- Od czasu, kiedy Rosja dokonała aneksji Krymu, a następnie zbudowała most krymski, to nie wiadomo z jakich powodów uznała, że to jest właśnie granica państwowa między Rosją i Ukrainą, chociaż Morze Azowskie jest morzem obu państw - powiedział politolog i dyplomata dr Wiktor Ross.

Rosję i Ukrainę łączy umowa z 2003 r. dotycząca Morza Azowskiego, na podstawie której oba państwa uważają Morze Azowskie i Cieśninę Kerczeńską za swoje terytorium wewnętrzne. Oba kraje mają tam swobodę żeglugi. Przy czym porozumienie techniczne o zasadach przekroczenia cieśniny z 2007 r. zakłada, że jednostki powinny powiadamiać o zaplanowanej żegludze przez cieśninę kapitana portu w Kerczu. Do roku 2014, czyli do rosyjskiej aneksji Krymu, był nim przedstawiciel Ukrainy.

Politolog podkreślił, że w tym regionie Ukraina ma długą linię brzegową, z dwoma znaczącymi portami w Mariupolu i Berdiańsku. Według Rossa władze ukraińskie od dawna spodziewały się tu rosyjskiego ataku. - Już co najmniej od dwóch lat mówi się o tym, że Rosjanie przygotowują atak na Mariupol, ale od strony lądu, tzn. od strony tej części Donbasu, która jest w rękach separatystów. Tymczasem Rosjanie poszli na inny wariant, chytry. Zablokowali po prostu most krymski tak, że nie można pod nim przepływać i tym samym Mariupol i Berdiańsk są odizolowane od komunikacji morskiej - wyjaśnił ekspert.

Ross zwrócił uwagę, że to całkowicie likwiduje gospodarcze znaczenie Mariupola i doprowadzi na miejscu do głębokiego kryzysu. Według eksperta Putin prawdopodobnie liczy na to, że wtedy mieszkańcy tego regionu przystąpią do opanowanego przez separatystów Donbasu i ta część "odpadnie" od Ukrainy. - Ten scenariusz jest dość logiczny z jego punktu widzenia - wskazał Ross.

Kijów uznał incydent w rejonie Morza Azowskiego za otwartą agresję ze strony Rosji. W związku z ostrzelaniem ukraińskich okrętów w rejonie Cieśniny Kerczeńskiej Ukraina ogłosiła stan wojenny. Ma on trwać do 26 grudnia i dotyczy obwodów wzdłuż granicy z Rosją, z separatystycznym Naddniestrzem w Mołdawii oraz regionów przy Morzu Czarnym i Azowskim.

Zdaniem eksperta Putin dąży do zaognienia sytuacji wewnętrznej na Ukrainie i obniżenia notowań prezydenta tego kraju Petra Poroszenki na kilka miesięcy przed wyborami prezydenckimi, "licząc być może, że jakieś rozdanie będzie w nowych wyborach korzystniejsze dla Rosji". Ross dodał, że rosyjscy propagandziści zapowiadają, że jeśli po wyborach Ukraina nie pójdzie na kompromisy z Rosją, wówczas trzeba się liczyć z tym, że Rosjanie odmówią legitymizacji nowych władz.

Rosyjski przywódca oświadczył w środę, że incydent na Morzu Czarnym był "prowokacją", zorganizowaną przez ukraińskie władze przed przyszłorocznymi wyborami prezydenckimi na Ukrainie i "obliczoną na to, by wykorzystać ją jako pretekst" do wprowadzenia stanu wojennego w tym kraju.

Putin zauważył, że notowania urzędującego prezydenta Poroszenki są niskie. Dodał, że "trzeba coś robić, żeby zaostrzyć sytuację i stworzyć przeszkody dla konkurentów". Putin oznajmił też, że okręty ukraińskie nie odpowiadały na zapytania służb granicznych Rosji i wpłynęły na rosyjskie wody terytorialne.

Ekspert przypomniał, że poparcie dla prezydenta Putina spadło do 56 proc. wobec niedawnych 80 proc., co może oznaczać, że "problem ukraiński zmęczył Rosjan", a "problem Krymu wyczerpał swój potencjał polityczny". Dodatkowo - jak wskazał - ludzie zaczynają szukać winnego obniżenia poziomu życia.

- Rosyjscy ekonomiści obliczają, że poziom życia ludności podniósł się o kilka procent dosłownie w ciągu 19 lat Putina u władzy - wskazał analityk, podkreślając, że to najgorszy okres w rozwoju Rosji po II wojnie światowej. Zdaniem Rossa społeczeństwo rosyjskie traci entuzjazm związany z Putinem, który był postrzegany jako "osoba przywracająca Rosji godność i pozycję międzynarodową".

Wobec tych problemów Putin, zdaniem Rossa, stwarza wrażenie zagrożenia, osaczenia, osłabienia pozycji Rosji sankcjami, gdzie Krym jako nowa świeża zdobycz leżąca w strategicznym punkcie jest elementem kluczowym.

Rozmówca PAP ocenił, że konflikt militarny na dużą skalę jest mało prawdopodobny. Zwrócił uwagę, że armia ukraińska, dozbrajana przez Amerykanów, jest dużo silniejsza, liczniejsza, lepiej zorganizowana niż jeszcze kilka lat temu. - Ten konflikt, nawet lokalny, byłby już bardzo kosztowny (...) zarówno w sensie ludzkim, jak i w sensie ekonomicznym i każdym innym - podkreślił dr Ross.

Jak dodał ekspert, najbardziej wytrawni obserwatorzy rosyjskiej sceny politycznej twierdzą, że Putin jest człowiekiem, którego stać na wszystko, który w ostateczności "może iść nawet na wariant jakieś ograniczonej wojny". - Jeżeli doszłoby do rozwinięcia agresji na terytorium Ukrainy, to wówczas dla Polski jest to bardzo niebezpieczny sygnał - podkreślił.