwyżej 30 km samochodem, którego jeszcze nie ma w salonach, a następnie wypić na koszt producenta tyle wina, żeby zapomnieć, jak w ogóle ten samochód wygląda i się nazywa.

Nie dalej jak w ubiegły czwartek udałem się gdzieś pod Augustów, żeby poznać nowe audi A4. I przykro mi bardzo, ale nie mogę wam napisać o nim niczego poza tym, że było czarne. Albo czerwone. A może szare? Doskonale za to pamiętam smak pieczonej perliczki, którą uraczono nas tego wieczoru, szarlotki z ananasówek oraz smak białego wina, które osobiście wybierał na tę okazję Leszek z polskiej centrali Audi. Pamiętam również, że kolejnego dnia rano musiałem udać się w drogę powrotną do Warszawy i Audi wykazało się tak dużą troską o moje bezpieczeństwo, że załatwiło mi kierowcę. Nie było chyba jednak świadome tego, że ów człowiek prowadzi samochód tak, jakby ktoś podpalił mu spodnie. Całkowicie wytrzeźwiałem już na pierwszym zakręcie, a pozostałe 270 km pokonałem z pośladkami zaciśniętymi tak bardzo, że obecnie mają konsystencję marmuru.

Minęły raptem dwa dni i w niedzielę rano spożywałem śniadanie składające się z przepiórczych jaj w warszawskim Bristolu i przy okazji słuchałem, jak bardzo ważni ludzie z Toyoty zachwalają swój pierwszy seryjnie produkowany samochód wodorowy – Mirai. Wygląda on co prawda jak nieślubne dziecko Gerarda Depardieu i żaby purpurowej, ale muszę przyznać, że bardzo mnie zaskoczył podczas jazdy – nie emituje absolutnie żadnych dźwięków, świetnie przyspiesza i przy tym całkowicie uwalnia nas od problemu spalin. Od aut elektrycznych odróżnia go to, że nie wymaga karmienia prądem z gniazdka przez całą noc, żeby w ogóle zechciał wyjechać z garażu. Wystarczy trzy minuty tankowania wodoru i możemy pokonać 550 km. Jak dokładnie to działa? Ludzie w marynarkach i krawatach w kolorze ziemi próbowali mi to wytłumaczyć, ale nie zrozumiałem ani słowa. Wiem tylko, że to coś z pogranicza fizyki kwantowej, neurochirurgii i czarnej magii. Tak czy siak, podczas niedzielnego śniadania zyskałem pewność, że technologia wodorowa ma świetlaną przyszłość w motoryzacji. I należało to uczcić. Jak? Kolacją, na którą udaliśmy się wraz z żoną na 845. piętro jakiegoś wieżowca w centrum stolicy, gdzie zaserwowano nam piękną panoramę Warszawy, krystalicznie czystą wodę pochodzącą z wydechu Mirai oraz oczywiście wino. Dużo wina.

W poniedziałek rano zażyłem pół opakowania aspiryny, a w południe byłem już na lotnisku, skąd odleciałem do Lizbony, gdzie zaprezentowano nam nowego lexusa RX. Wieczorem podano nam (tak, zgadliście) wino, a następnego ranka kazano przejechać absurdalne 400 km. Teoretycznie zatem powinienem był poznać to auto wystarczająco dobrze, aby teraz móc opisać wam jego silnik oraz to, jak jest wykonane i jak się prowadzi. Byłoby to jednak nieuczciwe, zważywszy na okoliczności, w jakich odbywała się przejażdżka – zaczęła się w pięciogwiazdkowym hotelu w kształcie żaglowca, wiodła przez zjawiskowy ponad 17-kilometrowy most Vasco da Gama (jeden z najdłuższych w Europie), prowadziła nas skąpanym w słońcu i usłanym drzewkami pomarańczowymi wybrzeżem Atlantyku, następnie piniowymi lasami, a zakończyła się obiadem pośrodku winnicy zajmującej jakiś milion hektarów. Szczerze mówiąc, równie dobrze mógłbym przejechać tę trasę zastawą yugo koral, a i tak byłbym zachwycony. A w związku z tym także kompletnie niewiarygodny. Dlatego powstrzymam się od opisania lexusa RX i poczekam, aż dane mi będzie wypróbować go w jakiś poniedziałkowy, mglisty, wilgotny i pochmurny poranek, kiedy wkurzy mnie żona, dzieci będą chore, a na śniadanie zjem zepsuty jogurt. Wtedy okaże się, czy rzeczywiście jest tak dobrym samochodem, jak mi się dzisiaj wydaje.

W przerwach między lekcjami z magii, piciem wina a zwiedzaniem Portugalii miałem okazję pojeździć najnowszym bmw 750i. Przy tej okazji nikt nie karmił mnie perliczką i bzdurami, że oto jego inżynierowie na nowo wynaleźli koło, więc czuję się wystarczająco kompetentny, by rzeczowo i całkowicie subiektywnie opisać wam to auto. Ale najpierw muszę was uprzedzić, że bardzo lubię prawie wszystkie nowe bmw. Podoba mi się ich stylistyka, sposób, w jaki się prowadzą, i to, że zbudowali je ludzie, którzy nadal doskonale rozumieją pojęcie „przyjemność z jazdy”. Owszem, ich auta są nieco ciaśniejsze i ciut mniej komfortowe niż np. audi czy mercedesy, ale jednocześnie sprawiają wrażenie zbudowanych z myślą o tym, kto siedzi za ich kierownicą, a nie na tylnej kanapie. I właśnie to mi się podoba w całej serii 5. I serii 3. I w małej serii 2 też. Jak i w 1. A nawet w X5.

Tymczasem nowa siódemka jest zupełnie inna. Choć mój testowy egzemplarz miał osiem cylindrów i 450 koni mocy, to zachowywał się jak Sycylijczyk w porze sjesty – choćby się waliło i paliło, to on musi się napić wina i przespać. O ile w o wiele słabszym i wolniejszym modelu 520d korci was, żeby cały czas w pełni wykorzystywać jego potencjał, to 750i jest odpowiednikiem chloroformu – wsiadacie i natychmiast chcecie zapaść w głęboki sen. Podobno przyspiesza do setki w 4,7 sekundy, ale ani razu tego nie sprawdziłem. Po prostu mi się nie chciało i nie widziałem takiej potrzeby. Podobno jest też w stanie pojechać bez większego wysiłku 250 km/h – w każdym innym samochodzie zweryfikowałbym tę informację, ale w bmw nie byłem w stanie, bo w okolicach 180 zaczynały opadać mi powieki. Większość aut z Monachium ma zwieszenia skonstruowane tak, że informują wasz kręgosłup nawet o tym, że najeżdżacie na białą linię oddzielającą pasy ruchu, tymczasem 750i nie było w stanie poinformować mnie nawet o tym, że przejeżdżam przez próg zwalniający. W efekcie najlepiej się czułem, podróżując tym autem po autostradzie z prędkością 140 km/h i spalając przy tym niedorzecznie małą ilość benzyny – raptem 9 litrów. A raz nawet poprosiłem żonę, żeby poprowadziła za mnie. Ja w tym czasie rozłożyłem się na fotelu obok i autentycznie zasnąłem, co absolutnie nigdy wcześniej i w żadnym aucie mi się nie zdarzyło. W zasadzie to 750i jeździ już jak łóżko. Jest łóżkiem. I poczułem się naprawdę rozczarowany, gdy w jego bagażniku odkryłem dość dużą walizkę i okazało się, że nie ma w niej kołdry, tylko jakiś nylonowy rękaw do przewożenia nart.

Zamiast pierzyny na pokładzie siódemki znalazła się technologia, która ma dwa zadania: 1. Nie pozwolić wam zasnąć; 2. Poprowadzić auto za was, gdy jednak się tak zdarzy. No więc samochód potrafi już nie tylko sam jechać w korku, ale nawet wyprzedzać pojazdy. Pewnego dnia, tocząc się nie szybciej niż 8 km/h, nadrabiałem zaległości mailowe z całego dnia, gdy nagle bmw po prostu skręciło kierownicą i ominęło stojącego na środku drogi zepsutego passata. Zrobiło to tak płynnie, równo i wyrafinowanie, że odruchowo zerknąłem do instrukcji obsługi i pod literką „Ś” w spisie treści zacząłem szukać hasła „Święty Krzysztof”. Ale zamiast tego pod literką „R” znalazłem mniej więcej siedem tysięcy haseł ze słowem „Radar”. I pięć tysięcy z wyrazem „Rozrywka”. Bo macie tu możliwość surfowania po internecie, wysyłania i odbierania e-maili, oglądania filmów, a gdy to wszystko wam się znudzi, możecie np. opanować sterowanie gestami. Jakaż to fantastyczna zabawa! Inni kierowcy patrzą na was i zastanawiają się, z kim u licha rozmawiacie na migi. Gdy już i tego będziecie mieli dosyć, możecie ustawić kolorystykę świateł we wnętrzu. Do wyboru macie brązowy, brązowy z pomarańczowym, pomarańczowy z białym, niebieski, niebieski z żółtym i kilkanaście innych kombinacji. A to dopiero początek, bo jak już zdecydujecie się na jakąś mieszankę (mnie zajęło to odcinek między Łodzią a Warszawą), system zapyta was o poziom jasności poszczególnych elementów (a tych jest mniej więcej milion). W ten sposób niechcący wylądowałem na granicy w Terespolu.

Siódemka to wspaniały samochód, ale zupełnie inny niż pozostałe bmw. Wyposażeniem, jakie najchętniej widzielibyście w pierwszej lepszej wersji serii 5, jest niebieski migający kogut na dachu, podczas gdy w 750i – poduszka i kołdra. Nie znaczy to, że jej prowadzenie nie sprawia frajdy. Niemniej jest to zupełnie inny rodzaj przyjemności – wynikającej z tego, że macie świadomość, że możecie, ale po prostu wam się nie chce. Zamiast prowadzić jak poparzeni, wolicie pobawić się konfigurowaniem oświetlenia wnętrza. A jeszcze lepiej zrobicie, jeżeli oddacie kierownicę w ręce kogoś innego i wypijecie butelkę wina na tylnej kanapie. To pierwsze w historii bmw, które idealnie się do tego nadaje.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj