Dziennik Gazeta Prawana logo

Dlaczego Polacy nie chcą wracać z Wielkiej Brytanii do dobrej zmiany? "W Polsce czuję się jak niechciane dziecko"

24 lutego 2017, 09:03
Ten tekst przeczytasz w 16 minut
Londyn
Londyn/Shutterstock
PiS zaprasza Polaków w Wielkiej Brytanii z powrotem do kraju. Kłopot w tym, że brakuje mu pomysłów, jak ich przekonać. U nas ma być dopiero lepiej, tam jest już dobrze.

Wszystkie młode rodziny z dziećmi proszę: wróćcie do nas. To będzie dobre dla Polski, a niekoniecznie złe dla Wielkiej Brytanii – apelował Mateusz Morawiecki w telewizji Sky News podczas niedawnej wizyty w Wielkiej Brytanii. W podobne tony uderzył podczas wykładu dla studentów Uniwersytetu Cambridge. Mówił o konieczności powstrzymania kolejnych fal migracyjnych oraz o bezrobociu na „historycznie niskim poziomie”.

Po serii brytyjskich prelekcji wicepremiera media w Polsce zabrały się do lektury Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, lepiej znanej jako plan Morawieckiego. Dziennikarze znaleźli pięć powodów, dla których prawie milionowa populacja naszych rodaków na Wyspach powinna sukcesywnie topnieć. Po pierwsze – z powodu prognozowanych wyższych pensji; po drugie – z uwagi na spodziewany przyrost tanich mieszkań na wynajem; po trzecie – bo rząd będzie pomagał rodzinom świadczeniami; po czwarte – bo zapewni długofalową opiekę senioralną, przez co młodzi nie będą musieli niańczyć starszych, czyli uciekać z rynku pracy; i po piąte – da gwarancję rodzinom wielodzietnym, że nie dotknie ich ubóstwo.

To wszystko pięknie wygląda na papierze, ale politolodzy kręcą nosem; mówią, że plan jest szlachetny i potrzebny, jednak dość ogólny, więc dlatego trudno się do niego odnieść. A co dopiero wymagać od emigrantów, aby rzucili wszystko i zaryzykowali powrót w ciemno, skoro w Polsce dopiero ma być lepiej, a w Anglii lepiej jest od dawna. – przyznaje Mateusz Zaremba, socjolog i politolog z Uniwersytetu SWPS.

Kto w tym sporze ma rację: wicepremier, romantyk snujący plany o godnym życiu rodzin w kraju, czy pragmatyczni komentatorzy lustrujący zapewnienia polityków za pomocą szkiełka i oka? Postanowiłem o to zapytać Polaków na Wyspach.

Nie chcą emigrować po raz drugi

Katarzyna Szydło wyjechała do Anglii w kwietniu 2008 r. W Polsce miała pracę, ale traf chciał, że poznała przez internet mężczyznę swojego życia. Przyszły mąż od miesięcy pracował w Amersham przy wykładaniu towaru w sklepie. Jak wiadomo, związki na odległość nie rokują najlepiej, więc Katarzyna spakowała walizki i obrała kurs na Wyspy. Tam się pobrali. Też mieli plan – nie tak ambitny, jak wicepremier Morawiecki, ale konkretny: po dwóch latach odkładania widzieli się z powrotem w kraju. Życie napisało jednak inny scenariusz. Cztery miesiące po ślubie przyszedł na świat ich pierwszy syn. Po półtora roku – następny. Małżeństwo powzięło decyzję o przeprowadzce, ale nie z Anglii do Polski, tylko z Amersham do Aylesbury. Skusiła ich możliwość wynajmu domu w cenie dawnego mieszkania. – przyznaje Katarzyna. Kiedy dzieci podrosły, założyła firmę sprzątającą. Mąż już nie haruje w sklepie na nocnej zmianie – ma własną działalność gospodarczą w branży budowlanej. Do powrotu do ojczyzny się nie palą, bo na Wyspach żyje im się wygodnie i nie chcą emigrować po raz drugi. Wszystko, co mają, zawdzięczają sobie, a to, co tam zdobyli, w Polsce było poza ich zasięgiem.

Podobny scenariusz przerabiała Monika – też zdecydowała się na emigrację ze względów uczuciowych. Do męża, który już od roku tam pracował. Ma krótszy staż za granicą od Katarzyny, bo mieszka poza Polską piąty rok. opowiada Monika. Nie planują z mężem dzieci, więc tym bardziej apel wicepremiera ich nie wzrusza. mówi. W jej nomenklaturze „dobra zmiana” jest „dobrym żartem”. A serio, w Polsce miała kłopot ze znalezieniem pracy bez specjalistycznego wykształcenia. Jej brytyjski szef nie stawiał wygórowanych wymagań – najpierw ją zatrudnił, a później wysłał na kursy, by mogła zdobyć wiedzę potrzebną na swoim stanowisku. Ma się zwolnić, spakować, wrócić i stanąć w długiej kolejce do pośredniaka? Wolne żarty!

słyszę na powitanie od Magdy. Od polityki trzyma się z dala, a w internecie czyta reportaże. Ma męża, czwórkę dzieci i 15-letni bagaż doświadczeń, jeśli chodzi o życie w Anglii. Polska im obrzydła z powodu niewypłacalnych pracodawców, choć oboje byli zatrudnieni na etacie – ona w sektorze państwowym, on w prywatnym. Mieli wtedy tylko jedno dziecko, a i tak ledwo starczało na utrzymanie. wspomina z goryczą Magda. W Anglii mieszka z rodziną pod Londynem, „w miasteczku wielkości Pruszkowa”. Jest konsultantem edukacyjno-socjalnym świadczącym usługi doradcze dla różnych organizacji, które pomagają ludziom z problemami finansowymi czy rodzinom w wychowaniu niepełnosprawnych dzieci. twierdzi Magda. Do Polski wracać nie zamierza.

zaczyna opowieść Katarzyna Nemś. wspomina mama trzyipółletniej dziś córki i żona rodowitego Anglika. Od sześciu lat pracuje w prywatnym domu starców, a co weekend uczy polskiego w Polskiej Sobotniej Szkole w Gravesend. Mimo że jest bardzo związana z polską społecznością tam, nie widzi siebie w kraju. wylicza Katarzyna. Dlaczego nie wróci? Ze względu na dobro córki, która urodziła się w Anglii, w Anglii dorasta i zaraz zacznie chodzić do angielskiej szkoły. Powrót do kraju oznaczałby emigrację; nie dla niej – dla jej córki.

Niestraszny brexit

Gdyby Polacy zaczęli masowo wracać z Anglii, rząd, w którym wicepremier Morawiecki uchodzi za „przyjaznego Balcerowicza”, mógłby odtrąbić sukces. Nawet gdyby wrócił tylko 1 proc. z prawie milionowej populacji, to i tak byłoby to cztery razy więcej, niż wynosiła całkowita liczba naszych żołnierzy podczas misji stabilizacyjnej w Iraku, których ściągnął do kraju premier Donald Tusk. Żaden inny polski rząd nie sprowadził wcześniej tak dużej grupy obywateli z emigracji jak ten. Ale żarty na bok. Bo plan Morawieckiego zakłada dobrowolny exodus Polaków z Wysp i przewiduje, że to proces, więc powroty muszą się rozłożyć w czasie. Szansą na gwałtowne przyśpieszenie migracyjnego pędu miał być ogłoszony w czerwcu ubiegłego roku brexit. W ciągu kilku dni po referendalnej zgodzie Anglików na wyjście z UE przybyło incydentów z Polakami w roli ofiar brytyjskiej nagonki. Wydawało się, że kwestią czasu będzie widok szalup cumujących u wybrzeży Dover, do których spanikowani Polacy zaczną utykać dobytek, po czym w popłochu wiosłować do ojczyzny. Nic z tych rzeczy. Rząd Beaty Szydło musi nadal liczyć na Morawieckiego, nie na brexit. mówi Katarzyna Nemś.

Monice również nie przyszłoby do głowy wracać do Polski tylko dlatego, że Wielka Brytania wyemigrowała z Europy. W jej miasteczku liczącym niecałe 30 tys. mieszkańców o brexicie niespecjalnie rozmawiano. Tylko plakat wiszący na obrzeżach miasta wspominał coś na temat zbliżającego się referendum. – konstatuje.

Zdecydowanie poważniejszy powód do opuszczenia Anglii miała Magda. Jeszcze kiedy mieszkała w Londynie, została napadnięta i skopana w autobusie przez dwie nastolatki. Wtedy postanowiła, że z całą rodziną wyniosą się ze stolicy w głąb kraju. Duże miasta są skupiskami agresji – i nieważne, czy to Londyn, czy Warszawa. Tak czy owak jedna nieprzyjemna sytuacja nie odwiodła Magdy od mieszkania w Anglii. Brexit też nie. – ucina.

Moje rozmówczynie stwierdzają jednogłośnie, że nie doświadczyły na własnej skórze dyskryminacji na tle narodowym. Polską histerię wokół brexitu nazywają „pożywką dla mediów”. Twierdzą, że każdy, kto uczciwie pracuje czy ma firmę, płaci podatki, posyła dzieci do tutejszych szkół i żyje tak, jakby był u siebie, nie ma się czego w Anglii obawiać. I nie ma powodu wracać do Polski. Pytam, jak często odwiedzają nasz kraj. Odpowiedzi są dalekie od entuzjazmu. Jakby przyjazd na moment równał się odwiedzinom kogoś, z kim najbardziej komfortowo dyskutuje się przez szybę:

wyznaje Magda.

odpowiada Katarzyna Szydło.

– przerywa sama sobie Monika.

Łatwo mówić, trudno wrócić

Nie chce mi się wierzyć, że obie Katarzyny, Magda i Monika nie mają chwili zwątpienia w brytyjski raj. Że nie tęsknią za rodziną, znajomymi, smakiem schabowego czy bigosu, chłodnym Bałtykiem, zielenią Łazienek, hejnałem z wieży mariackiej. Ale sentymenty przegrywają z twardym stąpaniem po ziemi. Dzisiejsza troska – ze spokojem, co przyniesie jutro. Obawa o pracę – z pewnością, że nie trzeba dogorywać od pierwszego do pierwszego, bo i tak na wszystko wystarczy i jeszcze coś zostanie. Z tęsknoty za rodzinnym krajem, niestety, łatwo się wyleczyć. mówi Katarzyna Szydło.

Magda też nie twierdzi, że życie w Anglii to niekończące się pasmo szczęścia, lecz polskie realia nie wytrzymują porównania z brytyjskimi. – twierdzi Magda.

Monice nie jest po drodze z Anglii do Polski także przez wzgląd na polityków. A skoro tak, to przed końcem kadencji obecnej władzy na pewno nie zasili grona reemigrantów.

Właśnie – politycy. Oni lubią obiecywać. Nikt ci, obywatelu, tyle nie da, ile polityk naobiecuje. Pewnie dlatego plany, strategie czy programy przestają robić na nas jakiekolwiek wrażenie. Zwłaszcza na tych mieszkających w Wielkiej Brytanii, bo o ile u nas mamy do czynienia przeważnie z teorią bez pokrycia w praktyce, tam – tę praktykę daje się odczuć. Dobrą praktykę. Dlatego deklaracje rodzimych polityków trącą tanim przypochlebianiem się wyborcom. A namawianie na powrót do Polski brzmi w tym kontekście tak niedorzecznie, jak nagabywanie siedzącego przy suto zastawionym stole o przyłączenie się do głodówki w ramach patriotycznego obowiązku. złości się Katarzyna Nemś.

Emigranci mają plan

Pomysły wicepremiera nie przekonują moich rozmówczyń. Katarzyna Szydło tłumaczy mi dlaczego. tłumaczy. W Anglii stać ją na pracę tylko 20 godzin w tygodniu. Ma czas zaprowadzić dzieci do szkoły, pojechać do pracy, wrócić, zrobić obiad, odebrać dzieci. I nie jest skonana pod koniec dnia. Swoje trzy grosze dorzuca Magda.

Dyskusje o wyższości życia w Anglii nad życiem w Polsce są jałowe, ale nie dlatego, że podchodzą pod mniemanologię stosowaną, jak to kiedyś skonstatował znany satyryk Jan Tadeusz Stanisławski, rozprawiając na temat różnic między Bożym Narodzeniem a Wielkanocą. Tu różnice widać gołym okiem. Gdyby obu Katarzynom, Magdzie i Monice oddać na chwilę Polskę we władanie, z pewnością wiedziałyby – lepiej od nam panujących – co w niej zmienić na lepsze. Ich wspólny plan Polski przyjaznej wracającym emigrantom składałby się z samych konkretów. Wymieńmy kilka z nich. Po pierwsze – wszystkie urzędowe sprawy można by było załatwić przez telefon albo przez internet. Po drugie – samochód miałby jeden dożywotni numer rejestracyjny, który przechodziłby przy sprzedaży auta z właściciela na właściciela. Po trzecie – nie trzeba byłoby od razu rejestrować prowadzonej działalności gospodarczej, tylko mieć czas, żeby się rozmyślić. Po czwarte – szkoły byłyby mniejsze, klasy kilkuosobowe, a pomoce naukowe dzieciom zagwarantowałoby państwo. Po piąte – opieka lekarska dla dzieci do 18. roku życia oraz kobiet w ciąży i okresie postnatalnym (do roku po planowanej dacie porodu) byłaby bezpłatna. Po szóste – pracodawcy musieliby podawać w treści ogłoszenia, jaką oferują pensję, zamiast pytać przyszłego pracownika o zarobki. A po siódme, po ósme i po dziesiąte... Ech, długo by jeszcze wymieniać.

dowodzi Katarzyna Szydło. No i ludzie są uprzejmi. Tolerancji też się nie da importować. mówi Katarzyna Nemś.

Żeby nie było wątpliwości – te cierpkie słowa nie są skierowane wyłącznie pod adresem PiS. Wszystkim po równo powinno być wstyd. Magda, Monika oraz obie Katarzyny opuszczały Polskę w różnym czasie nie jako wyklęte dysydentki, tylko rozgoryczone emigrantki. Dla polityków liczących z ołówkiem w ręku, ilu Polaków wróci do kraju, mają dobrą radę – skoro lubią dodawać, mnożyć cyferki i bić pokłony statystyce, niech się zastanowią, dlaczego Francja, Irlandia czy Wielka Brytania przeznaczają na pomoc rodzinom prawie 4 proc. PKB, a Polska niecałe 2 proc., a bywało, że tylko 1,6. Zamiast liczyć na innych (i innych), lepiej zacząć na siebie. Żeby znowu nie skończyło się jak zawsze. pyta retorycznie Mateusz Zaremba z Uniwersytetu SWPS.

Jest coś jeszcze, co tę debatę na temat naszych Anglików, ich powrocie i zapewnieniach rządu, że mają po co wracać, czyni czysto teoretyczną. To czas przyszły niedokonany – będą tańsze mieszkania, będzie opieka dla seniorów, będą pieniądze na wyższe pensje, będzie się rodzić więcej dzieci. Wicepremier daje sobie czas i prosi nas wszystkich o cierpliwość. Do 2030 r. albo do 2050 r. obojętnieje Magda.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Powiązane
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj